"Ludzie mówią, że powinienem być urzędnikiem. Piję dużo kawy i mam wszystko w dupie."
Zanim poszedłem do urzędu myślałem, i to całkiem poważnie, że to normalne miejsce pracy jak każde inne. Że rano pójdę do pracy i po 8 godzinach wrócę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Zmęczony, ale zadowolony- ze swojego dzieła, z wkładu w rozwój lokalnej społeczności no i z pensji. Moje wyobrażenie nie mogło być chyba bardziej mylne...
Oto zapiski z mojej pracy, spojrzenie “od wewnątrz” na pracę w jednym z polskich urzędów. Przy okazji zastrzegam sobie prawo do podkolorowania moich historii, ale o nie więcej niż 10%. ;)

czwartek, 16 listopada 2017

Dzień dwieście sześćdziesiąty piąty- jak cię widzą, tak cię piszą.

Szef żyje w błogiej nieświadomości otaczającego go świata. Głównie dlatego, że jest zbyt tępy żeby zrozumieć przyczyny i skutki. Ale nie tylko. Widzicie, ja jestem jak sejf- żeby wydobyć ze mnie informacje trzeba użyć palnika. Szef z kolei jak pudło rezonansowe, najdrobniejszy szept wzmocni i puści w eter. I ludzie o tym wiedzą, a to ma swoje konsekwencje.
Ostatnio mieliśmy duże spotkanie z naszym Kółkiem Różańcowym, trzeba było wyjaśnić parę nieścisłości między Urzędem, a nimi. Coraz bardziej się do nich przekonuję, od kiedy zarząd zmienił się z 70-latków na 30-latków. A i oni regularnie mnie męczą, żebym do nich wstąpił, ale nie wiem czy bym wtedy brody nie musiał golić. A tą mam całkiem obfitą. Kiedyś, gdy nie miałem gdzie odłożyć długopisu wsadziłem sobie go w brodę, po czym kwadrans go szukałem.
Ale wracając- spotkanie. Przebiegło całkiem owocnie, gdyby nie Szef oczywiście. Wszyscy się ze sobą zgadzali, poza Szefem, i dochodzili do konstruktywnych wniosków, poza Szefem. Kółko Różańcowe wyszło zadowolone, bo otworzyła się przed nimi nowa droga finansowania. Urząd wyszedł zadowolony, bo otworzyły się przed nim nowe możliwości pozyskania darmowej siły roboczej. Szef wyszedł niezadowolony, bo wszyscy jednomyślnie odrzucili jego debilne pomysły.
To spotkanie zachęciło Kółko do jeszcze intensywniejszego działania. Don’t tell me sky is the limit, when there are footprints on the moon. Zamknęli się więc w gabinetach na parę tygodni i gdy z nich wyszli zorganizowali spotkanie ze mną i Szefem wszystkich Szefów. Oczywiście przed samą rozmową dali mi wszystkie swoje materiały, ładnie opracowane w postaci zbindowanej książeczki.
-Zobacz co myślisz bo nie wiemy, czy to nie za daleko?
Zobaczyłem. Wyciągnąłem kalkulator, bo tak dużych liczb nie lubię liczyć w pamięci. Gdy przekroczyłem sześć zer już wiedziałem co na ten temat myślę.
-O jasny chu…
Nie dokończyłem, bo drzwi do gabinetu się otworzyły i zaproszono nas do środka. Choć tyle wystarczyło, żeby i oni zrozumieli, że trochę z motyką na słońce startują. Koko, koko, wykresy spoko, ale budżet nie jest z gumy.
-No, to co was tu sprowadza?
-Panie Szefie wszystkich Szefów, tu mamy taki projekt, jakby mógł pan na niego spojrzeć, co pan o nim myśli. Ale to tak spokojnie, bo to dużo się wydaje i jest. Ale to plan na lata, może i dziesięć.
-Yhm, yhm, yhm. -zamyślił się, przejrzał, po czym chwycił połowę kartek.- Na to daję wam 50%, resztę wpisuję do programu wyborczego i po wyborach.
Chwilę nam zajęło dojście czyja szczęka gdzie leży pod stołem. Szybko zerknąłem na kalkulator i jakbym tych całek nie liczył wychodzi kilkaset tysięcy nowych polskich złotych.
-Wiecie już, skąd weźmiecie pozostałe 50%?
-Noooooo… Tak myśleliśmy i sondujemy pana Dariusza z Dużego Urzędu… Podobno może się zgodzi dołożyć?
-Darek? Czekajcie -wyciąga telefon i wybiera numer.- No cześć Daro, są u mnie ludzie z Kółka Różańcowego, słyszałeś co chcą? No. No. No to dej, bo majom chorom curke. No, dzięki, czółko.
Nawet już mi się nie chciało schylać po szczękę.
-Młody, weź z kolegami napiszcie do Darka pismo, że ja tą kasę daję, on też da. W przyszłym roku to macie, a do reszty może też się dołoży. Ale to po wyborach. A, tylko nic Szefowi nie mów na razie, nie chcemy żeby ktoś nas ubiegł w złożeniu wniosku, nie?
Wyszliśmy, pogratulowaliśmy sobie i chwilę jeszcze pogadaliśmy.
-Nie spodziewałem się, że aż tak dobrze wam pójdzie.
-My też nie.
-A może bym wziął sobie jeden egzemplarz planu, to może Szefowi bym pokazał, żeby nie srał ogniem, że siedziałem godzinę i nic nie ma.
-Wiesz co… Może nie. Przyślemy ci to na maila prywatnego jak potrzebujesz do pisania, ale Szefowi na razie nic nie mów… Nie chcemy, żeby inni podpatrzyli i nas uprzedzili…
-Ok, ok. Kumam.
Ruszyłem więc pisać pismo. W połowie schodów zaczął mi telefon wibrować.
-Halo?
-Darek z tej strony.
-Ten Darek?
-Ten. Słuchaj, rozmawialiśmy jeszcze raz z Szefem wszystkich Szefów, żebyś to tam sensownie opisał. Macie potrzeby i faktycznie warto byłoby doinwestować. Wola jest, chęci są, tylko ładny wniosek musi być, kumasz?
-Kumam.
-I nie mów nic Szefowi. To robimy na razie bez hałasu.
To teraz tym bardziej będę musiał się sprężyć i dobrze go napisać. Mimo, że o Kółku to ja tak między Bogiem, a prawdą za dużo nie wiem… Szczęśliwie chłopaki stwierdzili, że machniemy to wspólnie, bo im zależy i to bez wątpienia bardziej niż mi.
Tymczasem w biurze Szef już od progu:
-I co?
-Nic. Pogadaliśmy z szefostwem, takie ogólniki, może coś z tego się wykluje.
-Ta, wykluje. Gówno. Nic nie robią, tylko przeszkadzają. Wszyscy to wiedzą (bo łazi i rozsiewa ferment), nikt ich poważnie nie traktuje. Musimy się tego pozbyć z Wydziału bo tylko się ośmieszamy.

Szef produkował się dalej, podczas gdy ja klepałem wniosek na setki tysięcy, który ma wyjść z mojego Wydziału bez wiedzy Szefa. Do tego stopnia bez wiedzy, że podpisze go bezpośrednio Szef wszystkich Szefów, a Szef dowie się po wszystkim.

czwartek, 9 listopada 2017

Dzień dwieście sześćdziesiąty czwarty- Netflix.

Oglądaliście House of Cards? Jeśli tak, nie spojlerujcie mi- jestem w trakcie. Długo się wzbraniałem przed Netflixem, z wielu powodów. Gdy wreszcie założyłem konto zacząłem szukać rzeczy, które chciałbym obejrzeć. 0 wyników. Więc postanowiłem obejrzeć choć House of Cards, żeby darmowy miesiąc się nie zmarnował. Nie powiem, że mnie wciągnęło, ale po 2 dniach kończę 3 sezon. Tak więc tak…
Ale dziś mam dla Was historię, którą od dłuższego czasu chciałem opowiedzieć. Szukałem tylko natchnienia, a okazało się, że jej przebieg to właściwie dokładnie to, co spotkało Underwooda w pierwszym odcinku. Co prawda jaki kraj, taki House of Cards, no ale cóż. Cytując klasyka- “oni znają swoją wartość przyjaciele, dlatego BFF nie obiecuje zbyt wiele”.
Jakiś czas temu przez moje województwo przetoczyło się tsunami. Potężna fala, która wymyła multum ludzi w jednostkach, wydziałach, inspektoratach zajmujących się tym samym, co ja. Wiele z nich odeszło całkiem słusznie, biorąc pod uwagę ich wiek to najprawdopodobniej zatrudnił ich jeszcze Mieszko I, gdy wraz z dworem i drużyną objeżdżał włości. To czego nikt się nie spodziewał (głównie dlatego, że nie zapytał mnie…) to prosty fakt, że jak wymieni się kilkunastu ludzi w skali województwa z dość wysokich lub wyspecjalizowanych stanowisk, to nie będziecie w stanie znaleźć dla nich zamienników. Nie na raz, nie w tym samym czasie. Powstała potężna próżnia, która aż się prosiła, żebym w nią wszedł całym sobą. I nad tym pracowałem.
Najlepszą możliwością było wolne stanowisko kierownicze, rzut beretem od mojego “kochanego” Urzędu. Awans potężny, właściwie od razu na dyrektora. Moje ptaszki, niczym Varysowi, doniosły mi o tym, że będzie konkurs i kiedy. Niestety nie wiadomo było, jakie zostaną postawione wymagania formalne. Gdy wreszcie go ogłoszono byłem, oczywiście, pierwszym, który o nim wiedział. Szybko zerknąłem w BIP i dałem cynk reszcie, żeby wiedzieli kto tutaj jest najlepiej poinformowany. No i problem, choć Szef już się gorączkował, że tylko ja spełniam wymagania formalne. Byście widzieli jak był zdenerwowany i podpytywał, mało subtelnie, czy mam zamiar startować.
Nie, nie oburzajcie się, że moje znajomości ustawiły konkurs pode mnie. Szef jest po prostu idiotą i nie rozumie pewnych sformułowań- nie spełniałem wymagań. Ale wiedziałem, że nikt nie spełni. W ogóle sądziłem, że nikt się nie zgłosi- pomyliłem się. Zgłosiły się trzy osoby, minutę po otwarciu kopert wiedziałem, że żadna nie spełniła wymagań formalnych. Nawet mnie to nie dziwi, jedną z nich znam osobiście i nie mam jakiegokolwiek zawodowego szacunku do niej. Miałem nawet pisać jej pracę magisterską, ale rzuciłem zaporową cenę, żeby się ode mnie odpieprzyła.
Ale ja w tym czasie pracowałem, m.in. pisząc niezbędną papierologię. Teraz przynajmniej wiedziałem, jakie mają fantazje, a do tego wystarczająco dużo czasu, żeby wszystko ładnie przygotować. Nowy konkurs został ogłoszony następnego dnia i tak jak oczekiwałem zmieniono wymagania, bardzo je obniżając. Ale niestety jedyny punkt, jaki mnie wykluczał- zaostrzono.
Smutek. Tym razem wiedziałem, że zgłosi się multum osób, w tym większość całkowicie przypadkowych z ulicy. To koniec. Kogoś na bank wybiorą (wybrali), tak to jest jak pali się grunt pod nogami. Co jednak ja zauważyłem, już w czasie czytania, to fakt, że z obniżonymi wymaganiami łapie się Szef. Akurat nie było go w biurze, ale telefon z sekretariatu urzędu, o którym mówimy w kontekście tego konkursu z prośbą o pilny kontakt powiedział mi wszystko.
Mają nóż na gardle. Chcą podebrać mojego Szefa. Jeśli on by wyniósł się z Urzędu, to próżnia by się nie zmniejszyła. A jakby tam poszedł, to oczywiste jest, że tu nikt by się sensowny też nie zgłosił. Szczególnie, że tam oferowano większą kasę (pi razy oko o 2k/m-c). W Wydziale zostałbym ja, Dziad miesiące przed emeryturą i praktykant z umową czasową. Matematykę zostawiam Wam.
Pytanie zasadnicze, czy Szef przejdzie? Gdyby mnie złożono ofertę, nie zastanawiałbym się ani sekundy. Powody mogę wymieniać długo, zaczynając od wspomnianych finansowych, bardziej prestiżowe stanowisko, łatwiejsza robota, całkowicie ogarnięta dzięki poprzednikowi (dosłownie wystarczy działać, według gotowych wytycznych). Ale ja nie jestem przyspawany do stołka przez strach tak jak Szef. I dobrze zgadujecie- nie skorzystał z oferty. Oferty przekazanej osobiście przez kierownika urzędu z zaznaczeniem możliwości negocjacji wynagrodzenia. Daleko idącej negocjacji.
Tym ruchem spierdolił sobie karierę całkowicie. Do emerytury taka możliwość zapewne mu się już nie przytrafi. W najmniejszym nawet stopniu. Spadło mu to jak ślepej kurze ziarno. I to chyba wszyscy wiemy, że dosłownie- w końcu jest kretynem. Rozmawiałem nawet jeszcze przed końcem drugiego konkursu w kuluarach z paroma osobami, które delikatnie sondowały, czy się zgłosi. Na moje “raczej nie” zazwyczaj słyszałem “to dobrze, pewnie by się i tak nie sprawdził”.
Tym ruchem jednak także spierdolił karierę mi. Nie całkowicie jak sobie, a po prostu w najgorszym razie odsunął ją w czasie. I nie miejcie wątpliwości, że o tym nie wiedział- przy mnie powiedział, gdy toczyliśmy rozmowę starając się zachęcić go do startu, że nie pójdzie bo wtedy ja wskoczę tu na jego miejsce. Oczywiście to miał być kolejny jego super zabawny żarcik. Nikt się nie śmiał, nawet Dziad miał nadzieję się go pozbyć, choć jak pisałem zostało mu parę miesięcy. Nawet ja cieszyłbym się, choćby i nie zrobili mnie p.o. i dyrektorem w konsekwencji.
Możliwość była jeszcze trzecia, o której początkowo nie myślałem, ale usłyszałem ją, jakże by inaczej, w zakulisowych rozmowach:
-Skoro nie chciał, to mógł choć nakręcić temat na ciebie. Wiedzieliby, że mogą spokojnie znów nikogo nie wybrać i trzeci konkurs jeszcze lepiej ułożyć.
I tak jak wątła nadzieja przysłoniła mi na chwilę logiczne myślenie, tak na szczęście ktoś pomyślał za mnie i ściągnął mnie na ziemię:
-Pojebało cię? Szef w życiu by tego nie zrobił, bo kto będzie za niego tutaj zakurwiał jak nie Młody?

