"Ludzie mówią, że powinienem być urzędnikiem. Piję dużo kawy i mam wszystko w dupie."
Zanim poszedłem do urzędu myślałem, i to całkiem poważnie, że to normalne miejsce pracy jak każde inne. Że rano pójdę do pracy i po 8 godzinach wrócę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Zmęczony, ale zadowolony- ze swojego dzieła, z wkładu w rozwój lokalnej społeczności no i z pensji. Moje wyobrażenie nie mogło być chyba bardziej mylne...
Oto zapiski z mojej pracy, spojrzenie “od wewnątrz” na pracę w jednym z polskich urzędów. Przy okazji zastrzegam sobie prawo do podkolorowania moich historii, ale o nie więcej niż 10%. ;)

czwartek, 14 września 2017

Dzień dwieście pięćdziesiąty ósmy- wsiąść do pociągu byle jakiego.

Lubię delegacje, takie jednodniowe. Wszystko, byleby tylko nie siedzieć kolejnego dnia w biurze. Czy to jadąc samochodem, czy pociągiem, zazwyczaj tylko nieznacznie dłużej niż zazwyczaj muszę pracować. Szczególnie lubię dwa konkretne wydarzenia, które wydarzają się w regularnych interwałach czasowych. Wizyta w magazynie centralnym i szkolenie.

Na pierwsze dostaję i samochód i kierowcę z Urzędu, więc żyć nie umierać. Podwózka od drzwi do drzwi, tylko w międzyczasie trochę roboty fizycznej, bo sprzęt pakować i rozpakować, to ładne kilkaset kilo do dźwignięcia, a w międzyczasie papierologia. Szkolenie jest jeszcze lepsze, gdyby nie przymus korzystania z PKP. Z ciapolągami zawsze na dwoje wróżyła- tzn. na bank nie będzie czasowo, ale możecie trafić albo na czysty i nowy skład, albo na zasyfiony i stary. Za to samo szkolenie odbywa się sto metrów od dworca i rok rocznie jest dokładnie to samo, więc jedyne co robię to podpisuję listę, zbieram materiały, wypijam kawkę, jem kanapeczkę i idę na pierwszy powrotny. Prowadząca już nawet nie zwraca na to uwagi, tylko na wejściu pyta czy kawę zdążę z nią wypić. Nie patrzcie tak na mnie, jestem jedyną osobą na tym szkoleniu, która jest co roku- tak sobie to mój Urząd wymyślił.
Szczytem, szczytów była jedna z moich delegacji, gdzie dosłownie jechałem do magazynu po jedną sztukę sprzętu, którą równie dobrze mogliby nam przysłać pocztą. Ale szefostwo wymyśliło sobie, że jeszcze po drodze zabierzemy dwoje innych urzędników na konferencję trwającą dobre trzy godziny. Obskoczenie magazynu to dziesięć minut licząc z dojazdem, szczęśliwie po przeciwnej stronie ulicy znajduje się centrum handlowe. A gdzie lepiej stracić trzy godziny życia, niż w Ikei? Ok, wiem że lepszych miejsc jest multum, ale ciągle jednak mam jakieś granice co do rzeczy, jakie robię (mimo wszystko) w czasie pracy. Hej, nie patrzcie tak na mnie, i tak musiałem czekać na koniec konferencji. I nie ja to wymyśliłem. Przynajmniej chlebak mam ładny.
Żeby było zabawniej, szczyt, szczytów przyjdzie mi zdobywać po raz kolejny. Znów mam jedną sztukę sprzętu do odebrania i mimo braku innych zadań do wykonania to po prostu nie można go wysłać pocztą. Więc tym razem wezmę po prostu swoje cztery kółka i… hm, potrzebujecie coś z Ikei?
Jednak jak głosi stare porzekadło nosił wilk razy kilka ponieśli i wilka, albo trafiła kosa na kamień, albo przyszła kryska na matyska, albo przyszła krasa na… I dowiedziałem się, że mam jechać na kolejną delegację. Tym razem cały tydzień. W okolice polskiego bieguna zimna. W towarzystwie najbardziej przeze mnie znienawidzonego urzędnika ze wszystkich ościennych urzędów, którego utopiłbym w garści piasku. Ale gdyby tego było mało i ta obrzydliwa kreatura nie powodowała u mnie wykładniczego przyrostu nienawiści w odpowiednim tempie, to dostanę jeszcze jednego współuczestnika. Nie, nie Dziada. Szefa. Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił? Niedługo spędzę tydzień przy granicy Rosyjskiej i Białoruskiej z dwoma najbardziej znienawidzonymi przeze mnie urzędnikami, do których poziom pogardy mam tak wysoki, że ledwo starcza na wstrzymanie się przez te codzienne osiem godzin. Trzymajcie za mnie kciuki. Ślijcie modlitwy. Możecie też zapalać świeczki w oknie i rysować kredą pod urzędami.


czwartek, 31 sierpnia 2017

Dzień dwieście pięćdziesiąty siódmy- kubeł.

Wiecie, że dla zachowania zdrowej wagi i relacji z innymi wystarczy jedna, prosta rzecz. W odpowiednim momencie zamknąć mordę. Mądrość życiowa, którą szczególnie powinni przyjąć do wiadomości wszyscy mający niczym Kubuś Puchatek mały rozumek. A, że patrząc na Szefa nie mogę pozbyć się z głowy pytania kto mu co rano wiąże buty, to powinien się do niej stosować podwójnie.
Było tak przy pierwszym wystąpieniu przed Radą i mediami, gdy słuchałem go z rosnącą z minuty na minutę zgrozą. Pieprzył trzy po trzy, a wszystkie portale internetowe rozgorzały później komentarzami do jego kwiecistej mowy. Pytają go o atmosferę wydarzenia (nie ważne jakiego), odpowiada że było kulturalnie i spokojnie. Info dla Was: wszędzie lądowały filmiki na których wyraźnie podchmieleni ludzie przekrzykiwali się informacjami co do profesji matek adwersarzy i odziedziczonymi w związku z tym tytułami społecznymi. Podpowiem, że nie chodziło o tytuły szlacheckie. Pytają go, czy wg niego było bezpiecznie, odpowiada że tak, a w następnym zdaniu gani ludzi, którzy przyszli z dziećmi za narażanie ich na niebezpieczeństwo. Pytają go o ogólną opinię, to ten odpowiada że było jak za jego poborowych czasów za PRL tylko brakowało mu wódki, bo w przeciwieństwie do lat ‘80 tym razem nie częstowali. A, na koniec dodał “he he he”.
Gdy więc pojawiła się kolejna okazja, a właściwie smutny obowiązek, żeby się wypowiadał, to dałem mu za darmo jedną, złotą radę. Opowiadaj krótkimi zdaniami, tylko podstawowe fakty, przedstawisz je- zamknij mordę. Pomni rozmiaru poprzedniej klęski, także Szefostwo postanowiło zagrać bezpiecznie i kazali Szefowi napisać co będzie mówił i przedstawić to do akceptacji. Oczywiście ani to było ładne, ani zgrabne, ale przynajmniej pozbawione zbędnego pieprzenia.
Z niekrytym więc zadowoleniem słuchaliśmy jak sylabizuje z kartki nie za bardzo przejmując się chaosem jaki panował w tej wypowiedzi i z równie niekrytym przerażeniem słuchaliśmy, jak po zakończeniu części głównej zaczął dodawać coś od siebie. Więc zaczął mówić o raju, który widział (nie pytajcie, nikt nie wie o co chodzi) i o generale matce naturze (prawdopodobnie jakieś pomieszanie generała mroza z matką naturą, ale to luźne domysły). Szczęśliwie to, co mówił było tak abstrakcyjne, że wszyscy potencjalni interlokutorzy byli w głębokim szoku i dało to czas na zadziałanie awaryjnych rozwiązań. Zaraz po wystąpieniu Szefa byli gotowi inni, którzy szybko przejęli temat i wyprowadzili wszystko na w miarę równą ścieżkę.
Ale to nie jedyne przypadki, w których Szef nie trzyma mordy w kuble, tak jak powinien. Z ostatnich tylko dni mogę przytoczyć choćby ten, gdy braliśmy udział w jednym z Urzędowych spotkań. Było to na sali konferencyjnej, która ma ten minus, że stoły są ustawione w podkowę. Siedziałem, siłą rzeczy, przy moim przełożonym, ale obgadywałem jakieś pół-oficjalne sprawy (no dobra, pieprzyłem o dupie maryny) z kolesiem z innego biura. Od niego przynajmniej nie waliło. Pech chciał, że Szef siedział ostatni, więc skoro ja byłem odwrócony, to nie za bardzo miał komu truć dupę w pobliżu, więc przerzucił się na siedzących naprzeciwko, same dziewczyny i zaczął rzucać tekstami “no, no, jakie ja mam widoki”, “ho ho, co za nogi”, “he he”.
Nie wiem, kto w tym momencie miał wyraźniejszy wyraz zażenowania na twarzy, ja czy one.