Tak więc cóż… Francis, wiem jak się wtedy poczułeś.

czwartek, 26 października 2017

Dzień dwieście sześćdziesiąty trzeci- Tak tak tak, to Pan Tik-Tak.

Jesteście punktualni? Ja bardzo. Pamiętam, jak kiedyś poproszono mnie, żebym choć raz się spóźnił. Przyszedłem więc punktualnie, zrobiłem dodatkowe kółko wokół osiedla i dopiero zadzwoniłem do drzwi. Może to i trochę dziwne, no ale ordnung muss sein. Czuję niemal fizyczny ból, gdy nie dotrzymuję terminu. Urząd ma wszelkie możliwości, żeby ostatecznie z bycia punktualnym mnie wyleczyć.
Terminy to jest po prostu to, co kocha. Mocno mi się wydaje, że im wyżej urząd jest położony, tym bardziej oderwani od rzeczywistości ludzie tam pracują. Czasem gdy dostaję jakieś pismo zastanawiam się, czy ten ktoś piszący to jest takim idiotą, czy ma mnie za boga. Biorę papier i czytam- proszę w ciągu tygodnia przedstawić dane liczbowe wg załączonej tabeli z określonych zakładów pracy. Może gdyby to były 2-3 miejsca, czy gdybym takich w ogóle nie miał jak na jakichś wioskach. Ale wyciągam spis, który kończy się na pozycji 348. Pół tygodnia to mi zejdzie na wysyłanie zapytań do nich (90% nie ma/nie podaje maila). No ale jaśnie państwo życzy sobie odwalić to w tydzień.
Choć akurat tydzień to jeszcze łaskawy termin. Najbardziej kocham terminy “czterodniowe” i z doświadczenia wiem, że wielu urzędników stojących nade mną w drabinie urzędowej też je uwielbiają. A jak się wściekają, jak informujesz ich, że nie zdążysz. “Przecież miał pan CZTERY dni”. Aha, jeszcze żebyście wiedzieli jak to się czyta- dostajecie pismo faksem w piątek odpowiedź ma przyjść w poniedziałek. Macie więc cztery dni- piątek, sobotę, niedzielę i poniedziałek. No ja nie wiem, gdzie tutaj jakiś problem?
Problem zaczyna się przy terminach 24-godzinnych. Tzn. teoretycznie 24, bo pismo przychodzi tak 13-14 “proszę o odpowiedź do jutra, godz. 9.00” czyli de facto są dobre 4h na zebranie potrzebnych informacji, przetworzenie ich i wysłanie. W tym konkretnym przypadku pan urzędnik poprosił o dokumentację fotograficzną. Około 500MB zdjęć na maila, max załącznik 40MB mamy. Jeśli zrobicie szybką matematykę wysłałem to spakowane i podzielone na 13 części. Samo wysyłanie zajęło mi sporą część godziny, niestety w trakcie nie zauważyłem, że odpisał na jeden z pierwszych maili informując mnie, że moje pliki się nie otwierają… No niemożliwe, jakim cudem?
To też jeszcze jednak nie jest złe. W końcu wystarczy, że będę siedział nadgodziny i mogę mieć nawet 20h na przygotowanie odpowiedzi, a to już 2,5 dnia roboczego. Nie jest to złe, bo mogą tak jak dziś przysłać faks o 11, o 11.02 zadzwonić, że wysłali pilny faks, a w treści pisma “odpowiedź przysłać do godziny 14.00”. W takich wypadkach zawsze, ZAWSZE pismo ma datę wczorajszą. I tak samo zawsze zastanawiam się, czy to jest celowa złośliwość, że czekają z nim do następnego dnia, czy celowe udawanie, że jest więcej czasu, niż w rzeczywistości jest. A spróbuj im powiedzieć “trochę mało czasu…” Najlepsza odpowiedź jaką dostałem brzmiała “no tak, no tak… ale otrzymaliście polecenie, ktoś to musi wykonać”. Zgadnijcie gdzie przed wczesną emeryturą pracował mój rozmówca i uargumentujcie dlaczego akurat w wojsku…
Ale to wszystko i tak nic. Nawet te 3h to i tak komfortowe warunki jeśli macie zamiar wyrobić się w zadanym terminie w stosunku do rekordu. Absolutnego mistrzostwa świata w wykonaniu urzędników, których nie tak dawno widziałem fotografujących się z aktualną premier (gdzie i kiedy oczywiście Wam nie powiem). Prawdopodobnie wtedy, udając ciężką pracę, wpadli na błyskotliwy pomysł. Po tylu próbach wreszcie znaleźli sposób jak być w 100% pewnym, że nie dam radę zmieścić się w terminie, choćbym stanął na rzęsach. Wypchnęli do mnie faks z prośbą o odpowiedź tego samego dnia do godziny 17.00. Faks wysłali o 20. W piątek.
Plus był taki, że zaczynając rozmowę w poniedziałek od “odnośnie waszego faksu z godziny 20…” nie usłyszałem ani jednego słowa wyrzutu czy nagany.

czwartek, 19 października 2017

Dzień dwieście sześćdziesiąty drugi- więzienny blues.

Szef by dziś prawie zginął i miałbym problem z głowy. Problem, który ostatnimi czasy wyrósł do bardzo przeszkadzających rozmiarów, ale o tym Wam kiedyś tam opowiem. Tymczasem o jego niedoszłym zgonie- rozmawiał przez telefon gdy wracaliśmy skądś tam do Urzędu. Jak wiecie, gdy mówi przez telefon to nie jest w stanie robić nic innego. W tym rozejrzeć się przed wejściem na pasy. Na jego szczęście laweta miała całkiem sprawne hamulce, choć zatrzymała się już na pasach, czego ten idiota nawet nie zauważył…
No właśnie, idiota. To słowo chyba najlepiej tłumaczy całe jego życie. O wielu jego aspektach już tu mówiłem, ale tego czego jeszcze nie poruszałem, to jego sieć znajomości. Każdy z nas, gdy tak spojrzy na swoje życie to zna różnorodnych ludzi. Inteligentniejszych i głupszych, zabawniejszych i nudniejszych. Są jacyś urzędnicy, znajdzie się jakiś policjant, lekarz, przedsiębiorca, menel. Wiecie, rozumiecie. Idziecie ulicą i witacie się z farmaceutką, z którą chodziliście do szkoły, zamienicie dwa słowa ze strażakiem sąsiadem, menel Janusz podbije do Was o 2 zł brakujące do winogron w stanie ciekłym.
U Szefa jest to wszystko spłaszczone do meneli. Gdy gdzieś idziemy szybko zaczynam trzymać się trochę z boku. Bo rozumiem wiele, ale zatrzymywanie się przy każdy walącym jak gorzelnia alkoholiku na wyraźnym porannym niedopiciu, żeby uciąć sobie pogawędkę o tym, jak tam w proboszczowej jadłodajni i jak kształtuje się rynek aluminium? BTW- fun fact, nastąpiła specjalizacja. W sensie jak macie jakieś puszki do wydania dla wszelkich zbieraczy, to nie zdziwcie się, że nimi pogardzą bo zbierają np. tylko butelki i puszki ich nie interesują.
No ale dobra. Każdy ma znajomych, jakich ma, obraca się w kręgach, w jakich się obraca. Ale. Teraz dochodzimy do wisienki na torcie- tragicznych historii niesprawiedliwości społecznych jakie ich dotykają, a jakich to Szef przeżyć nie może, jak muszą cierpieć.
I tak pierwszy z nich, ten mądrzejszy (wg słów Szefa) uniknął pobytu w pierdlu. Za co miał tam trafić? Oczywiście za niewinność. Ta konkretna niewinność polegała na tym, że zamknął w swoim mieszkaniu trójkę osób, które miały go okraść. Hm, nie brzmi jak straszne przestępstwo, ale dodajmy do tego szczegóły. Uwięził na parę godzin w swoim mieszkaniu trzy dziewczyny w wieku 16-17 lat bez wzywania Policji. Kontekst zaczyna się trochę zmieniać, co? Co robiły trzy nieletnie dziewczyny w mieszkaniu obcego 50-60 latka i dlaczego nie wezwał gliniarzy? Dlaczego w ogóle zamykasz złodzieja we własnym mieszkaniu? Żeby miał więcej czasu na jego przeszukanie?
To był ten mądrzejszy, Ci głupsi wg Szefa wyroku nie uniknęli. Pierwszy siedział półtora roku. Za co? Pomijając oczywiście tradycyjną niewinność, “bo on nie jest taki mądry, to nie umiał się obronić w sądzie” (cyt. z Szefa). Dostało mu się za molestowanie, próbę gwałtu , coś w ten deseń, Szef niezbyt potrafił się wysłowić. Oczywiście aniołek z czerwonym licem i zniszczoną wątrobą wrobiony. To nic, że cała akcja działa się na rynku miejskim, na którym są cztery kamery monitoringu miejskiego plus kamery prywatne. Jak sam to ujął, dziewczyna krzyknęła (nota bene znów nieletnia, jakaś dziwna prawidłowość się wyłania), a go skazali. Wg Szefa chciał tylko umyć ręce w fontannie. Myliście kiedyś ręce w fontannie miejskiej?
Trzeci i ostatni na dziś dostał zawiasy, jak obaj wyżej za nic. Wziął po prostu śmieci na sprzedaż, bo wiadomo aktywów finansowych nie za wiele, pić się chce, a pecunia non olet. Z niewiadomych tylko powodów wcześniejszy właściciel śmieci zamiast po bożemu wrzucić je do kosza przed domem to chował je w zamkniętym garażu. Też nie rozumiem, po co ktoś miałby rury mosiężne sobie gdzieś odkładać, jak leżą to przecież oczywiste, że zbędne, nie?
Co jednak najgorsze, to Szef ma dokładnie tą samą mentalność. Pamiętacie kwestię wyjazdu szkoleniowego do bieguna zimna (nie pojechałem)? I kwestię zwrotu kilometrówki, która mu się nie należała? Oczywiście, że ją złożył i teraz najlepszy żart. Kobieta odpowiedzialna za ich rozliczanie powątpiewała w to, czy należy ją wypłacić, na co on szczerze obraził się na nią słowami:
-Jak chcesz to nie rozliczaj, ale wiedz, że nie wszyscy tak oszukują jak ty.
Zakrztusiłem się ze śmiechu, na szczęście nikt nie słyszał, bo byłem kilka metrów dalej- Szef za bardzo walił potem, nie chciałem tego wdychać, ani być posądzony o jakikolwiek związek z aromatem. W kwestii formalnej- nic mi nie wiadomo, czy ostatecznie dostał kasę.

czwartek, 12 października 2017

Dzień dwieście sześćdziesiąty pierwszy- in the heat and the rain with whips and chains.