czwartek, 24 sierpnia 2017

N13- brum, brum.

Zdarza się, że jazda po polskich drogach przypomina walkę. Z pewnością ciężką walkę o utrzymanie się na drodze toczył kierowca UAZ-a, który nie tak dawno jechał przede mną. Ze wszystkich tylnych świateł połowicznie działał mu jeden stop, a jadąc po mokrej nawierzchni zostawiał za sobą cztery ślady kół. Tak, cztery, nie dwa. Przy okazji ciągle manewrował od krawężnika do osi, pewnie związane to było z unikatowym zestrojeniem podwozia, raczej nie podejrzewam faceta o jazdę na podwójnym gazie. W każdym cywilizowanym miejscu ten samochód jechałby w najlepszym razie na lawecie. Ale ja nie od dziś mam poważne wątpliwości, czy my żyjemy w normalnym miejscu. A dziś powiem Wam, kto jest najgorszym z najgorszych na polskich drogach. Pomijając pijanych.
Jest wiele grup, które widząc na drodze powodują u mnie wzrost czujności, mocniejsze chwycenie kierownicy, zdjęcie nogi z gazu i poprawę pasów. To np. młodzi chłopacy w starych samochodach. Obowiązkowa czapeczka z daszkiem i w 99% przypadków- Golf III/IV, Pasek B5, Civic. Mogą to też być trochę starsi chłopcy. Tacy, którzy wyrośli już z czapeczek i nie mieszkają z rodzicami- stąd pewnie mogą bez ograniczeń chodzić na solarium i do wiejskich salonów tatuażu. Życie na swoim to prestiż, więc i gablota lepsza- 15-20 letnie bumy 5-7, równie wiekowe A6-A8, czy S Klasse. Koniecznie na szerokich gumach z lansiarskimi alusami podwajającymi wartość wozu, oparciem fotela kierowcy ustawionym tak, żeby na świat patrzeć przez kierownicę, którą trzyma się jedną ręką eksponującą złotą ketę. Ale także ci najstarsi chłopcy, w najnowszych, czy po prostu nowych samochodach, choć niekoniecznie najwyższej klasy. Koszula w kratę, na nią założony sweterek, na fotelu pasażera żona równie siwa co i mąż. No i 70km/h między miastami, a przy skręcaniu zwalnianie do zera. Ten styl jazdy widzę też u kobiet w każdym wieku, szczególnie z rejestracjami wskazującymi na jakieś pipidówy. Z drugiej strony czarnowłosa w niebieskiej Celice, która jakiś czas temu tak przecięła skrzyżowanie, że z bratem poczuliśmy się jak upośledzeni, prosiłbym żeby się zgłosiła jeśli to czyta. Potrzebuję korepetycji.
Ale ci wszyscy wyżej wymienieni choć są źli i jeżdżąc powodują zagrożenie z różnych powodów, to jednak nie są najgorsi. Nie są nimi nawet motocykliści, choć motocykle są wszędzie szczególnie wyprzedzając na trzeciego, na zakręcie, pod górkę z prędkością maksymalną przekroczoną niemal dwukrotnie. Najgorsze są święte krowy polskich dróg- rowerzyści.
Trzy przykłady, z trzech ostatnich dni. Pierwszy jechał środkiem pasa ruchu, przy podwójnej ciągłej i pod górkę, pod którą ledwo pedałował. Jechanie przy skraju? Och, to uwłaczałoby królowi dróg. Druga ma szczęście, że jeszcze chodzi i może je zawdzięczać kostce brukowej po której wolno jechałem zbliżając się do skrzyżowania równorzędnego, na które już miałem wjechać widząc, że mam prawą wolną, ale z lewej wyskoczyła mi na pełnej prędkości rowerzystka z wyraźnym oburzeniem na twarzy. Chciałem jej odpowiedzieć, ale zanim odpaliłem wóz, którym tak szybko hamowałem, że nie zdążyłem sprzęgła wcisnąć i mi zgasł, to zdążyła odjechać w siną dal. No i trzeci idiota, również na skrzyżowaniu równorzędnym, również wyjechał z mojej lewej. Ale ten cwaniaczek lepiej znał kodeks ruchu drogowego i zamiast wjechać mi na maskę bez pierwszeństwa, to po prostu bez zwolnienia pojechał asfaltem wzdłuż krawężnika i przejechał mi przed nosem po pasach.
Dawno nie jeździłem na rowerze, więc możecie dać mi znać, czy w ostatnich latach zaczęli montować do nich pola siłowe?

czwartek, 17 sierpnia 2017

Dzień dwieście pięćdziesiąty szósty- screw you guys, I'm going home.

Wiecie, że pochodzę z Pomorza. Nigdy nie napisałem tego wprost, ale myślę, że wielokrotnie dałem wystarczająco dużo wskazówek, żeby każdy się tego domyślił. Szczególnie, na samym początku pisania bloga. Z kolegów i koleżanek z innych miejsc Polski często się śmieję gdy mówią, że u nich wieje. Pamiętajcie, że jak u nas wieje to trzeba stojąc na plaży uważać, żeby kutrem w mordę nie dostać. Gdy widzicie jak mewy lecą do tyłu to wiecie, że mocno wieje. No i jak delfin rozbije się wam o okno, to nie wychodźcie sprawdzić, czy wszystko z nim ok. To stara sztuczka huraganów, żeby wywabić Was z domu. I ostatnio też u nas wiało, o czym zapewne już wiecie, a może i domyślacie się, że w związku z tym wszyscy dostali sraczki (wyjątkowo słusznie) i sam też byłem wciągnięty w tryby. Mógłbym tu pisać o ludzkiej i leśnej tragedii (na miejsce jechałem w kolumnie wóz transmisyjny-ja-karawan), ale nie przychodzicie tu dla tragedii. Tylko dla chleba i igrzysk, a ja nie mając chleba w ofercie dam Wam choć igrzyska.
W tany ruszyłem z Szefem, więc wstydu się najadłem nie mało, ale o nim kiedy indziej. Bo pierwszą osobą na którą trafiłem, poza wszechobecnymi strażakami, był Człowiek Wieprz. Niesamowity okaz biologiczny, pierwsza na świecie udana krzyżówka człowieka i świni. Nie wiem jakim cudem krzesła wytrzymywały jego masę, a pocił się od samego siedzenia co tylko uwydatniała jego czerwona, nalana twarz. A wiecie co jest najlepsze? Że świnia w jego przypadku w najmniejszym stopniu pije do wyglądu. Człowiek jest po prostu klonem Szefa, tylko o wiele grubszym i na wyższym stanowisku. Wystarczająco wysokim, żeby jego praca = polityka. Wszystko, co jego spasione wargi z siebie wydalały było jak wyjęte z wiejskiego wiecu wyborczego.
-Ile macie plandek? -spytał go strażak.
-Ile mamy plandek? -powtórzył pytanie Człowiek Wieprz do swojego pracownika, cichego dziadka, który zaczął grzebać w swoich przepastnych segregatorach.
-Tyle, ile kupiłeś panie Wieprzu -podpowiedziałem, bo czas tak jakby naglił- czyli żadnych.
-Oooooooo.... -nie wiem czy właśnie dostawał jakiegoś zawału czy innej choroby wieńcowej, czy tylko się wściekał- My tutaj ciężko pracujemy. Cały nasz urząd i wszystkie służby są w stanie najwyższej gotowości, sytuacja jednak jest nietypowa, powiedziałbym, katastrofalna i w jej toku niektóre elementy kompleksowo zbudowanego systemu mogą przechodzić okresowe problemy. Poza tym w powyższym kontekście warto zwrócić uwagę, że pan też pojawił się tu z pustymi rękoma.
I tu cię mam, kutasino. Dobrze, że ugryzłem się w język, zanim serio to powiedziałem.
-O, panie Wieprzu, nie docenia mnie pan. Nigdy w gościnę z pustymi rękoma nie przychodzę, zaraz pójdę do wozu i przekażę plandeki, które rano kupiłem po drodze. I fakturkę dla pana, w końcu to pan dziś stawia.
Chyba mocno go to podminowało, bo chwilę później udał się do samochodu służbowego i ruszył w teren. A ja tymczasem robiłem trochę tu, trochę tam, trochę poplotkowałem o sprawach służbowych z trochę ważniejszymi w tym momencie ludźmi, którzy przynajmniej ogarniali o co kaman. Wniosków jest z milion, warto byłoby je wdrożyć, więc gdy Człowiek Wieprz wrócił, podjudziłem jednego z ludzi, żeby delikatnie go o to zaatakował.
-No, bo wie pan, by nam się przydało to i tamto. Trochę bardziej to rozwinąć.
-Bzdury. Wszystko jest rozwinięte w stopniu wystarczającym, wszystko zgodnie z planem, jestem w 100% pewien, że tak jak powinno być.
-Powinny też być plandeki…
-I są, i są drogi panie. Od rana działamy z plandekami, mieliśmy je na miejscu (tak, to było o moich plandekach).
-A jakby tak np. kupić łóżka polowe? To by się przydało wszystkim, i służby mogłyby odpocząć, i poszkodowani, i dowodzący akcją nierzadko od poprzedniego wieczora…
-Podpiszemy umowę na dostawę łóżek, gdy będą potrzebne.
-Ja nie jestem pewien, czy ktokolwiek dostarczy nam powiedzmy… setkę łóżek z godziny na godzinę, bo nie będą mieli na stanie.
-To podpiszemy umowę z zakładem, który je nam wyprodukuje w przypadku zaistnienia takiej potrzeby. W tym momencie nie widzę uzasadnienia dla ponoszenia bezsensownych kosztów. Powinniśmy wspólnie myśleć o właściwym zabezpieczeniu potrzeb mieszkańców bez niepotrzebnego marnowania pieniędzy w czasie, kiedy nie jest to niezbędne.
Zapadła grobowa cisza, nie licząc sapania Człowieka Wieprza.
-Chyba…- zacząłem- Chyba muszę iść napić się kawy.
-Tak, tak, my też -odpowiedzieli wszyscy.
-To i ja pójdę -dołączył się Człowiek Wieprz.
-Ale ekspres jest na drugim piętrze -oj ja dobrze przemyślałem, jakiego napoju potrzebuję.
-Aha… To proszę przynieść mi gdy będziecie wracać.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Dzień dwieście pięćdziesiąty piąty- oh god don't forsake me.