Jakiś czas temu wędrowałem sobie spokojnie w promieniach słońca oddając się w spokoju myśleniu o swoich sprawach, z których dość nagle i brutalnie wyrwał mnie dobiegający z pewnej oddali krzyk:
-Młody, Młody, Młody!
Któremu towarzyszyło bardziej niż charakterystyczne klap-klap-klap japonek. Zatrzymałem się więc i odwróciłem na spotkanie mojego ulubionego biznesmena.
-Co tam?
-He-he-he, daj mi sekundę, chodź usiądziemy. Chcesz pączka?
-Nie, dzięki. Odchudzam się.
-To dwie kawki poprosimy.
Siedzimy więc chwilę w oczekiwaniu na małe czarne, gdy on łapał oddech i pozbywał się czerwonych wypieków na twarzy.
-Sprawę mam.
-Jaką?
-Jesteś urzędnikiem, możesz mi pomóc.
-Hoho, nawet jakbym chciał to nie mam na co wziąć w łapę.
-Nie, nie- wziął łyk kawy- potrzebuję porady.
-Zamieniam się w słuch.
Na co dzień w robocie jestem niedoceniany, a i ludzie zazwyczaj do paru miłych słów się nie kwapią, to i możliwość pomocy faktycznie rozpaliła moje zainteresowanie.
-Bo widzisz, trochę nie dogadaliśmy się w kwestii tych tutaj siedzisk z twoimi kolegami.
-A co im nie pasuje? Całkiem ładne, stylowe, nowoczesne.
-No, no, tak właśnie im mówię, ale oni tylko swoje i swoje.
-Tzn?
-Że miały być krzesełka, takie zgrabne z rattanu.
W milczeniu spojrzałem pod własny tyłek na stu kilowe, odlane z betonu i wypolerowane siedzisko.
-Oni tylko w kółko swoje i swoje, a przecież siedzenie to siedzenie. Te przynajmniej przy wietrze mi po ulicy nie latają, samochodów nie rysują.
-Wiesz, widzę tutaj faktycznie dość znaczącą różnicę, którą ciężko będzie ukryć. A i wiesz, że ja w innym wydziale pracuję, nie mam przełożenia na ich decyzje.
-Spoko, spoko. Mi tylko chodzi, czy oni mogą mi to sami usunąć? Jakoś w nocy czy coś?
-Eh… Nie, wiesz, nie każdy działa tak jak ty. Tu wszystko musi być zrobione legalnie w dzień. Z pismami.
-Uf, to całe szczęście.
I tak się rozeszliśmy. Tygodnie mijały, siedziska tak jak je obserwowałem nie znikały. Wreszcie po paru tygodniach znów go spotkałem i z ciekawości sam zagaiłem, co tam z tym wszystkim.
-Świetnie. Napisałem im wniosek o poprawę pomyłki pisarskiej, żeby we wniosku zmienić z krzesełka, na betonowe siedziska. No wiesz, każdy mógł się pomylić pisząc, nie?
-Myślisz, że to wchodzi w zakres pomyłki pisarskiej?
-No, a nie? Zobacz, mam siedziska, a napisałem krzesełka, to oczywiste, że musiałem się pomylić pisząc, hehehe.
Cóż, rozstaliśmy się po raz kolejny, znów na parę tygodni, po których zauważyłem, że przedmiot sporu zniknął z chodnika. Z tego co kojarzyłem, to zdecydowanie przed końcem pozwolenia, co zaczęło mi podsuwać różne możliwe scenariusze. Akurat byłem na urlopie, to w Urzędzie języka zaciągać mi się nie chciało, ale któregoś chłodnawego już wieczora znów spotkaliśmy się na ulicy.
-I co, kazali ci ściągnąć je?
-Nie, nie. Na mnie nie ma mocnych. Zimno się zrobiło, nie warto już było trzymać.
-To co, sprawa bez rozwiązania się zakończyła?
-Czekam na odpowiedź z ministerstwa.
-Co?
-Napisałem na nich do ministerstwa, czekam na odpowiedź. Bo ja tego tak nie zostawię.
-Ty chyba bardzo nie chcesz za rok się wystawić na tym chodniku, nie?
-Spokojnie, spokojnie, wniosek tym razem złożę cztery miesiące wcześniej, żeby jeszcze zdążyć się z nimi procesować jakby co. Ale wiesz, co ci powiem?
-Nie wiem, podejrzewam jednak, że zaraz się dowiem.
-Ja pierdolę ten kraj. Tu nie da się zarabiać. Ja pierdolę to miasto. Tu wszystko przeciw tobie. Jak żyć, ja już nie wiem. Serio, walczysz, walczysz, gówno z tego masz, a to my przedsiębiorcy jesteśmy solą ziemi. Tej ziemi. Tymczasem patrz jak się mnie traktuje, ciągle podcina skrzydła. Ja tu kurwa nie mogę normalnie zarabiać. No nic, trzymaj się, bo zimno.

Zapiął skórzaną kurtkę, wsiadł do swojego Porsche i odjechał w siną dal zostawiając mnie samego z własnymi rozmyślaniami nad jego ciężkim losem w tym miejscu, gdzie wszystko przeciw niemu.

czwartek, 5 października 2017

Dzień dwieście sześćdziesiąty- Mario Bros.

Ponownie jestem chorym człowiekiem. Udowadnia to zasadność powiedzenia, że biednemu zawsze wiatr w oczy. Chciałem się przeziębić, żeby nie jechać na szkolenie, przeziębiłem się wystarczająco wcześniej, żeby zdążyć wyzdrowieć. No nic, może to jakoś przeciągnę. Tymczasem dowiedziałem się, dlaczego Szef tak chętnie się zgodził jechać. Podwozi nas inny urzędnik, który jedzie w to samo miejsce z tym samym zadaniem, a chciał żebym wypisał delegację na jego samochód. 0,8358 x ca. 800 km, muszę mówić coś jeszcze? Wypisałem na samochód, ale nie dodawałem, że jego. Nie będę mu tego sztucznie legitymizował.
I może mu dzisiejszą notkę poświęcę, bo to też jest as do którego żywię szczerą niechęć. Wystarczy na niego spojrzeć, żeby nabrać podejrzeń, że będzie coś nie tak. Jak śpiewał Kazik- krótko z przodu, długo z tyłu, na czeskiego piłkarza. Poznałem go nie tak dawno temu, jest najmłodszy stażem w mojej działce w całej okolicy, choć w urzędzie jako takim pracuje długo. Przyjechał kiedyś oddać hołd lenny, czyli się przywitać. Tylu superlatyw mówionych o samym sobie dawno nie słyszałem. W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, czy on chce ze mną współpracować czy mnie wyruchać. On wszystko wie, wszystko ogarnia, robi tyle rzeczy, że to pryszcz, proste i w ogóle oczywiste. Nazwijmy go Mariusz.
Nie mija tydzień, jak dzwoni.
-No co jest Mariusz?
-Słuchaj Młody, ta tabela tam co mieliśmy zrobić…
-Zrobić do przedwczoraj, tak, co z nią?
-Masz ją zrobioną?
-E… Tak?
-To mógłbyś mi ją przesłać?
-Ale po co ci ona? Przecież będziesz mieć zupełnie inne dane tak czy siak…
-No tak, tak, ale chcę zobaczyć, jak to zrobić.
I od tego się zaczęło, później poszło z górki. Cokolwiek trzeba było robić, Mariusz Wielki zrobić nie umiał, wszystko trzeba było mu wysyłać i tłumaczyć. Nie trwało długo gdy się wściekłem i przestałem mu wysyłać. Przerzucił się więc na Szefa. Gdyż tego nikt nie lubi, to poczuł się mile podłechtany i z uśmiechem na ustach zaczął lizać Mariuszowi dupsko. A że sam nie umie, to koniec końców i tak ja to wysyłałem. Wreszcie zacząłem się też więcej kłócić z Szefem bo Mariusza miałem powyżej dziurek w nosie. Dziad zresztą tak samo, bo czego nie miałem ja, miał Dziad, a że ten jak wiecie internetów nie za bardzo, to tłumaczył telefonicznie. Pewnego razu w koalicji postanowiliśmy Mariusza sprawdzić i to Dziad zadzwonił do niego, żeby podesłał nam jedno pismo, które doskonale wiedzieliśmy, że ma zrobione. Gdy to czytacie mija 5 miesiąc od kiedy obiecał podesłać. Apogeum nastąpiło w trakcie jednych z ćwiczeń, kiedy to wyrabiam w robocie godzinowo 200% dniówki i najogólniej siedzę dość podminowany. Zazwyczaj wokół rozwalonych po biurku dokumentów, wyciągów z procedur i różnorodnych wykresów czy schematów. Ważna w tym wszystkim jest szybkość. Im szybciej robicie dane zadania, tym szybciej dostajecie kolejne, a w konsekwencji idziecie do domu. Nagle do biura wchodzi Szef i podaje mi swój otłuszczony od ryja telefon.
-Masz, Mariusz.
-A na ciężkiego chuja mi Mariusz w tym momencie?
-Wytłumacz mu jak czytać tabliczkę.
Tabliczkę dostaje się do zadań, zabawa polega na tym, że każdy ma inną i do każdej z nich trzeba dobrać odpowiednią standardową procedurę operacyjną, a z niej wyciągnąć odpowiednie części…
-Teraz? Teraz to ja rozszyfrowuję naszą tabliczkę. 
-No ale weź mu wytłumacz.
Szybka kalkulacja, im dłużej będzie mi truł dupę, tym dłużej będę tu siedział.
-No, co jest Mariusz?
-No to z tą tabliczką…
-Weź sobie książeczkę, taką małą, pomarańczową…
-Ja ją mam.
-Wiem, że masz. I tam sobie poszukaj tego co masz w tabeli.
-W tabeli mam X0Z678.
-To sobie to znajdź i przeczytaj.
-Ale gdzie to jest?
-W książeczce.
-Tak, ale na której stronie?
-Nie wiem, sprawdź. Ja mam co innego.
-No, a nie możesz zobaczyć?
-Nie mogę.
-No weź.
-Mariusz, kurwa, w czasie jak rozmawiamy jedną ręką zdążyłem to znaleźć.
-Więc która strona?
-38. Nara.
-Ale czekaj jeszcze!
-Na co mam jeszcze czekać?
-No co ja mam z tej strony wziąć?
-Nara.
Myślicie, że nie dzwonił od razu znowu? Od tego czasu minęło już trochę, w międzyczasie Mariusz zdążył przyjechać, wydaje mi się że miały to być podziękowania z jego strony. Dostałem Milky Way i breloczek jego gminy… Szef nawet chwilę był na niego obrażony, ale szybko sobie przypomniał, że nikt poza Mariuszem się właściwie do niego sam z siebie nie odzywa, więc ekspresowo wrócił do lizania dupy. I znów truje mi dupę, żeby wysyłać mu jakieś dokumenty. Żeby nie kopać się z koniem to po wyrażeniu niezadowolenia je wysyłam, ale poczta chce, żebym wstawiał jakiś temat maila. Więc, żeby ułatwić sobie, to daję pojedyncze przypadkowe litery. Młody wyślij Maila. S. Mariusz dzwonił, potrzebuje tabeli. P. Dzwoniła gmina, nie wie jak podliczyć dane. I. Jakbyś mógł wysłać Mariuszowi to pismo, co właśnie kończysz. E. Spotkałem naszego ulubionego kolegę w Urzędzie, prosił żebym cię pozdrowił. I żeby podesłać mu nowy konspekt planu. R.

Jak myślicie, po ilu literkach się zorientuje?

czwartek, 28 września 2017

Dwieście pięćdziesiąty dziewiąty- moving on is a simple thing, what it leaves behind is hard.