Dziś będzie o wykluczeniu cyfrowym. Ważny problem w naszym świecie, będzie coraz ważniejszy. A w moim biurze to można by dosłownie urządzić skansen, którego ja mógłbym być kustoszem. Gdybym oczywiście miał czas, w tej chwili nie mam. Nie dlatego, że mam jakiś straszny zapierdol na fejsie, ale w czasie picia gorącej herbaty zabolał mnie ząbek, o którym moja stomatolog już trzy tygodnie temu ostrzegała mnie, żeby się nim zająć. Więc teraz na pilnie szukam dentysty, który przyjmie mnie wcześniej, niż w listopadzie (serio, to termin, który usłyszałem dziś). Przede mną otwarte wyniki wyszukiwania Google, telefon przy uchu i jeszcze nosem przewijam na zegarku złote rady rodzicielki, które mi podrzuca w międzyczasie na Messengerze. XXI wiek, kuźwa mać. Odłączam ładowanie książki, żeby naładować zegarek, a jeszcze nie mogę zmienić temperatury, bo termostat aktualizuje oprogramowanie.
Szczęśliwie jestem jedyną osobą w Wydziale, która ma takie problemy. Technologiczne oczywiście, bo ząb boli też Dziada, jednak w przeciwieństwie do mnie nie dzwoni po stomatologach, a czyta w Onecie, czy płukać mordę krowim moczem czy byczą spermą. Możecie wyrazić swój podziw, że robi to w Onecie, no ale gdzie indziej, skoro książek czytać nie lubi. Internet to niestety taki wynalazek, dany nam przez bardzo mądrych ludzi, a służy głównie bardzo głupim.
Ale jednak coś się zmienia. Dziad ewoluuje. Widzicie, gdy zaczynałem pracę w Urzędzie lata temu (co ja tu jeszcze robię?) stworzyłem niepozorny plik w Wordzie nazwany “Koperta mała”. Ten plik towarzyszy mi w pracy do dziś i jak się pewnie domyślacie gdy muszę coś wysłać to jest to miejsce z góry ustawione do drukowania na kopertach. Przez lata i Dziad i Szef pogardzali tą metodą, ale jednak widzę, że ten pierwszy chyba przymierza się do zmiany. Wpisuje adres w kompie, drukuje na kartce A4, wycina i na klej przymocowuje do koperty… No trudno, ale z ciekawości zapuszczam żurawia do kogo to tak ważne pismo, że wymusiło na nim takie kombinowanie. Kuźwa, oczywiście, że prywata…
Ta ewolucja Dziada nie ma końca, a wręcz przyspiesza im bliżej jest emerytury (a jest bardzo blisko). Niedawno wyrwał mnie znad papierów trudnym pytaniem:
-Proszę pana, czy ja mam w komputerze pingi?
-Co?
-Bo Szef powiedział, że jego syn ma pingi i się zastanawiam, czy też mam?
-Aaaaaaaaaa…Aaaa… Ping. Tak, ma pan.
Grunt mu się palić zaczyna pod nogami, bo w domu ani internetu, ani komputera w żadnej postaci. A skąd będzie ten krowi mocz zamawiał? No raczej nie będzie przychodził tutaj na emeryturze, tzn mam taką nadzieję… I mimo, że od 20 lat codziennie pracuje, ok “pracuje”, przy komputerze to w ogóle go nie ogarnia w nawet najbardziej podstawowych kwestiach, o czym już wiecie. I strasznie strzelił sobie w kolano, bo dopóki pracujemy razem to mógłbym mu po koleżeńsku coś podpowiedzieć.
By na tym dobrze wyszedł. Wszyscy dotychczas dobrze wyszli, wystarczy posłuchać. I nie upierać się przy swoim. A tych dwóch rzeczy Dziad nie potrafi.
-Panie Młody, tutaj jest taka promocja na internet, że 8 gigabajtów, to dużo?
-Zależy. Do przeglądania internetu i okazjonalnie filmu na jutubie wystarczy.
-A pan ile zużywa maksymalnie?
-Mój rekord? 50 giga. W ciągu doby.
-A mógłby pan tu podejść i zobaczyć?
Chciałbym powiedzieć nie, ale ciekawość zwycięża. Zwlekam więc dupsko z fotela, może trochę ruchu też się przyda.
-Ale… Panie Dziadzie, to przecież oferta do telefonu…
-A to nie mogę mieć w komputerze?
-Teoretycznie może, jakby do tego dokupić modem ze slotem sim i WiFi na USB (chce stacjonarny)... Ale po co, przecież wczoraj dałem panu ofertę, bez limitu, jak pan buk przykazał po kablu, co się tam panu nie podobało?
-Bo ta jest 8 zł miesięcznie tańsza.
A może to jednak dobrze, że wcześniej nie kupił i nie truł mi dupy o pomoc?

czwartek, 3 sierpnia 2017

Dzień dwieście pięćdziesiąty czwarty- esteta.

Trochę zmian personalnych ostatnio zaszło w Urzędzie. Największą z nich jest zmiana na stanowisku skarbnika, który przeszedł na zasłużoną emeryturę. Mógł już dawno, ale wiadomo- pecunia non olet. Szczególnie takie pecunia, tak między nami- choć to tajemnica żadna, bo składa oświadczenie dostępne publicznie, to rocznie wypłata + emerytura inkasował równowartość nowego BMW 525D. Trzymał więc się jak najdłużej stołka, choć nie martwcie się o nowego emeryta, został z miesięcznym wpływem na konto zdecydowanie ponad średnią krajową. I moja uwaga co do zasłużonego przejścia nie jest złośliwa- na pewno nie tak, jak złośliwym był on, ale budżet trzymał w ryzach.
Nowa skarbniczka ma wszelkie zadatki na to, żeby niczym nie ustępować swojemu poprzednikowi. Wiem co mówię, współpracowałem z nią na długo zanim została oficjalnie ogłoszona do odziedziczenia berła. I wtedy też ugruntowałem swoją pozycję- zdecydowanie pozytywną. A jeśli miałbym podać jeden fakt o nowej skarbniczce, który byłby istotny z Waszego punktu widzenia jako czytelników bloga, to nie będąc już nastolatką (+/- 50) ma figurę, której większość z nich może jej pozazdrościć. Sam gustuję w zdecydowanie młodszych (choć do Trynkiewicza mi jeszcze daleko), ale chcąc być obiektywnym i szczerym, nie mogę temu faktowi zaprzeczyć.
Czemu to jest ważne? Bo w tym momencie na scenę wkracza Szef- świniopas z zamiłowania, debil z konieczności. I ciśnie po niej, że chodzi w szpilkach, że w obcisłych spódniczkach, że jest już na to za stara. Oczywiście nie jej bezpośrednio, bo na to to on nie ma i miał nigdy nie będzie jaj, ale co poobgaduje to poobgaduje. Choć to prędzej czy później do niej trafi. To ma dwa główne powody. Pierwszy, którym się dziś nie zajmiemy, to Szef nie potrafi inwestować w znajomości. Drugi jest taki, że to prosty chłop ze wsi, który ma bardzo prosto poukładaną estetykę. Przekroczyłaś 30 lat? Nie dla Ciebie szpilki, mini, etc. To nic, że wyglądasz jak Jung Da Yeon*. Jak mieszkanie, to oczywiście z boazerią WSZĘDZIE. Podłoga bez dywanu? Nieakceptowalne. Jesteśmy ostatnim miejscem w Urzędzie, gdzie na korytarzu (KORYTARZU) zachował się długi dywan. Sprzątaczki klną na czym świat stoi musząc go utrzymać w jako-takiej czystości, ja klnę na czym świat stoi bo nie ma tygodnia żebym się nie potknął o jego wyginające się rogi. Szefowi to oczywiście nie przeszkadza, bo przynajmniej “tak miękko się chodzi”.
Ale nie przeszkadza też z innego powodu. Mu po prostu syf nie wadzi, tego chyba nauczył się od swoich świnek, choć podobno świnie wcale w syfie żyć nie lubią. Szefowi on nie przeszkadza. Pod żadną postacią. Uwalony dywan? Spoko, ważne że jest dywan. Nigdy za sobą nie wsuwa krzeseł, zostawia je po prostu na środku przejścia. I w jego główce nic nie jest w stanie połączyć tego z ciągłym jego przeciskaniem się po biurze, bo krzesło stoi na środku. I właśnie przeciskaniem się, bo mimo, że to krzesło, które zostawił przeszkadza mu w dojściu do szafy, to i tak go nie wsunie. O żarciu puszek rybnych wspominam tylko kurtuazyjnie. Marynarka tak samo- być musi, bo przecież dyrektor musi być w marynarce, ale że wygląda… Hm, kojarzycie takiego turbo stereotypowego rolnika z ogorzałą, niedogoloną facjatą, co przyjeżdża do miasta do urzędu? No to taką samą marynarkę nosi Szef.
Dlatego też niespecjalnie zdziwiło mnie, gdy przybiegł do mnie zaraz po wyjściu przewodniczącego Kółka Różańcowego. Widzę na jego kaprawej mordzie wyraz triumfu jakby dopiero co pokonał Wercyngetoryksa i macha kartką.
-Patrz na to.
Patrzę. No nie wiem, nic tutaj nie widzę dziwnego, pismo jakich miliony.
-No co?
-No widzisz?
-Ale co mam widzieć?
-No to pismo.
-Ale co z nim nie tak?
-Oni mają NAGŁÓWEK.
Patrzę jeszcze raz, no jest nagłówek z logo, nazwą i danymi Kółka.
-Mają. I co z tego?
-Jak ty nic nie rozumiesz. Zobacz jak marnują pieniądze jakie im dajemy! Ha! Nagłówek! Ha! No nie mogę.
Bierze mi to pismo i wylatuje z nim z biura. Zaraz pół Urzędu będzie wiedziało, że Kółko drukuje pisma z nagłówkiem, bo że Szef jest nienormalny to wie już cały.

__________
*- jeśli jeszcze jej nie znacie, to wklepcie sobie w Google Grafika Jung Da Yeon, a jak już się napatrzycie przeskoczcie na Wszystko i wujek Google powie Wam, ile ma lat.

czwartek, 27 lipca 2017

Dzień dwieście pięćdziesiąty trzeci- good evening.

Poprzednie dwa tygodnie nie obfitowały w zbyt wiele wydarzeń. Przynajmniej u mnie, bo ogółem to się działo. Rosjanie obrazili się na Anglików, że ci brzydko powiedzieli o ich przestarzałym i od nowości niesprawnym okręcie. Pierwszy pomarańczowoskóry amerykański prezydent ucina operację CIA w Syrii, a Turcy przy tej okazji wypaplali tajne lokalizacje wojsk USA- jeszcze w Syrii. Hindusi drażnią Chiny w incydentach granicznych, widać ciągła ruchawka z Pakistanem zaczęła być nudna- w dwóch pierwszych krajach mieszka łącznie ⅓ ludności świata. No i coraz bliżej do dużych Rosyjskich manewrów Zapad 2017 na Białorusi, przy czym ostatecznie niby NATO wymusiło ich transparentność, ale Ukraińcy ciągle ostrzegają o możliwej zmianie z zachodu (ros. zapad) na południe. A to tylko z tych geopolitycznych rzeczy. Bo nie ma i co zaczynać o np. premierach filmowych- Dunkierka czy Valerian i Miasto Tysiąca Planet (ps- nowy Łowca Androidów będzie, podobno gówno), czy o tym co piszczy w świecie naukowo-technologicznym (m.in. Musk ogłasza, że Zuckerberg ma ograniczone pojmowanie AI).
Nie powinno więc dziwić, że mając tyle na głowie umknęły mi małe, lokalne wydarzenia. Szczęśliwie zaraz po przyjściu do pracy przypomniał mi o tym smród potu. Szefowi skończył się urlop. I już po całych dziesięciu minutach mogłem powrócić do tradycyjnego trybu pracy i znów się wkurwiać. Wszystko tak ładnie i dobrze sobie szło. No może nie zawsze dobrze, mieliśmy trochę problemów, ale nad ich rozwiązaniem mogłem spokojnie pracować. Teraz do równania doszła ta niedorozwinięta małpa, więc wynik zaczyna być skomplikowany. I tak cały dzień był festiwalem głupoty, który po dłuższym czasie nieobecności kompletnie wybił mnie z torów.
Zaczęło się od pilnych przemyśleń co do zakupu worków. Takich zwykłych, na piasek. Nasze zapasy zostały ostatnio uszczuplone, więc wypadałoby je uzupełnić. I wszystko byłoby dobrze- zamówił je, wniosłem je, ale oczywiście nie powiedział kolesiowi, żeby na fakturze wstawił jakąś sensowną datę zapłaty. Sensowna to min. tydzień. Zawsze finansowy wszystkich o to beszta, bo tyle trwa spokojny obieg takiej faktury. To są u nas 4 podpisy, rejestracja w innym wydziale, bla, bla, bla. Zobaczyłem to, że mamy dzień na zapłatę już przy odbiorze faktury, ale olałem. Wiedziałem, że nie będę akurat tej opisywał, bo ktoś musi przecież woreczki ułożyć, a mając do wyboru opisanie lub dźwiganie, nie miałem żadnych wątpliwości co Szef wybierze.
Po drodze jeszcze zebrałem jedno pismo z biura podawczego, wniosek o udostępnienie informacji. Ekstra, akurat taki, że można odpisać, żeby się walił. W sensie, nie mamy takich informacji. Rzuciłem więc oba papiery Szefowi na biurko i chciałem wracać, ale ten za mną jeszcze krzyczy, żebym poszukał tych pism co koleś chce. Trochę skołowany cofam się i mówię:
-Nie mamy przecież takich, dokładnie takich jak chce, bo ogółem to tak. Ale z zakresu czasu jaki jest podany jest akurat jedno, wielkie, nic.
-A jakie on chce?
-No tam jest wypisane.
-Gdzie?
-Tam gdzie jest zaznaczone.
-Gdzie jest zaznaczone?
-No na górnej połowie kartki.
-Nie widzę.
Zdanie z określonym przedziałem czasowym było- podkreślone, zakreślone i obok postawiony wykrzyknik wielkości 6 linijek tekstu.
Najgorsze jednak dopiero nastąpiło, jak zaczął się wtrącać do poważnych rzeczy. Otóż nasze Kółko Różańcowe trochę sobie nagrabiło. Trochę, żadnych tragedii, ale kwestia dość skomplikowana. Na tyle, że całość rozgryźliśmy z dwoma księgowymi i dwoma prawnikami. Słowo klucz- rozgryźliśmy. Wszystko zostało ustalone, wszyscy z ustaleniami się zgodzili, każdy gdzieś tam ustąpił i ogółem wszyscy zadowoleni. Przygotowałem wszystkie niezbędne papiery, które czekały tylko na powrót Szefa. No i właśnie, tu się zaczęło. Zamiast usiąść, w skrócie zapoznać się z tematem i podpisać, to zaczął próbować to ogarnąć swoim małym rozumkiem. Dosłownie jak 6 latek- a czemu? A czemu?
-A czemu to jest źle?
-Bo sprawdziliśmy w ustawie, że nie mogli tego tak zrobić.
-No to oczywiste, że nie mogli tego zrobić.
-Zrobić mogli, tylko zrobili nie w ten sposób (to jest tak ogólne, bo nie chcę szczegółów tu wywlekać).
-A czemu?
-Bo tak pisze w ustawie.
-Aha.
Ok, podpisz. Nie podpisuje, wyciąga telefon i dzwoni do przewodniczącego Kółka Różańcowego. Z awanturą, gdzie już wszystko było ustalone i jeszcze oczywiście stara się, nie wiem- wbić szpilę, czy zażartować, że co z tym teraz zrobić. Tamten się wkurwia, bo już wszystko ustalone i pół tygodnia biegał do Urzędu, żeby to wszystko dograć i dograł. Szef po rozmowie jeszcze zamiast po prostu podpisać i mieć to z głowy, to dzwoni do jednego z księgowych i mu truje dupę, nawet nie o to tylko ogółem żeby robić czarny PR Kółku, tamten oczywiście nie ma nic lepszego, tylko słuchać jak Szef mu pierdoli o rozwiązanym problemie na dosłownie 10 zł, gdzie na biurku leży mu inwestycja za 30 mln. I ponieważ przez to szybko ucina temat to jeszcze do mnie lezie ponarzekać, że go to wkurza. Ja staram też się temat szybko uciąć, bo też mam lepsze rzeczy do roboty, więc mówię że mnie to nie wkurza, bo jest załatwione. A właściwie mam nadzieję, że wreszcie podpisze i załatwione będzie. Na co ten, że nie no, go to też nie wkurza, ale…

Zastrzelcie mnie. Albo się powieszę na sznurku od worka.

czwartek, 20 lipca 2017

N12- Paradoks.