Czy kiedyś nadejdzie dzień, w którym wrócę do pracy bez marzeń o koktajlu z antydepresantów i tabletek przeciwbólowych? Pewnie tak, gdy zmienię pracę. Dobrze, że kupiłem sobie PHP i MySQL Luka i Lary, więc może za jakiś czas…
Tymczasem z braku dostępu do antydepresantów i miękkich narkotyków ratuję się łykając Ibuprom i Tic-Taci. Już zupełnie pomijając ten ból wczesnego wstawania, do którego przyzwyczaić się nie mogę, to zawsze, ale to zawsze od pierwszej minuty mam zapierdol. 23 dni wolnego, człowiek prawie przypomniał sobie, że istnieje normalne życie i nagle bęc prosto w łeb obuchem.
To pismo zrobić pilnie, bo do dziś chcieli odpowiedź. To też. I jeszcze to. Tu masz jeszcze 3 pisma, nimi też się zajmij. Tu nowej stażystce komputer nie działa, informatycy nie mają czasu, weź zobacz. I robię jak taki wół, czy raczej osioł, choć wielokrotnie Wam wspominałem, jak to ważne jest dla ludzi, żeby po długim urlopie powoli się rozkręcać w pracy. Ja powoli nie mogę, bo wszyscy moi współpracownicy pracują całe życie powoli licząc, że to ja zrobię.
Piszę więc jedno pismo, piszę drugie. W międzyczasie porządkuję stos papieru, jaki odkładali mi na biurku i tak jak zawsze- większość wymaga tylko wpięcia w odpowiedni segregator, ale tego też im się nie chce zrobić. Po godzince roboty chcę drukować, nie ma papieru. W sensie w ogóle, ani w drukarce, ani w szafie. Lecę do informatyków, no oczywiście, że ich nie ma. Lecę do dziewczyn w podawczym i po paru uśmiechach wracam z jakąś resztką ryzy, na razie starczy. Nikomu nie chciało się przynieść przez parę tygodni, to niech czekają dalej. Koło południa zbliżam się do półmetku i super. Pismo, które liczyłem, że będzie już zrobione.
Widzicie, Urząd ma takiego swojego psychofana. Tzn. kompletnego idiotę, który truje nam dupę o wszelkie pierdoły. Pisałem Wam to już chyba kiedyś, więc w skrócie powtórzę- koleś po prostu pisze całymi dniami wnioski o udostępnienie informacji publicznej i do nas je przynosi. Pisze o rzeczy mądrzejsze i głupsze, ale jestem prawie pewien, że robi to na czyjeś zlecenie. Wyraźnie to widać, że część pierwsza pisma- zawsze ta sama, z artykułami na które się powołuje jest pisana przez kogoś innego, a on tylko dostaje stos takich gotowców do dowolnego wypełnienia. Zazwyczaj pisze o kompletne głupoty, więc odpowiedzi sprowadzają się do “nie mamy” i usilnego powstrzymania się od dodania “pierdolony debilu”. Tym razem książe jednak przegiął, a jego ułańska fantazja zaprowadziła go do grubej granicy, jaką sobie wytyczyliśmy, czyli miejsca w którym musielibyśmy zrobić coś więcej w tym zakresie niż spławić go.
To było zanim poszedłem na urlop, więc wysmażyłem z radcą pismo na 2 strony A4 na których w domyśle tłumaczymy mu, że jest idiotą. A dosłownie, że nie wykazał istotnego interesu, więc o ile nie uzupełni wniosku, to odmówimy udostępnienia informacji przetworzonej. Dwa dni później poszedłem na zasłużony urlop. Byłem pewien, że coś odpisze i będzie trzeba mu albo odpowiedzieć, albo napisać decyzję odmowy. Ale to nie mój problem, ja w tym czasie jestem na urlopie.
Okazuje się, że to jednak mój problem. Idę do kolesia zajmującego się koordynowaniem odpowiedzi na wnioski o informacje publiczne. Funkcja, która powstała tylko przez tego jednego kolesia, o którym pisałem wyżej- rocznie pisze kilkaset wniosków. Idę więc do niego z dokumentami i kulturalnie pytam:
-Wiesz, chyba musiałbym odpowiedzieć mu na to.
-A czy ty zdajesz sobie sprawę, że dziś jest ostatni dzień terminu?
-Spytaj raczej Szefa, czy zdaje sobie sprawę, że dziś jest ostatni dzień terminu, bo ja mimo trzytygodniowego urlopu zdaję sobie sprawę i dlatego tu jestem.
Bierze telefon i dzwoni do Szefa:
-Czemu znowu zwalasz robotę na Młodego?
-Ale ja nie zwalam.
-To czemu pismo czeka do ostatniego dnia terminu, akurat jak on wraca? Jak zdążysz odpowiedzieć? Jak w ogóle zdążysz decyzję przygotować? Gdzie teraz dorwiesz kogoś, kto ci ją podpisze?
-Ale mamy miesiąc na to.
-Miesiąc? Na udzielenie informacji publicznej?
-No tak radca mówił.
-A to ty nie wiesz, jaki masz termin?
-Radca mówił, że miesiąc.
Trzask. Pip-pip-pip.
-Czy ty mówiłeś Szefowi, że ma miesiąc na informację publiczną?
-Mówiłem, że ma dwa tygodnie na wyznaczenie nowego terminu nie dłuższego niż miesiąc.
-No bo on sobie znowu wyciera tobą mordę.
Trzask.
-No nic, zrób to Młody, jeśli ktoś ma z tym zdążyć i dorwać Szefa wszystkich Szefów do podpisu, to tylko ty.
-Co nie zmienia faktu- wtrąciły się inne osoby z tego biura- że ciągłe zwalanie na innych i kręcenie Szefa jest już turbo wkurwiające.
-Co ty nie powiesz? Ja mam to codziennie bo muszę z nim pracować.- zerknąłem na zegar- Za czterdzieści minut jestem.
Trzydzieści osiem minut później wróciłem.
-Załatwione, termin przesunięty.
-Dobrze, dobrze. Ale jak dorwałeś Szefa wszystkich Szefów? Przecież jest sesja…
-Jest i jej słucham. Całkiem gorąco, a godzinę temu miał przerwę na papierosa. Nie ma bata we wsi, w końcu musiał wyjść na drugiego.



czwartek, 14 września 2017

Dzień dwieście pięćdziesiąty ósmy- wsiąść do pociągu byle jakiego.

Lubię delegacje, takie jednodniowe. Wszystko, byleby tylko nie siedzieć kolejnego dnia w biurze. Czy to jadąc samochodem, czy pociągiem, zazwyczaj tylko nieznacznie dłużej niż zazwyczaj muszę pracować. Szczególnie lubię dwa konkretne wydarzenia, które wydarzają się w regularnych interwałach czasowych. Wizyta w magazynie centralnym i szkolenie.

Na pierwsze dostaję i samochód i kierowcę z Urzędu, więc żyć nie umierać. Podwózka od drzwi do drzwi, tylko w międzyczasie trochę roboty fizycznej, bo sprzęt pakować i rozpakować, to ładne kilkaset kilo do dźwignięcia, a w międzyczasie papierologia. Szkolenie jest jeszcze lepsze, gdyby nie przymus korzystania z PKP. Z ciapolągami zawsze na dwoje wróżyła- tzn. na bank nie będzie czasowo, ale możecie trafić albo na czysty i nowy skład, albo na zasyfiony i stary. Za to samo szkolenie odbywa się sto metrów od dworca i rok rocznie jest dokładnie to samo, więc jedyne co robię to podpisuję listę, zbieram materiały, wypijam kawkę, jem kanapeczkę i idę na pierwszy powrotny. Prowadząca już nawet nie zwraca na to uwagi, tylko na wejściu pyta czy kawę zdążę z nią wypić. Nie patrzcie tak na mnie, jestem jedyną osobą na tym szkoleniu, która jest co roku- tak sobie to mój Urząd wymyślił.
Szczytem, szczytów była jedna z moich delegacji, gdzie dosłownie jechałem do magazynu po jedną sztukę sprzętu, którą równie dobrze mogliby nam przysłać pocztą. Ale szefostwo wymyśliło sobie, że jeszcze po drodze zabierzemy dwoje innych urzędników na konferencję trwającą dobre trzy godziny. Obskoczenie magazynu to dziesięć minut licząc z dojazdem, szczęśliwie po przeciwnej stronie ulicy znajduje się centrum handlowe. A gdzie lepiej stracić trzy godziny życia, niż w Ikei? Ok, wiem że lepszych miejsc jest multum, ale ciągle jednak mam jakieś granice co do rzeczy, jakie robię (mimo wszystko) w czasie pracy. Hej, nie patrzcie tak na mnie, i tak musiałem czekać na koniec konferencji. I nie ja to wymyśliłem. Przynajmniej chlebak mam ładny.
Żeby było zabawniej, szczyt, szczytów przyjdzie mi zdobywać po raz kolejny. Znów mam jedną sztukę sprzętu do odebrania i mimo braku innych zadań do wykonania to po prostu nie można go wysłać pocztą. Więc tym razem wezmę po prostu swoje cztery kółka i… hm, potrzebujecie coś z Ikei?
Jednak jak głosi stare porzekadło nosił wilk razy kilka ponieśli i wilka, albo trafiła kosa na kamień, albo przyszła kryska na matyska, albo przyszła krasa na… I dowiedziałem się, że mam jechać na kolejną delegację. Tym razem cały tydzień. W okolice polskiego bieguna zimna. W towarzystwie najbardziej przeze mnie znienawidzonego urzędnika ze wszystkich ościennych urzędów, którego utopiłbym w garści piasku. Ale gdyby tego było mało i ta obrzydliwa kreatura nie powodowała u mnie wykładniczego przyrostu nienawiści w odpowiednim tempie, to dostanę jeszcze jednego współuczestnika. Nie, nie Dziada. Szefa. Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił? Niedługo spędzę tydzień przy granicy Rosyjskiej i Białoruskiej z dwoma najbardziej znienawidzonymi przeze mnie urzędnikami, do których poziom pogardy mam tak wysoki, że ledwo starcza na wstrzymanie się przez te codzienne osiem godzin. Trzymajcie za mnie kciuki. Ślijcie modlitwy. Możecie też zapalać świeczki w oknie i rysować kredą pod urzędami.


czwartek, 31 sierpnia 2017

Dzień dwieście pięćdziesiąty siódmy- kubeł.

Wiecie, że dla zachowania zdrowej wagi i relacji z innymi wystarczy jedna, prosta rzecz. W odpowiednim momencie zamknąć mordę. Mądrość życiowa, którą szczególnie powinni przyjąć do wiadomości wszyscy mający niczym Kubuś Puchatek mały rozumek. A, że patrząc na Szefa nie mogę pozbyć się z głowy pytania kto mu co rano wiąże buty, to powinien się do niej stosować podwójnie.
Było tak przy pierwszym wystąpieniu przed Radą i mediami, gdy słuchałem go z rosnącą z minuty na minutę zgrozą. Pieprzył trzy po trzy, a wszystkie portale internetowe rozgorzały później komentarzami do jego kwiecistej mowy. Pytają go o atmosferę wydarzenia (nie ważne jakiego), odpowiada że było kulturalnie i spokojnie. Info dla Was: wszędzie lądowały filmiki na których wyraźnie podchmieleni ludzie przekrzykiwali się informacjami co do profesji matek adwersarzy i odziedziczonymi w związku z tym tytułami społecznymi. Podpowiem, że nie chodziło o tytuły szlacheckie. Pytają go, czy wg niego było bezpiecznie, odpowiada że tak, a w następnym zdaniu gani ludzi, którzy przyszli z dziećmi za narażanie ich na niebezpieczeństwo. Pytają go o ogólną opinię, to ten odpowiada że było jak za jego poborowych czasów za PRL tylko brakowało mu wódki, bo w przeciwieństwie do lat ‘80 tym razem nie częstowali. A, na koniec dodał “he he he”.
Gdy więc pojawiła się kolejna okazja, a właściwie smutny obowiązek, żeby się wypowiadał, to dałem mu za darmo jedną, złotą radę. Opowiadaj krótkimi zdaniami, tylko podstawowe fakty, przedstawisz je- zamknij mordę. Pomni rozmiaru poprzedniej klęski, także Szefostwo postanowiło zagrać bezpiecznie i kazali Szefowi napisać co będzie mówił i przedstawić to do akceptacji. Oczywiście ani to było ładne, ani zgrabne, ale przynajmniej pozbawione zbędnego pieprzenia.
Z niekrytym więc zadowoleniem słuchaliśmy jak sylabizuje z kartki nie za bardzo przejmując się chaosem jaki panował w tej wypowiedzi i z równie niekrytym przerażeniem słuchaliśmy, jak po zakończeniu części głównej zaczął dodawać coś od siebie. Więc zaczął mówić o raju, który widział (nie pytajcie, nikt nie wie o co chodzi) i o generale matce naturze (prawdopodobnie jakieś pomieszanie generała mroza z matką naturą, ale to luźne domysły). Szczęśliwie to, co mówił było tak abstrakcyjne, że wszyscy potencjalni interlokutorzy byli w głębokim szoku i dało to czas na zadziałanie awaryjnych rozwiązań. Zaraz po wystąpieniu Szefa byli gotowi inni, którzy szybko przejęli temat i wyprowadzili wszystko na w miarę równą ścieżkę.
Ale to nie jedyne przypadki, w których Szef nie trzyma mordy w kuble, tak jak powinien. Z ostatnich tylko dni mogę przytoczyć choćby ten, gdy braliśmy udział w jednym z Urzędowych spotkań. Było to na sali konferencyjnej, która ma ten minus, że stoły są ustawione w podkowę. Siedziałem, siłą rzeczy, przy moim przełożonym, ale obgadywałem jakieś pół-oficjalne sprawy (no dobra, pieprzyłem o dupie maryny) z kolesiem z innego biura. Od niego przynajmniej nie waliło. Pech chciał, że Szef siedział ostatni, więc skoro ja byłem odwrócony, to nie za bardzo miał komu truć dupę w pobliżu, więc przerzucił się na siedzących naprzeciwko, same dziewczyny i zaczął rzucać tekstami “no, no, jakie ja mam widoki”, “ho ho, co za nogi”, “he he”.
Nie wiem, kto w tym momencie miał wyraźniejszy wyraz zażenowania na twarzy, ja czy one.

czwartek, 24 sierpnia 2017

N13- brum, brum.

Zdarza się, że jazda po polskich drogach przypomina walkę. Z pewnością ciężką walkę o utrzymanie się na drodze toczył kierowca UAZ-a, który nie tak dawno jechał przede mną. Ze wszystkich tylnych świateł połowicznie działał mu jeden stop, a jadąc po mokrej nawierzchni zostawiał za sobą cztery ślady kół. Tak, cztery, nie dwa. Przy okazji ciągle manewrował od krawężnika do osi, pewnie związane to było z unikatowym zestrojeniem podwozia, raczej nie podejrzewam faceta o jazdę na podwójnym gazie. W każdym cywilizowanym miejscu ten samochód jechałby w najlepszym razie na lawecie. Ale ja nie od dziś mam poważne wątpliwości, czy my żyjemy w normalnym miejscu. A dziś powiem Wam, kto jest najgorszym z najgorszych na polskich drogach. Pomijając pijanych.
Jest wiele grup, które widząc na drodze powodują u mnie wzrost czujności, mocniejsze chwycenie kierownicy, zdjęcie nogi z gazu i poprawę pasów. To np. młodzi chłopacy w starych samochodach. Obowiązkowa czapeczka z daszkiem i w 99% przypadków- Golf III/IV, Pasek B5, Civic. Mogą to też być trochę starsi chłopcy. Tacy, którzy wyrośli już z czapeczek i nie mieszkają z rodzicami- stąd pewnie mogą bez ograniczeń chodzić na solarium i do wiejskich salonów tatuażu. Życie na swoim to prestiż, więc i gablota lepsza- 15-20 letnie bumy 5-7, równie wiekowe A6-A8, czy S Klasse. Koniecznie na szerokich gumach z lansiarskimi alusami podwajającymi wartość wozu, oparciem fotela kierowcy ustawionym tak, żeby na świat patrzeć przez kierownicę, którą trzyma się jedną ręką eksponującą złotą ketę. Ale także ci najstarsi chłopcy, w najnowszych, czy po prostu nowych samochodach, choć niekoniecznie najwyższej klasy. Koszula w kratę, na nią założony sweterek, na fotelu pasażera żona równie siwa co i mąż. No i 70km/h między miastami, a przy skręcaniu zwalnianie do zera. Ten styl jazdy widzę też u kobiet w każdym wieku, szczególnie z rejestracjami wskazującymi na jakieś pipidówy. Z drugiej strony czarnowłosa w niebieskiej Celice, która jakiś czas temu tak przecięła skrzyżowanie, że z bratem poczuliśmy się jak upośledzeni, prosiłbym żeby się zgłosiła jeśli to czyta. Potrzebuję korepetycji.
Ale ci wszyscy wyżej wymienieni choć są źli i jeżdżąc powodują zagrożenie z różnych powodów, to jednak nie są najgorsi. Nie są nimi nawet motocykliści, choć motocykle są wszędzie szczególnie wyprzedzając na trzeciego, na zakręcie, pod górkę z prędkością maksymalną przekroczoną niemal dwukrotnie. Najgorsze są święte krowy polskich dróg- rowerzyści.
Trzy przykłady, z trzech ostatnich dni. Pierwszy jechał środkiem pasa ruchu, przy podwójnej ciągłej i pod górkę, pod którą ledwo pedałował. Jechanie przy skraju? Och, to uwłaczałoby królowi dróg. Druga ma szczęście, że jeszcze chodzi i może je zawdzięczać kostce brukowej po której wolno jechałem zbliżając się do skrzyżowania równorzędnego, na które już miałem wjechać widząc, że mam prawą wolną, ale z lewej wyskoczyła mi na pełnej prędkości rowerzystka z wyraźnym oburzeniem na twarzy. Chciałem jej odpowiedzieć, ale zanim odpaliłem wóz, którym tak szybko hamowałem, że nie zdążyłem sprzęgła wcisnąć i mi zgasł, to zdążyła odjechać w siną dal. No i trzeci idiota, również na skrzyżowaniu równorzędnym, również wyjechał z mojej lewej. Ale ten cwaniaczek lepiej znał kodeks ruchu drogowego i zamiast wjechać mi na maskę bez pierwszeństwa, to po prostu bez zwolnienia pojechał asfaltem wzdłuż krawężnika i przejechał mi przed nosem po pasach.
Dawno nie jeździłem na rowerze, więc możecie dać mi znać, czy w ostatnich latach zaczęli montować do nich pola siłowe?

czwartek, 17 sierpnia 2017

Dzień dwieście pięćdziesiąty szósty- screw you guys, I'm going home.

Wiecie, że pochodzę z Pomorza. Nigdy nie napisałem tego wprost, ale myślę, że wielokrotnie dałem wystarczająco dużo wskazówek, żeby każdy się tego domyślił. Szczególnie, na samym początku pisania bloga. Z kolegów i koleżanek z innych miejsc Polski często się śmieję gdy mówią, że u nich wieje. Pamiętajcie, że jak u nas wieje to trzeba stojąc na plaży uważać, żeby kutrem w mordę nie dostać. Gdy widzicie jak mewy lecą do tyłu to wiecie, że mocno wieje. No i jak delfin rozbije się wam o okno, to nie wychodźcie sprawdzić, czy wszystko z nim ok. To stara sztuczka huraganów, żeby wywabić Was z domu. I ostatnio też u nas wiało, o czym zapewne już wiecie, a może i domyślacie się, że w związku z tym wszyscy dostali sraczki (wyjątkowo słusznie) i sam też byłem wciągnięty w tryby. Mógłbym tu pisać o ludzkiej i leśnej tragedii (na miejsce jechałem w kolumnie wóz transmisyjny-ja-karawan), ale nie przychodzicie tu dla tragedii. Tylko dla chleba i igrzysk, a ja nie mając chleba w ofercie dam Wam choć igrzyska.
W tany ruszyłem z Szefem, więc wstydu się najadłem nie mało, ale o nim kiedy indziej. Bo pierwszą osobą na którą trafiłem, poza wszechobecnymi strażakami, był Człowiek Wieprz. Niesamowity okaz biologiczny, pierwsza na świecie udana krzyżówka człowieka i świni. Nie wiem jakim cudem krzesła wytrzymywały jego masę, a pocił się od samego siedzenia co tylko uwydatniała jego czerwona, nalana twarz. A wiecie co jest najlepsze? Że świnia w jego przypadku w najmniejszym stopniu pije do wyglądu. Człowiek jest po prostu klonem Szefa, tylko o wiele grubszym i na wyższym stanowisku. Wystarczająco wysokim, żeby jego praca = polityka. Wszystko, co jego spasione wargi z siebie wydalały było jak wyjęte z wiejskiego wiecu wyborczego.
-Ile macie plandek? -spytał go strażak.
-Ile mamy plandek? -powtórzył pytanie Człowiek Wieprz do swojego pracownika, cichego dziadka, który zaczął grzebać w swoich przepastnych segregatorach.
-Tyle, ile kupiłeś panie Wieprzu -podpowiedziałem, bo czas tak jakby naglił- czyli żadnych.
-Oooooooo.... -nie wiem czy właśnie dostawał jakiegoś zawału czy innej choroby wieńcowej, czy tylko się wściekał- My tutaj ciężko pracujemy. Cały nasz urząd i wszystkie służby są w stanie najwyższej gotowości, sytuacja jednak jest nietypowa, powiedziałbym, katastrofalna i w jej toku niektóre elementy kompleksowo zbudowanego systemu mogą przechodzić okresowe problemy. Poza tym w powyższym kontekście warto zwrócić uwagę, że pan też pojawił się tu z pustymi rękoma.
I tu cię mam, kutasino. Dobrze, że ugryzłem się w język, zanim serio to powiedziałem.
-O, panie Wieprzu, nie docenia mnie pan. Nigdy w gościnę z pustymi rękoma nie przychodzę, zaraz pójdę do wozu i przekażę plandeki, które rano kupiłem po drodze. I fakturkę dla pana, w końcu to pan dziś stawia.
Chyba mocno go to podminowało, bo chwilę później udał się do samochodu służbowego i ruszył w teren. A ja tymczasem robiłem trochę tu, trochę tam, trochę poplotkowałem o sprawach służbowych z trochę ważniejszymi w tym momencie ludźmi, którzy przynajmniej ogarniali o co kaman. Wniosków jest z milion, warto byłoby je wdrożyć, więc gdy Człowiek Wieprz wrócił, podjudziłem jednego z ludzi, żeby delikatnie go o to zaatakował.
-No, bo wie pan, by nam się przydało to i tamto. Trochę bardziej to rozwinąć.
-Bzdury. Wszystko jest rozwinięte w stopniu wystarczającym, wszystko zgodnie z planem, jestem w 100% pewien, że tak jak powinno być.
-Powinny też być plandeki…
-I są, i są drogi panie. Od rana działamy z plandekami, mieliśmy je na miejscu (tak, to było o moich plandekach).
-A jakby tak np. kupić łóżka polowe? To by się przydało wszystkim, i służby mogłyby odpocząć, i poszkodowani, i dowodzący akcją nierzadko od poprzedniego wieczora…
-Podpiszemy umowę na dostawę łóżek, gdy będą potrzebne.
-Ja nie jestem pewien, czy ktokolwiek dostarczy nam powiedzmy… setkę łóżek z godziny na godzinę, bo nie będą mieli na stanie.
-To podpiszemy umowę z zakładem, który je nam wyprodukuje w przypadku zaistnienia takiej potrzeby. W tym momencie nie widzę uzasadnienia dla ponoszenia bezsensownych kosztów. Powinniśmy wspólnie myśleć o właściwym zabezpieczeniu potrzeb mieszkańców bez niepotrzebnego marnowania pieniędzy w czasie, kiedy nie jest to niezbędne.
Zapadła grobowa cisza, nie licząc sapania Człowieka Wieprza.
-Chyba…- zacząłem- Chyba muszę iść napić się kawy.
-Tak, tak, my też -odpowiedzieli wszyscy.
-To i ja pójdę -dołączył się Człowiek Wieprz.
-Ale ekspres jest na drugim piętrze -oj ja dobrze przemyślałem, jakiego napoju potrzebuję.
-Aha… To proszę przynieść mi gdy będziecie wracać.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Dzień dwieście pięćdziesiąty piąty- oh god don't forsake me.