Taki sezon ogórkowy, że dziś wyjątkowo napiszę sobie o czymś, co mnie interesuje. W przeciwieństwie do pracy w Urzędzie. Tzn. w ogóle większość prac nie jest interesująca. Np. takie korpo. Poznałem kiedyś dziewczynę, która była zafascynowana swoją korposzczurowatością. O wypłatach, które robiła (stanowisko jakiejś tam pomocy księgowej) opowiadała z taką pasją, z jaką ja zazwyczaj mówię o moich ulubionych filmach. I tu jednym uchem słucham, że uważnie przepisuje numer rachunku podczas gdy czytam o ewakuacji astronauty na stację kosmiczną po awarii skafandra. Sorry, ale te 26 cyfr jest tak cholernie nudne w porównaniu do kolesia podtapiającego się w przestrzeni kosmicznej 400 km nad Ziemią po omacku wracającego do włazu pędząc prawie 28 tyś km na godzinę (Chris Hadfield).
Nie bez powodu nawiązuje do mojego ulubionego astronauty, bo jeśli miałbym powiedzieć co mnie interesuje, to na jednym z pierwszych miejsc byłby kosmos. Razem z futurologią, transhumanizmem, nowoczesnymi technologiami i paroma innymi rzeczami. A co jest najciekawsze we wszechświecie? Moim zdaniem to, czy jesteśmy w nim sami.
I tak samo moim zdaniem- nie, nie jesteśmy. Nauka jednak tym różni się od wiary, że potrzebuje dowodów, a takimi nie dysponujemy. Nie wystarczą nam szczątki informacji- że w naszej galaktyce jest do 400 miliardów gwiazd i wiele wskazuje na to, że wiele (o ile nie niemal wszystkie) z nich posiadają przynajmniej jedną planetę, a z tych planet wcale niemały odsetek przypomina Ziemię. A tych galaktyk we wszechświecie do niedawna miało być 200 miliardów, ale badania NASA sugerują, że w rzeczywistości może być ich co najmniej 10x więcej. I nawet gdy weźmie się pod uwagę, że w samym naszym Układzie Słonecznym jest przynajmniej parę miejsc, gdzie teoretycznie życie mogłoby funkcjonować, to i tak nie wystarczy aby nauka mogła powiedzieć, że nie jesteśmy sami.
Jak już wspomniałem, ja uważam, że nie jesteśmy. Przy takiej masie miejsc gdzieś życie było, jest lub będzie- i to zapewne w ogromnej ilości miejsc. Ale potwierdzenie wymaga dowodu, którego nie mamy. I to nazywa się paradoks fermiego- teoretycznie wszechświat powinien być pełen życia, w praktyce nie mamy żadnego twardego dowodu. I wyjaśnień tego jest, cóż, całkiem sporo. Zaczynając od najbardziej płytkiego- nie ma życia poza Ziemią. To tak nudne, że nawet nie chce mi się więcej pisać, lepiej zająć się ciekawszymi wyjaśnieniami.
Np. “wielki filtr”- koncepcja zakładająca, że istnieje jakiś uniwersalny mechanizm filtrujący i niszczący cywilizację, które osiągną pewien poziom rozwoju. A może i zbiór mechanizmów charakterystycznych dla rozwiniętych społeczności. Np. globalne ocieplenie. Albo wojny atomowe. Pandemie? Głód? Wojny domowe rozwarstwionych ekonomicznie społeczności? Albo konfrontacja ze sztuczną inteligencją. Wszystkie z nich nam zagrażają.
Inna opcja to symulacja, lub “symulacja przodka”. W skrócie- żyjemy w komputerowej symulacji albo zupełnie obcej cywilizacji, albo naszej z przyszłości, która chce np. dokładnie poznać swoją historię. Ktoś, gdzieś wyliczył, że komputer wielkości księżyca mógłby dość spokojnie w sekundę wykonać taką samą ilość operacji, co mózgi wszystkich kiedykolwiek żyjących ludzi, przez całe ich życie. Obce cywilizacje mogą być więc po prostu nie włączane do symulacji, z jakichkolwiek powodów.
Coś podobnego, ale tym razem u obcych- są na takim poziomie rozwoju, że przenieśli całość swojej egzystencji do jednego superkomputera i zahibernowali się. Po co? Żeby czekać na większe ochłodzenie wszechświata (śmierć cieplna) i wzrost wydajności komputera. Moim zdaniem- bezsensowne tracenie milionów, czy miliardów lat.
I tu dochodzimy do kolejnej rzeczy- to co ma dla nas sens, nie musi go mieć dla innych. Nasze rozumowanie, postrzeganie czasu czy formy komunikacji nie muszą być sensowne dla innych. My dopiero raczkujemy w dziedzinie kwantowych komputerów, czy kwantowej komunikacji, dla nich może to być już technologia muzealna. A właściwie dlaczego w ogóle mieliby potrzebować narzędzi do komunikacji? Może mają wspólną świadomość, może działają trochę jak mrowiska?

A jak jest naprawdę? Może kiedyś się dowiemy, może nie. Bo głównym problemem, moim zdaniem, nie są te rzeczy opisane wyżej, tylko czas i odległość. Przypomnijcie sobie rozmiary samej drogi mlecznej (ok 100.000 x 10.000 ly), maksymalną prędkość (1 ly/rocznie… jakkolwiek śmiesznie to brzmi- ale rok świetlny to jednak ciągle jednostka odległości, a rok jednostka czasu) i czas, jaki trwają na Ziemi poszukiwania życia we wszechświecie (z 50 lat?).
To tak, jakbyście postawili na stole naparstek i rzucili w jego kierunku szczyptę piasku. Z różnych powodów jego ziarenka mogły nie trafić w cel- czy to Wasza celność kuleje, czy to wiatr wieje. Ale samo to, że nie ma piasku w naparstku nie znaczy, że ten rozsypany w koło nie istnieje. Po prostu potrzeba większej ilości prób lub zmienić naparstek na wiadro.

piątek, 14 lipca 2017

Dzień dwieście pięćdziesiąty drugi- szkolenia.