Dziś będzie o wykluczeniu cyfrowym. Ważny problem w naszym świecie, będzie coraz ważniejszy. A w moim biurze to można by dosłownie urządzić skansen, którego ja mógłbym być kustoszem. Gdybym oczywiście miał czas, w tej chwili nie mam. Nie dlatego, że mam jakiś straszny zapierdol na fejsie, ale w czasie picia gorącej herbaty zabolał mnie ząbek, o którym moja stomatolog już trzy tygodnie temu ostrzegała mnie, żeby się nim zająć. Więc teraz na pilnie szukam dentysty, który przyjmie mnie wcześniej, niż w listopadzie (serio, to termin, który usłyszałem dziś). Przede mną otwarte wyniki wyszukiwania Google, telefon przy uchu i jeszcze nosem przewijam na zegarku złote rady rodzicielki, które mi podrzuca w międzyczasie na Messengerze. XXI wiek, kuźwa mać. Odłączam ładowanie książki, żeby naładować zegarek, a jeszcze nie mogę zmienić temperatury, bo termostat aktualizuje oprogramowanie.
Szczęśliwie jestem jedyną osobą w Wydziale, która ma takie problemy. Technologiczne oczywiście, bo ząb boli też Dziada, jednak w przeciwieństwie do mnie nie dzwoni po stomatologach, a czyta w Onecie, czy płukać mordę krowim moczem czy byczą spermą. Możecie wyrazić swój podziw, że robi to w Onecie, no ale gdzie indziej, skoro książek czytać nie lubi. Internet to niestety taki wynalazek, dany nam przez bardzo mądrych ludzi, a służy głównie bardzo głupim.
Ale jednak coś się zmienia. Dziad ewoluuje. Widzicie, gdy zaczynałem pracę w Urzędzie lata temu (co ja tu jeszcze robię?) stworzyłem niepozorny plik w Wordzie nazwany “Koperta mała”. Ten plik towarzyszy mi w pracy do dziś i jak się pewnie domyślacie gdy muszę coś wysłać to jest to miejsce z góry ustawione do drukowania na kopertach. Przez lata i Dziad i Szef pogardzali tą metodą, ale jednak widzę, że ten pierwszy chyba przymierza się do zmiany. Wpisuje adres w kompie, drukuje na kartce A4, wycina i na klej przymocowuje do koperty… No trudno, ale z ciekawości zapuszczam żurawia do kogo to tak ważne pismo, że wymusiło na nim takie kombinowanie. Kuźwa, oczywiście, że prywata…
Ta ewolucja Dziada nie ma końca, a wręcz przyspiesza im bliżej jest emerytury (a jest bardzo blisko). Niedawno wyrwał mnie znad papierów trudnym pytaniem:
-Proszę pana, czy ja mam w komputerze pingi?
-Co?
-Bo Szef powiedział, że jego syn ma pingi i się zastanawiam, czy też mam?
-Aaaaaaaaaa…Aaaa… Ping. Tak, ma pan.
Grunt mu się palić zaczyna pod nogami, bo w domu ani internetu, ani komputera w żadnej postaci. A skąd będzie ten krowi mocz zamawiał? No raczej nie będzie przychodził tutaj na emeryturze, tzn mam taką nadzieję… I mimo, że od 20 lat codziennie pracuje, ok “pracuje”, przy komputerze to w ogóle go nie ogarnia w nawet najbardziej podstawowych kwestiach, o czym już wiecie. I strasznie strzelił sobie w kolano, bo dopóki pracujemy razem to mógłbym mu po koleżeńsku coś podpowiedzieć.
By na tym dobrze wyszedł. Wszyscy dotychczas dobrze wyszli, wystarczy posłuchać. I nie upierać się przy swoim. A tych dwóch rzeczy Dziad nie potrafi.
-Panie Młody, tutaj jest taka promocja na internet, że 8 gigabajtów, to dużo?
-Zależy. Do przeglądania internetu i okazjonalnie filmu na jutubie wystarczy.
-A pan ile zużywa maksymalnie?
-Mój rekord? 50 giga. W ciągu doby.
-A mógłby pan tu podejść i zobaczyć?
Chciałbym powiedzieć nie, ale ciekawość zwycięża. Zwlekam więc dupsko z fotela, może trochę ruchu też się przyda.
-Ale… Panie Dziadzie, to przecież oferta do telefonu…
-A to nie mogę mieć w komputerze?
-Teoretycznie może, jakby do tego dokupić modem ze slotem sim i WiFi na USB (chce stacjonarny)... Ale po co, przecież wczoraj dałem panu ofertę, bez limitu, jak pan buk przykazał po kablu, co się tam panu nie podobało?
-Bo ta jest 8 zł miesięcznie tańsza.
A może to jednak dobrze, że wcześniej nie kupił i nie truł mi dupy o pomoc?

czwartek, 3 sierpnia 2017

Dzień dwieście pięćdziesiąty czwarty- esteta.

Trochę zmian personalnych ostatnio zaszło w Urzędzie. Największą z nich jest zmiana na stanowisku skarbnika, który przeszedł na zasłużoną emeryturę. Mógł już dawno, ale wiadomo- pecunia non olet. Szczególnie takie pecunia, tak między nami- choć to tajemnica żadna, bo składa oświadczenie dostępne publicznie, to rocznie wypłata + emerytura inkasował równowartość nowego BMW 525D. Trzymał więc się jak najdłużej stołka, choć nie martwcie się o nowego emeryta, został z miesięcznym wpływem na konto zdecydowanie ponad średnią krajową. I moja uwaga co do zasłużonego przejścia nie jest złośliwa- na pewno nie tak, jak złośliwym był on, ale budżet trzymał w ryzach.
Nowa skarbniczka ma wszelkie zadatki na to, żeby niczym nie ustępować swojemu poprzednikowi. Wiem co mówię, współpracowałem z nią na długo zanim została oficjalnie ogłoszona do odziedziczenia berła. I wtedy też ugruntowałem swoją pozycję- zdecydowanie pozytywną. A jeśli miałbym podać jeden fakt o nowej skarbniczce, który byłby istotny z Waszego punktu widzenia jako czytelników bloga, to nie będąc już nastolatką (+/- 50) ma figurę, której większość z nich może jej pozazdrościć. Sam gustuję w zdecydowanie młodszych (choć do Trynkiewicza mi jeszcze daleko), ale chcąc być obiektywnym i szczerym, nie mogę temu faktowi zaprzeczyć.
Czemu to jest ważne? Bo w tym momencie na scenę wkracza Szef- świniopas z zamiłowania, debil z konieczności. I ciśnie po niej, że chodzi w szpilkach, że w obcisłych spódniczkach, że jest już na to za stara. Oczywiście nie jej bezpośrednio, bo na to to on nie ma i miał nigdy nie będzie jaj, ale co poobgaduje to poobgaduje. Choć to prędzej czy później do niej trafi. To ma dwa główne powody. Pierwszy, którym się dziś nie zajmiemy, to Szef nie potrafi inwestować w znajomości. Drugi jest taki, że to prosty chłop ze wsi, który ma bardzo prosto poukładaną estetykę. Przekroczyłaś 30 lat? Nie dla Ciebie szpilki, mini, etc. To nic, że wyglądasz jak Jung Da Yeon*. Jak mieszkanie, to oczywiście z boazerią WSZĘDZIE. Podłoga bez dywanu? Nieakceptowalne. Jesteśmy ostatnim miejscem w Urzędzie, gdzie na korytarzu (KORYTARZU) zachował się długi dywan. Sprzątaczki klną na czym świat stoi musząc go utrzymać w jako-takiej czystości, ja klnę na czym świat stoi bo nie ma tygodnia żebym się nie potknął o jego wyginające się rogi. Szefowi to oczywiście nie przeszkadza, bo przynajmniej “tak miękko się chodzi”.
Ale nie przeszkadza też z innego powodu. Mu po prostu syf nie wadzi, tego chyba nauczył się od swoich świnek, choć podobno świnie wcale w syfie żyć nie lubią. Szefowi on nie przeszkadza. Pod żadną postacią. Uwalony dywan? Spoko, ważne że jest dywan. Nigdy za sobą nie wsuwa krzeseł, zostawia je po prostu na środku przejścia. I w jego główce nic nie jest w stanie połączyć tego z ciągłym jego przeciskaniem się po biurze, bo krzesło stoi na środku. I właśnie przeciskaniem się, bo mimo, że to krzesło, które zostawił przeszkadza mu w dojściu do szafy, to i tak go nie wsunie. O żarciu puszek rybnych wspominam tylko kurtuazyjnie. Marynarka tak samo- być musi, bo przecież dyrektor musi być w marynarce, ale że wygląda… Hm, kojarzycie takiego turbo stereotypowego rolnika z ogorzałą, niedogoloną facjatą, co przyjeżdża do miasta do urzędu? No to taką samą marynarkę nosi Szef.
Dlatego też niespecjalnie zdziwiło mnie, gdy przybiegł do mnie zaraz po wyjściu przewodniczącego Kółka Różańcowego. Widzę na jego kaprawej mordzie wyraz triumfu jakby dopiero co pokonał Wercyngetoryksa i macha kartką.
-Patrz na to.
Patrzę. No nie wiem, nic tutaj nie widzę dziwnego, pismo jakich miliony.
-No co?
-No widzisz?
-Ale co mam widzieć?
-No to pismo.
-Ale co z nim nie tak?
-Oni mają NAGŁÓWEK.
Patrzę jeszcze raz, no jest nagłówek z logo, nazwą i danymi Kółka.
-Mają. I co z tego?
-Jak ty nic nie rozumiesz. Zobacz jak marnują pieniądze jakie im dajemy! Ha! Nagłówek! Ha! No nie mogę.
Bierze mi to pismo i wylatuje z nim z biura. Zaraz pół Urzędu będzie wiedziało, że Kółko drukuje pisma z nagłówkiem, bo że Szef jest nienormalny to wie już cały.

__________
*- jeśli jeszcze jej nie znacie, to wklepcie sobie w Google Grafika Jung Da Yeon, a jak już się napatrzycie przeskoczcie na Wszystko i wujek Google powie Wam, ile ma lat.

czwartek, 27 lipca 2017

Dzień dwieście pięćdziesiąty trzeci- good evening.

Poprzednie dwa tygodnie nie obfitowały w zbyt wiele wydarzeń. Przynajmniej u mnie, bo ogółem to się działo. Rosjanie obrazili się na Anglików, że ci brzydko powiedzieli o ich przestarzałym i od nowości niesprawnym okręcie. Pierwszy pomarańczowoskóry amerykański prezydent ucina operację CIA w Syrii, a Turcy przy tej okazji wypaplali tajne lokalizacje wojsk USA- jeszcze w Syrii. Hindusi drażnią Chiny w incydentach granicznych, widać ciągła ruchawka z Pakistanem zaczęła być nudna- w dwóch pierwszych krajach mieszka łącznie ⅓ ludności świata. No i coraz bliżej do dużych Rosyjskich manewrów Zapad 2017 na Białorusi, przy czym ostatecznie niby NATO wymusiło ich transparentność, ale Ukraińcy ciągle ostrzegają o możliwej zmianie z zachodu (ros. zapad) na południe. A to tylko z tych geopolitycznych rzeczy. Bo nie ma i co zaczynać o np. premierach filmowych- Dunkierka czy Valerian i Miasto Tysiąca Planet (ps- nowy Łowca Androidów będzie, podobno gówno), czy o tym co piszczy w świecie naukowo-technologicznym (m.in. Musk ogłasza, że Zuckerberg ma ograniczone pojmowanie AI).
Nie powinno więc dziwić, że mając tyle na głowie umknęły mi małe, lokalne wydarzenia. Szczęśliwie zaraz po przyjściu do pracy przypomniał mi o tym smród potu. Szefowi skończył się urlop. I już po całych dziesięciu minutach mogłem powrócić do tradycyjnego trybu pracy i znów się wkurwiać. Wszystko tak ładnie i dobrze sobie szło. No może nie zawsze dobrze, mieliśmy trochę problemów, ale nad ich rozwiązaniem mogłem spokojnie pracować. Teraz do równania doszła ta niedorozwinięta małpa, więc wynik zaczyna być skomplikowany. I tak cały dzień był festiwalem głupoty, który po dłuższym czasie nieobecności kompletnie wybił mnie z torów.
Zaczęło się od pilnych przemyśleń co do zakupu worków. Takich zwykłych, na piasek. Nasze zapasy zostały ostatnio uszczuplone, więc wypadałoby je uzupełnić. I wszystko byłoby dobrze- zamówił je, wniosłem je, ale oczywiście nie powiedział kolesiowi, żeby na fakturze wstawił jakąś sensowną datę zapłaty. Sensowna to min. tydzień. Zawsze finansowy wszystkich o to beszta, bo tyle trwa spokojny obieg takiej faktury. To są u nas 4 podpisy, rejestracja w innym wydziale, bla, bla, bla. Zobaczyłem to, że mamy dzień na zapłatę już przy odbiorze faktury, ale olałem. Wiedziałem, że nie będę akurat tej opisywał, bo ktoś musi przecież woreczki ułożyć, a mając do wyboru opisanie lub dźwiganie, nie miałem żadnych wątpliwości co Szef wybierze.
Po drodze jeszcze zebrałem jedno pismo z biura podawczego, wniosek o udostępnienie informacji. Ekstra, akurat taki, że można odpisać, żeby się walił. W sensie, nie mamy takich informacji. Rzuciłem więc oba papiery Szefowi na biurko i chciałem wracać, ale ten za mną jeszcze krzyczy, żebym poszukał tych pism co koleś chce. Trochę skołowany cofam się i mówię:
-Nie mamy przecież takich, dokładnie takich jak chce, bo ogółem to tak. Ale z zakresu czasu jaki jest podany jest akurat jedno, wielkie, nic.
-A jakie on chce?
-No tam jest wypisane.
-Gdzie?
-Tam gdzie jest zaznaczone.
-Gdzie jest zaznaczone?
-No na górnej połowie kartki.
-Nie widzę.
Zdanie z określonym przedziałem czasowym było- podkreślone, zakreślone i obok postawiony wykrzyknik wielkości 6 linijek tekstu.
Najgorsze jednak dopiero nastąpiło, jak zaczął się wtrącać do poważnych rzeczy. Otóż nasze Kółko Różańcowe trochę sobie nagrabiło. Trochę, żadnych tragedii, ale kwestia dość skomplikowana. Na tyle, że całość rozgryźliśmy z dwoma księgowymi i dwoma prawnikami. Słowo klucz- rozgryźliśmy. Wszystko zostało ustalone, wszyscy z ustaleniami się zgodzili, każdy gdzieś tam ustąpił i ogółem wszyscy zadowoleni. Przygotowałem wszystkie niezbędne papiery, które czekały tylko na powrót Szefa. No i właśnie, tu się zaczęło. Zamiast usiąść, w skrócie zapoznać się z tematem i podpisać, to zaczął próbować to ogarnąć swoim małym rozumkiem. Dosłownie jak 6 latek- a czemu? A czemu?
-A czemu to jest źle?
-Bo sprawdziliśmy w ustawie, że nie mogli tego tak zrobić.
-No to oczywiste, że nie mogli tego zrobić.
-Zrobić mogli, tylko zrobili nie w ten sposób (to jest tak ogólne, bo nie chcę szczegółów tu wywlekać).
-A czemu?
-Bo tak pisze w ustawie.
-Aha.
Ok, podpisz. Nie podpisuje, wyciąga telefon i dzwoni do przewodniczącego Kółka Różańcowego. Z awanturą, gdzie już wszystko było ustalone i jeszcze oczywiście stara się, nie wiem- wbić szpilę, czy zażartować, że co z tym teraz zrobić. Tamten się wkurwia, bo już wszystko ustalone i pół tygodnia biegał do Urzędu, żeby to wszystko dograć i dograł. Szef po rozmowie jeszcze zamiast po prostu podpisać i mieć to z głowy, to dzwoni do jednego z księgowych i mu truje dupę, nawet nie o to tylko ogółem żeby robić czarny PR Kółku, tamten oczywiście nie ma nic lepszego, tylko słuchać jak Szef mu pierdoli o rozwiązanym problemie na dosłownie 10 zł, gdzie na biurku leży mu inwestycja za 30 mln. I ponieważ przez to szybko ucina temat to jeszcze do mnie lezie ponarzekać, że go to wkurza. Ja staram też się temat szybko uciąć, bo też mam lepsze rzeczy do roboty, więc mówię że mnie to nie wkurza, bo jest załatwione. A właściwie mam nadzieję, że wreszcie podpisze i załatwione będzie. Na co ten, że nie no, go to też nie wkurza, ale…