Dziś znów notka będąca poradnikiem. “Znów”, poprzednia była dobry rok temu. Ale jeden z komentarzy mnie niedawno natchnął, a że i tak nie mam nic lepszego do roboty, wliczając w to pracę…
Dziś nauczę Was jak robić szkolenia. Podstawowe zasady szkolenia są dwie. Po pierwsze- nie robić go. Po drugie- mieć podpisaną listę obecności. Ta lista to jedyne, co się liczy, bo dołączycie sobie ją do papierków i nikt i nic Wam nie zarzuci. Ale po kolei.
1- rozpoznajcie potrzebę przeprowadzenia szkolenia. Oczywiście Wy jej nie poczujecie, wymusi to na Was jakieś pismo, albo plan działania, albo przepis. W każdym bądź razie, starajcie się wyczuć go przed ostatecznym terminem (choć nie jest to warunek konieczny).
2- ponarzekajcie. To jest już pozycja obowiązkowa.
3- gdy skończycie narzekać na ilość pracy przeszukajcie dysk. To, co chcecie znaleźć, to prezentacje ze szkoleń, na których byliście.
4- jeśli nie możecie znaleźć, poszukajcie lepiej. Ciągle nic? Chwytajcie za telefon i dzwońcie po kolegach z sąsiednich Urzędów. Jeśli takich macie, tak jak Szef- to zaprzyjaźnijcie się z Google.
5- mając prezentację, w temacie szkolenia lub podobnym, musicie trochę nad nią popracować. Przede wszystkim- wypieprzyć wszystkie oznaczenia twórców i zastąpić je swoimi. Następnie- zmienić stronę tytułową żeby pasowała do tematu szkolenia. Na koniec- wyciąć wszystko, co nie dotyczy szkolenia. Czasem może się zdarzyć, że będzie trzeba połączyć dwie prezentacje.
6- dawno nie narzekaliśmy na ilość pracy, prawda? Czas to nadrobić. Pamiętajcie, że ilość narzekania jest wypadkową kwadratu ilości prezentacji, które musimy połączyć. Oczywiście realizujemy je na terenie wszelkich biur, w których jeszcze chcą z nami gadać.
7- gdy prezentacja jest gotowa i wygląda jako-tako, bo nie oszukujmy się, kto miałby czas na ujednolicenie formatowania, przechodzimy do bardzo ważnej decyzji. Forma szkolenia. Od razu Wam powiem, że akceptowalna jest tylko jedna- samokształcenie kierowane. Pozwala Wam to bezproblemowo zrealizować dwie podstawowe zasady.
8- idziecie w Urząd do osób, które ma objąć szkolenie z wcześniej przygotowaną listą. Najlepiej nazwać ją listą obecności i nic nie wspominać o samokształceniu kierowanym. Pamiętajcie- każdej z osób należy narzekać na ilość pracy, jaką macie. Gorzej, jeśli ktoś będzie zbyt dociekliwy i wpadnie na to, że to żadna lista obecności. Rozwiązanie takiego przypału jest proste- mówicie, że poprawicie, a po wyjściu z biura olewacie sprawę i zbieracie podpisy od pozostałych. Liczycie na solidarność urzędniczą i jakąś podstawową ludzką godność, która nie pozwoli takiemu delikwentowi się upominać o dokonanie podpisu. Jeśli jednak brakuje mu rozumu i godności człowieka, to przez telefon staracie się go przegadać. Jak najszybciej i najczęściej zmieniajcie temat, a gdy jakiś uda się Wam pociągnąć to czym prędzej się rozłączajcie. Sprawy nie ma.
9- alternatywnie możecie zdobyć listę obecności w inny sposób. Jeśli będą organizowane w Waszym urzędzie jakiekolwiek spotkania, narady, szkolenia zewnętrzne, etc. idźcie na nie z listą obecności i pozbierajcie podpisy. Potem ją się tylko dokłada gdziekolwiek- Szef poleca.
10- mając listę wysyłacie wszystkim na niej wyszczególnionym Waszą prezentację, oczywiście jednym zbiorczym mailem. UDW? Nie znam.
11- wszystko sobie wydrukujcie, włóżcie do teczki i pogratulujcie sobie dobrze wykonanej roboty. Teczkę najlepiej trzymać gdzieś blisko, jakby ktoś przyszedł będzie można mu pokazać, ile roboty się ma do zrobienia.

czwartek, 6 lipca 2017

Dzień dwieście pięćdziesiąty pierwszy- sezon ogórkowy.

Mam nadzieję, że pamiętacie, że ściany mają uszy? Gdyby nie, to przypominam- ściany mają uszy. W takim miejscu jak Urząd nigdy nie możecie być pewni kto słucha. A nawet gdy jesteście, to nie wiecie czy nie jest jakimś uczynnym. Czy po prostu plotkarzem. Albo w ogóle przypadkiem gdzieś, coś chlapnie.
Dlatego ja zawsze w pracy uważnie myślę o tym, co i jak mówię. Przez 6 lat pracy tutaj, wierzcie lub nie, nie przeklnąłem ani razu. Choćbym był maksymalnie wściekły, podnosił głos, nie ma żadnego przekleństwa. Ani jako dynamizator, ani i to w szczególności, jako przymiotnik. Ja w ogóle złego słowa o nikim tutaj nikomu nie powiedziałem, poza merytorycznym narzekaniem. Typu “X denerwuje mnie już tym utrudnianiem dostępu do dokumentów przetargu”. Przekazałem wszystkim co mnie boli i u kogo, a jeśli nawet do niego by to doszło, no to co z tego?
Domyślicie się więc już sami, że miałem oczy jak pięciozłotówki, gdy usłyszałem jak Szef przez telefon mówi największym plotkarom w Urzędzie na temat jednej z dyrektorek, która go wkurzyła:

Tą kurwę pewnie mąż trzepie.

Nie dość, że per kurwa, to jeszcze przemoc domowa. Ja wiem, to taka figura retoryczna i Szef nie uważa tak na poważnie, no ale… Cóż. Niektórzy mają taki język. A nawet całą jamę ustną. A gdy już przy tym temacie jesteśmy nie omieszkam się pochwalić- ostatnio asystowałem przy ściąganiu szwów z dziąsła. Mojego dziąsła… Długa historia, więc w skrócie- ósemki, wrośnięte szwy, krew, młoda pani doktor. Ogółem polecam, ketonal dostaniecie, naklejkę dzielnego pacjenta. Wszystkie cztery muszę usunąć, już niedługo koniec. Szef oczywiście wie, że wyrywam. Ciężko, żeby nie zauważył mojej tygodniowej absencji na L4. Co więcej uważa, że jestem odważny. Nie wiem czemu.

Ja to ostatni raz byłem u dentysty jak miałem 21 lat. Teraz to sobie sam wyrywam, bo się boję dentysty.

E… Y… Co? Jestem pewien, że to nie był żart. Jeździ więc na swoją działeczkę, do swoich świń, bierze obcęgi i… A jak o świniach. Rozmawialiśmy niedawno o destynacjach wakacyjno-urlopowych. Gdzie ja jadę, może Wam kiedyś napiszę. Tymczasem Szef poleca mi na szybki wypad jakąś miejscówkę w pobliżu.

Mają mini zoo. Dzikie świnie, świnie, króliki, no pięknie, taka atrakcja.