Zastrzelcie mnie. Albo się powieszę na sznurku od worka.

czwartek, 20 lipca 2017

N12- Paradoks.

Taki sezon ogórkowy, że dziś wyjątkowo napiszę sobie o czymś, co mnie interesuje. W przeciwieństwie do pracy w Urzędzie. Tzn. w ogóle większość prac nie jest interesująca. Np. takie korpo. Poznałem kiedyś dziewczynę, która była zafascynowana swoją korposzczurowatością. O wypłatach, które robiła (stanowisko jakiejś tam pomocy księgowej) opowiadała z taką pasją, z jaką ja zazwyczaj mówię o moich ulubionych filmach. I tu jednym uchem słucham, że uważnie przepisuje numer rachunku podczas gdy czytam o ewakuacji astronauty na stację kosmiczną po awarii skafandra. Sorry, ale te 26 cyfr jest tak cholernie nudne w porównaniu do kolesia podtapiającego się w przestrzeni kosmicznej 400 km nad Ziemią po omacku wracającego do włazu pędząc prawie 28 tyś km na godzinę (Chris Hadfield).
Nie bez powodu nawiązuje do mojego ulubionego astronauty, bo jeśli miałbym powiedzieć co mnie interesuje, to na jednym z pierwszych miejsc byłby kosmos. Razem z futurologią, transhumanizmem, nowoczesnymi technologiami i paroma innymi rzeczami. A co jest najciekawsze we wszechświecie? Moim zdaniem to, czy jesteśmy w nim sami.
I tak samo moim zdaniem- nie, nie jesteśmy. Nauka jednak tym różni się od wiary, że potrzebuje dowodów, a takimi nie dysponujemy. Nie wystarczą nam szczątki informacji- że w naszej galaktyce jest do 400 miliardów gwiazd i wiele wskazuje na to, że wiele (o ile nie niemal wszystkie) z nich posiadają przynajmniej jedną planetę, a z tych planet wcale niemały odsetek przypomina Ziemię. A tych galaktyk we wszechświecie do niedawna miało być 200 miliardów, ale badania NASA sugerują, że w rzeczywistości może być ich co najmniej 10x więcej. I nawet gdy weźmie się pod uwagę, że w samym naszym Układzie Słonecznym jest przynajmniej parę miejsc, gdzie teoretycznie życie mogłoby funkcjonować, to i tak nie wystarczy aby nauka mogła powiedzieć, że nie jesteśmy sami.
Jak już wspomniałem, ja uważam, że nie jesteśmy. Przy takiej masie miejsc gdzieś życie było, jest lub będzie- i to zapewne w ogromnej ilości miejsc. Ale potwierdzenie wymaga dowodu, którego nie mamy. I to nazywa się paradoks fermiego- teoretycznie wszechświat powinien być pełen życia, w praktyce nie mamy żadnego twardego dowodu. I wyjaśnień tego jest, cóż, całkiem sporo. Zaczynając od najbardziej płytkiego- nie ma życia poza Ziemią. To tak nudne, że nawet nie chce mi się więcej pisać, lepiej zająć się ciekawszymi wyjaśnieniami.
Np. “wielki filtr”- koncepcja zakładająca, że istnieje jakiś uniwersalny mechanizm filtrujący i niszczący cywilizację, które osiągną pewien poziom rozwoju. A może i zbiór mechanizmów charakterystycznych dla rozwiniętych społeczności. Np. globalne ocieplenie. Albo wojny atomowe. Pandemie? Głód? Wojny domowe rozwarstwionych ekonomicznie społeczności? Albo konfrontacja ze sztuczną inteligencją. Wszystkie z nich nam zagrażają.
Inna opcja to symulacja, lub “symulacja przodka”. W skrócie- żyjemy w komputerowej symulacji albo zupełnie obcej cywilizacji, albo naszej z przyszłości, która chce np. dokładnie poznać swoją historię. Ktoś, gdzieś wyliczył, że komputer wielkości księżyca mógłby dość spokojnie w sekundę wykonać taką samą ilość operacji, co mózgi wszystkich kiedykolwiek żyjących ludzi, przez całe ich życie. Obce cywilizacje mogą być więc po prostu nie włączane do symulacji, z jakichkolwiek powodów.
Coś podobnego, ale tym razem u obcych- są na takim poziomie rozwoju, że przenieśli całość swojej egzystencji do jednego superkomputera i zahibernowali się. Po co? Żeby czekać na większe ochłodzenie wszechświata (śmierć cieplna) i wzrost wydajności komputera. Moim zdaniem- bezsensowne tracenie milionów, czy miliardów lat.
I tu dochodzimy do kolejnej rzeczy- to co ma dla nas sens, nie musi go mieć dla innych. Nasze rozumowanie, postrzeganie czasu czy formy komunikacji nie muszą być sensowne dla innych. My dopiero raczkujemy w dziedzinie kwantowych komputerów, czy kwantowej komunikacji, dla nich może to być już technologia muzealna. A właściwie dlaczego w ogóle mieliby potrzebować narzędzi do komunikacji? Może mają wspólną świadomość, może działają trochę jak mrowiska?

A jak jest naprawdę? Może kiedyś się dowiemy, może nie. Bo głównym problemem, moim zdaniem, nie są te rzeczy opisane wyżej, tylko czas i odległość. Przypomnijcie sobie rozmiary samej drogi mlecznej (ok 100.000 x 10.000 ly), maksymalną prędkość (1 ly/rocznie… jakkolwiek śmiesznie to brzmi- ale rok świetlny to jednak ciągle jednostka odległości, a rok jednostka czasu) i czas, jaki trwają na Ziemi poszukiwania życia we wszechświecie (z 50 lat?).
To tak, jakbyście postawili na stole naparstek i rzucili w jego kierunku szczyptę piasku. Z różnych powodów jego ziarenka mogły nie trafić w cel- czy to Wasza celność kuleje, czy to wiatr wieje. Ale samo to, że nie ma piasku w naparstku nie znaczy, że ten rozsypany w koło nie istnieje. Po prostu potrzeba większej ilości prób lub zmienić naparstek na wiadro.

piątek, 14 lipca 2017

Dzień dwieście pięćdziesiąty drugi- szkolenia.

Dziś znów notka będąca poradnikiem. “Znów”, poprzednia była dobry rok temu. Ale jeden z komentarzy mnie niedawno natchnął, a że i tak nie mam nic lepszego do roboty, wliczając w to pracę…
Dziś nauczę Was jak robić szkolenia. Podstawowe zasady szkolenia są dwie. Po pierwsze- nie robić go. Po drugie- mieć podpisaną listę obecności. Ta lista to jedyne, co się liczy, bo dołączycie sobie ją do papierków i nikt i nic Wam nie zarzuci. Ale po kolei.
1- rozpoznajcie potrzebę przeprowadzenia szkolenia. Oczywiście Wy jej nie poczujecie, wymusi to na Was jakieś pismo, albo plan działania, albo przepis. W każdym bądź razie, starajcie się wyczuć go przed ostatecznym terminem (choć nie jest to warunek konieczny).
2- ponarzekajcie. To jest już pozycja obowiązkowa.
3- gdy skończycie narzekać na ilość pracy przeszukajcie dysk. To, co chcecie znaleźć, to prezentacje ze szkoleń, na których byliście.
4- jeśli nie możecie znaleźć, poszukajcie lepiej. Ciągle nic? Chwytajcie za telefon i dzwońcie po kolegach z sąsiednich Urzędów. Jeśli takich macie, tak jak Szef- to zaprzyjaźnijcie się z Google.
5- mając prezentację, w temacie szkolenia lub podobnym, musicie trochę nad nią popracować. Przede wszystkim- wypieprzyć wszystkie oznaczenia twórców i zastąpić je swoimi. Następnie- zmienić stronę tytułową żeby pasowała do tematu szkolenia. Na koniec- wyciąć wszystko, co nie dotyczy szkolenia. Czasem może się zdarzyć, że będzie trzeba połączyć dwie prezentacje.
6- dawno nie narzekaliśmy na ilość pracy, prawda? Czas to nadrobić. Pamiętajcie, że ilość narzekania jest wypadkową kwadratu ilości prezentacji, które musimy połączyć. Oczywiście realizujemy je na terenie wszelkich biur, w których jeszcze chcą z nami gadać.
7- gdy prezentacja jest gotowa i wygląda jako-tako, bo nie oszukujmy się, kto miałby czas na ujednolicenie formatowania, przechodzimy do bardzo ważnej decyzji. Forma szkolenia. Od razu Wam powiem, że akceptowalna jest tylko jedna- samokształcenie kierowane. Pozwala Wam to bezproblemowo zrealizować dwie podstawowe zasady.
8- idziecie w Urząd do osób, które ma objąć szkolenie z wcześniej przygotowaną listą. Najlepiej nazwać ją listą obecności i nic nie wspominać o samokształceniu kierowanym. Pamiętajcie- każdej z osób należy narzekać na ilość pracy, jaką macie. Gorzej, jeśli ktoś będzie zbyt dociekliwy i wpadnie na to, że to żadna lista obecności. Rozwiązanie takiego przypału jest proste- mówicie, że poprawicie, a po wyjściu z biura olewacie sprawę i zbieracie podpisy od pozostałych. Liczycie na solidarność urzędniczą i jakąś podstawową ludzką godność, która nie pozwoli takiemu delikwentowi się upominać o dokonanie podpisu. Jeśli jednak brakuje mu rozumu i godności człowieka, to przez telefon staracie się go przegadać. Jak najszybciej i najczęściej zmieniajcie temat, a gdy jakiś uda się Wam pociągnąć to czym prędzej się rozłączajcie. Sprawy nie ma.
9- alternatywnie możecie zdobyć listę obecności w inny sposób. Jeśli będą organizowane w Waszym urzędzie jakiekolwiek spotkania, narady, szkolenia zewnętrzne, etc. idźcie na nie z listą obecności i pozbierajcie podpisy. Potem ją się tylko dokłada gdziekolwiek- Szef poleca.
10- mając listę wysyłacie wszystkim na niej wyszczególnionym Waszą prezentację, oczywiście jednym zbiorczym mailem. UDW? Nie znam.
11- wszystko sobie wydrukujcie, włóżcie do teczki i pogratulujcie sobie dobrze wykonanej roboty. Teczkę najlepiej trzymać gdzieś blisko, jakby ktoś przyszedł będzie można mu pokazać, ile roboty się ma do zrobienia.

czwartek, 6 lipca 2017

Dzień dwieście pięćdziesiąty pierwszy- sezon ogórkowy.

Mam nadzieję, że pamiętacie, że ściany mają uszy? Gdyby nie, to przypominam- ściany mają uszy. W takim miejscu jak Urząd nigdy nie możecie być pewni kto słucha. A nawet gdy jesteście, to nie wiecie czy nie jest jakimś uczynnym. Czy po prostu plotkarzem. Albo w ogóle przypadkiem gdzieś, coś chlapnie.
Dlatego ja zawsze w pracy uważnie myślę o tym, co i jak mówię. Przez 6 lat pracy tutaj, wierzcie lub nie, nie przeklnąłem ani razu. Choćbym był maksymalnie wściekły, podnosił głos, nie ma żadnego przekleństwa. Ani jako dynamizator, ani i to w szczególności, jako przymiotnik. Ja w ogóle złego słowa o nikim tutaj nikomu nie powiedziałem, poza merytorycznym narzekaniem. Typu “X denerwuje mnie już tym utrudnianiem dostępu do dokumentów przetargu”. Przekazałem wszystkim co mnie boli i u kogo, a jeśli nawet do niego by to doszło, no to co z tego?
Domyślicie się więc już sami, że miałem oczy jak pięciozłotówki, gdy usłyszałem jak Szef przez telefon mówi największym plotkarom w Urzędzie na temat jednej z dyrektorek, która go wkurzyła:

Tą kurwę pewnie mąż trzepie.

Nie dość, że per kurwa, to jeszcze przemoc domowa. Ja wiem, to taka figura retoryczna i Szef nie uważa tak na poważnie, no ale… Cóż. Niektórzy mają taki język. A nawet całą jamę ustną. A gdy już przy tym temacie jesteśmy nie omieszkam się pochwalić- ostatnio asystowałem przy ściąganiu szwów z dziąsła. Mojego dziąsła… Długa historia, więc w skrócie- ósemki, wrośnięte szwy, krew, młoda pani doktor. Ogółem polecam, ketonal dostaniecie, naklejkę dzielnego pacjenta. Wszystkie cztery muszę usunąć, już niedługo koniec. Szef oczywiście wie, że wyrywam. Ciężko, żeby nie zauważył mojej tygodniowej absencji na L4. Co więcej uważa, że jestem odważny. Nie wiem czemu.

Ja to ostatni raz byłem u dentysty jak miałem 21 lat. Teraz to sobie sam wyrywam, bo się boję dentysty.

E… Y… Co? Jestem pewien, że to nie był żart. Jeździ więc na swoją działeczkę, do swoich świń, bierze obcęgi i… A jak o świniach. Rozmawialiśmy niedawno o destynacjach wakacyjno-urlopowych. Gdzie ja jadę, może Wam kiedyś napiszę. Tymczasem Szef poleca mi na szybki wypad jakąś miejscówkę w pobliżu.

Mają mini zoo. Dzikie świnie, świnie, króliki, no pięknie, taka atrakcja.

Nie no, świetnie. Świnie i dzikie świnie. On chyba serio ma jakiś fetysz w tym kierunku- hodować, oglądać i to wszystko hobbystycznie. Jeśli Wy też chcecie jakieś zwierzątka pooglądać, choć może odrobinę bardziej urokliwe, to polecam zoo w Poznaniu, świetne pomieszczenie z motylami.

czwartek, 22 czerwca 2017

Dzień dwieście pięćdziesiąty- w którym wreszcie wypieprzyłem ten burdel. Prawie.

Jest na sali ktoś, kto zajmuje się bezpieczeństwem? Bo będzie miał fajny przypadek do przemyślenia. Mieliśmy ćwiczenia p-poż, a że temat chodliwy w tym momencie, to ktoś z szefostwa wymyślił sobie, że połączymy to z zagadnieniem terroryzmu. Bo czemu nie? Potrzebny tylko był terrorysta, który by tą bombę podłożył i wybór padł na mnie. Z pewnością dlatego, że czują moją podskórną nienawiść do Urzędu, a nie dlatego, że mam długą brodę.
No ale dobra, moja rola jest prosta. Mam wziąć atrapę bomby, zanieść do wyznaczonego biura, mrugnąć porozumiewawczo do załogi i zadzwonić do Szefa wszystkich Szefów z pogróżkami. Że w ciągu kwadransa go wysadzę.
-Nie może być w ciągu 15 minut -powiedział na spotkaniu organizacyjnym przedstawiciel Policji.
-Dlaczego?
-Bo nie możemy wejść do budynku pewien czas przed i po…
-E… To może, nie wiem, za 2h?
-Ok, pasuje.
Coś mi się zaczyna wydawać, że będę najbardziej upośledzonym terrorystą w historii terrorystów… No nic, zmieniliśmy założenia, żeby wszystkie służby mogły się pobawić i przeszliśmy do realizacji.
Wyznaczonego dnia wziąłem moją siateczkę z atrapą, która bardzo mnie kusiła, żeby podmienić na oryginał, i ruszyłem przez Urząd. Przemykając koło informacji dziewczyny wychyliły się za mną z okienka i pytają, czy już z bombą idę. A tak tajna operacja to miała być…
-He, he, nie no, co wy, he, he.
Dotarłem do schodów, gdzie chwyta mnie koleś odpowiedzialny za budynek.
-Będzie alarm włączany?
-E… nie wiem?
-Nie no, serio pytam.
-Noooo… ma być włączony. Na ostatnim piętrze.
-Kurwa! Tam nie może, bo ten włącznik jest zepsuty.
I biegnie świńskim truchtem, żeby powstrzymać zbliżającą się katastrofę. Ja w międzyczasie dotarłem do biura, postawiłem reklamówkę przy biurku, trochę wyciągnąłem kabelki, porozumiewawczo mrugnąłem do załogi i wyciągnąłem telefon.
-Halo? Szef wszystkich Szefów?
-Tak, przy telefonie.
-Słuchaj chu…
-EKHM.
-Tzn, proszę pana chciałbym poinformować, że w związku z pana ostatnią decyzją zamierzam w ciągu dwóch godzin wysadzić budynek Urzędu. Do widzenia.
Coś mi się wydaje, że po tej notce daesz się do mnie nie zgłosi. Czekam chwilę na rozwój akcji, włączył się alarm, więc wychodzę do celu ewakuacji. Po drodze jeszcze przepuszczam radiowóz i stojąc naprzeciw Urzędu podziwiam zjeżdżające służby. Dyskoteka po całości, nawet białe rękawiczki i gwizdki były, bo drogówka ruchem kierowała. To jednak czego mi nie powiedziano, to że Policja ma aresztować podejrzanego. Ludzie z biura, w którym podłożyłem atrapę opisali krótko podejrzanego interesanta i już po chwili mundurowi skuli… mojego kolegę, bo też pasował do opisu, a przecież ja nie mógłbym być podejrzany stojąc przy Urzędowym Szefostwie. Był mocno zdziwiony, gdy wpierw poprosili go na stronę, przepytali, a potem skuli i władowali do radiowozu i na bombach pojechali w siną dal. Tuż przed tym, jak wynieśli atrapę w reklamówce i defilowali z nią przed całym tłumem gapiów.
No nic, tym razem mój terrorystyczny trud poszedł na marne, ale jak to mówimy اصبر تنل

czwartek, 8 czerwca 2017

Dzień dwieście czterdziesty dziewiąty- skończ waść...

Pokłóciłem się z Szefem. Nie po raz pierwszy, choć nie jest to jakoś strasznie częste wydarzenie. Nie jest też jakoś specjalnie przyjemne, a właściwie na tyle traumatyczne, że idealnie pasuje na psychoterapię.
-Proszę, powiedz jak się czujesz po kłótni z przełożonym?
-Jakbym pobił dziecko. Żaden wysiłek intelektualny. A nawet czuję trochę wyrzutów sumienia.
Ponieważ nasza ostatnia potyczka była po prostu idealnie stereotypowa, to czemu by nie polecieć z tematem?
Zaczęło się od tego, że ogarnąłem temat siedem kartek tabelki w excelu. Żaden wyczyn szczególnie, że była gotowa. Nie rozumiem tylko, dlaczego ktoś przygotował tabelkę do sprawdzenia stanów na podstawie wydanych parę lat temu normatywów, która nijak nie pokrywa się z normatywami. Ale do tego stanu niezrozumienia przywykłem, więc go po prostu olałem. Rzuciłem ją Szefowi na biurko i wyszedłem po leki. Czyt. Tigera, nie wiem czemu pomaga mi na alergię. Po powrocie już od drzwi słyszę:
-Chodź tu do mnie.
No nic, idę.
-Zobacz, tu masz wszystko spierdolone.
I pokazuje na kolumnę pokreślona od góry do dołu przez wszystkie siedem kartek. Kolumnę, w której wstawiona była gotowa formuła.
-Nie mam. To jest podliczone z gotowego wzoru, nie będę im mieszał jak tak chcą.
-No ale to jest źle.
-Ale oni sami tak chcą i nie będę im zmieniał.
-Ale to trzeba poprawić.
-Nie trzeba. To jest GOTOWA formuła, którą przysłali. Nie zmienię jej.
Bum. To moment, w którym dotarło do niego, że zrobiłem dobrze. Przy okazji uściślijmy co było błędem wg niego, żeby nie było, że specjalnie podrzuciłem mu coś głupiego. Wszystko rozchodziło się o to, że w niektórych pozycjach było ponad 100% wymaganego stanu. Szef twierdzi, że nie może być więcej niż 100%. Jak mam 20 sztuk, a ma być 5, to jest 100%, a nie 400%. Więc idziemy dalej, bo oczywiście nie mógł po prostu powiedzieć “ok, rozumiem”.
-Czemu się rzucasz?
-JA się rzucam?!
-I czemu krzyczysz, czy ja podnoszę na ciebie głos?
-Zazwyczaj tak.
-Ja krzyczę?
-Krzyczy? -pytam stażysty i wskazuję na niego ręką z drugiego biura, żeby wiedział kogo pytam.
-Tak. Mówiłem już to parę razy, że dyrektor podnosi głos co chwilę. -opuszczam rękę i wsadzam w kieszeń, jakoś nigdy nie wiem co robić z łapami jak się z kimś kłócę.
-Coś się źle dziś czujesz? -to już znów Szef do mnie.
-Tak, bo zastanawiam się, ile razy muszę powtórzyć to samo, żeby wreszcie dotarło.
-I trzymam rękę w kieszeni jak z tobą rozmawiam?
Trzymam ją, żeby nie przypieprzyć w ten głupi ryj, już chciałem powiedzieć.
-Oooo… To teraz zaczynamy przypierdalać się do wszystkiego, tak? Co kolejne? Stoję zgarbiony? Mam rozpięty guzik?
Zapadła dłuższa cisza. Nie wyjąłem ręki z kieszeni, nie wyprostowałem się i nie zapiąłem guzika. Prawie trzydzieści stopni w biurze mamy.
-Czyli to excel liczy automatycznie?
-Tak. Dokładnie to od dłuższego czasu powtarzam.
-Yhym. No dobrze. To wydrukuj to jeszcze raz i im wyślij.

Za każdym razem to samo. Wielokrotne powtarzanie, aż zrozumie, że się myli, faza wicia się jak węgorz, żeby tylko spróbować się do czegoś doczepić i odwrócić uwagę od fazy pierwszej, krępująca cisza i przyznanie racji. Pięć lat, a ciągle nie nauczył się, że ja nigdy nie upieram się, gdy nie jestem czegoś pewien...