Nie no, świetnie. Świnie i dzikie świnie. On chyba serio ma jakiś fetysz w tym kierunku- hodować, oglądać i to wszystko hobbystycznie. Jeśli Wy też chcecie jakieś zwierzątka pooglądać, choć może odrobinę bardziej urokliwe, to polecam zoo w Poznaniu, świetne pomieszczenie z motylami.

czwartek, 22 czerwca 2017

Dzień dwieście pięćdziesiąty- w którym wreszcie wypieprzyłem ten burdel. Prawie.

Jest na sali ktoś, kto zajmuje się bezpieczeństwem? Bo będzie miał fajny przypadek do przemyślenia. Mieliśmy ćwiczenia p-poż, a że temat chodliwy w tym momencie, to ktoś z szefostwa wymyślił sobie, że połączymy to z zagadnieniem terroryzmu. Bo czemu nie? Potrzebny tylko był terrorysta, który by tą bombę podłożył i wybór padł na mnie. Z pewnością dlatego, że czują moją podskórną nienawiść do Urzędu, a nie dlatego, że mam długą brodę.
No ale dobra, moja rola jest prosta. Mam wziąć atrapę bomby, zanieść do wyznaczonego biura, mrugnąć porozumiewawczo do załogi i zadzwonić do Szefa wszystkich Szefów z pogróżkami. Że w ciągu kwadransa go wysadzę.
-Nie może być w ciągu 15 minut -powiedział na spotkaniu organizacyjnym przedstawiciel Policji.
-Dlaczego?
-Bo nie możemy wejść do budynku pewien czas przed i po…
-E… To może, nie wiem, za 2h?
-Ok, pasuje.
Coś mi się zaczyna wydawać, że będę najbardziej upośledzonym terrorystą w historii terrorystów… No nic, zmieniliśmy założenia, żeby wszystkie służby mogły się pobawić i przeszliśmy do realizacji.
Wyznaczonego dnia wziąłem moją siateczkę z atrapą, która bardzo mnie kusiła, żeby podmienić na oryginał, i ruszyłem przez Urząd. Przemykając koło informacji dziewczyny wychyliły się za mną z okienka i pytają, czy już z bombą idę. A tak tajna operacja to miała być…
-He, he, nie no, co wy, he, he.
Dotarłem do schodów, gdzie chwyta mnie koleś odpowiedzialny za budynek.
-Będzie alarm włączany?
-E… nie wiem?
-Nie no, serio pytam.
-Noooo… ma być włączony. Na ostatnim piętrze.
-Kurwa! Tam nie może, bo ten włącznik jest zepsuty.
I biegnie świńskim truchtem, żeby powstrzymać zbliżającą się katastrofę. Ja w międzyczasie dotarłem do biura, postawiłem reklamówkę przy biurku, trochę wyciągnąłem kabelki, porozumiewawczo mrugnąłem do załogi i wyciągnąłem telefon.
-Halo? Szef wszystkich Szefów?
-Tak, przy telefonie.
-Słuchaj chu…
-EKHM.
-Tzn, proszę pana chciałbym poinformować, że w związku z pana ostatnią decyzją zamierzam w ciągu dwóch godzin wysadzić budynek Urzędu. Do widzenia.
Coś mi się wydaje, że po tej notce daesz się do mnie nie zgłosi. Czekam chwilę na rozwój akcji, włączył się alarm, więc wychodzę do celu ewakuacji. Po drodze jeszcze przepuszczam radiowóz i stojąc naprzeciw Urzędu podziwiam zjeżdżające służby. Dyskoteka po całości, nawet białe rękawiczki i gwizdki były, bo drogówka ruchem kierowała. To jednak czego mi nie powiedziano, to że Policja ma aresztować podejrzanego. Ludzie z biura, w którym podłożyłem atrapę opisali krótko podejrzanego interesanta i już po chwili mundurowi skuli… mojego kolegę, bo też pasował do opisu, a przecież ja nie mógłbym być podejrzany stojąc przy Urzędowym Szefostwie. Był mocno zdziwiony, gdy wpierw poprosili go na stronę, przepytali, a potem skuli i władowali do radiowozu i na bombach pojechali w siną dal. Tuż przed tym, jak wynieśli atrapę w reklamówce i defilowali z nią przed całym tłumem gapiów.
No nic, tym razem mój terrorystyczny trud poszedł na marne, ale jak to mówimy اصبر تنل

czwartek, 8 czerwca 2017

Dzień dwieście czterdziesty dziewiąty- skończ waść...

Pokłóciłem się z Szefem. Nie po raz pierwszy, choć nie jest to jakoś strasznie częste wydarzenie. Nie jest też jakoś specjalnie przyjemne, a właściwie na tyle traumatyczne, że idealnie pasuje na psychoterapię.
-Proszę, powiedz jak się czujesz po kłótni z przełożonym?
-Jakbym pobił dziecko. Żaden wysiłek intelektualny. A nawet czuję trochę wyrzutów sumienia.
Ponieważ nasza ostatnia potyczka była po prostu idealnie stereotypowa, to czemu by nie polecieć z tematem?
Zaczęło się od tego, że ogarnąłem temat siedem kartek tabelki w excelu. Żaden wyczyn szczególnie, że była gotowa. Nie rozumiem tylko, dlaczego ktoś przygotował tabelkę do sprawdzenia stanów na podstawie wydanych parę lat temu normatywów, która nijak nie pokrywa się z normatywami. Ale do tego stanu niezrozumienia przywykłem, więc go po prostu olałem. Rzuciłem ją Szefowi na biurko i wyszedłem po leki. Czyt. Tigera, nie wiem czemu pomaga mi na alergię. Po powrocie już od drzwi słyszę:
-Chodź tu do mnie.
No nic, idę.
-Zobacz, tu masz wszystko spierdolone.
I pokazuje na kolumnę pokreślona od góry do dołu przez wszystkie siedem kartek. Kolumnę, w której wstawiona była gotowa formuła.
-Nie mam. To jest podliczone z gotowego wzoru, nie będę im mieszał jak tak chcą.
-No ale to jest źle.
-Ale oni sami tak chcą i nie będę im zmieniał.
-Ale to trzeba poprawić.
-Nie trzeba. To jest GOTOWA formuła, którą przysłali. Nie zmienię jej.
Bum. To moment, w którym dotarło do niego, że zrobiłem dobrze. Przy okazji uściślijmy co było błędem wg niego, żeby nie było, że specjalnie podrzuciłem mu coś głupiego. Wszystko rozchodziło się o to, że w niektórych pozycjach było ponad 100% wymaganego stanu. Szef twierdzi, że nie może być więcej niż 100%. Jak mam 20 sztuk, a ma być 5, to jest 100%, a nie 400%. Więc idziemy dalej, bo oczywiście nie mógł po prostu powiedzieć “ok, rozumiem”.
-Czemu się rzucasz?
-JA się rzucam?!
-I czemu krzyczysz, czy ja podnoszę na ciebie głos?
-Zazwyczaj tak.
-Ja krzyczę?
-Krzyczy? -pytam stażysty i wskazuję na niego ręką z drugiego biura, żeby wiedział kogo pytam.
-Tak. Mówiłem już to parę razy, że dyrektor podnosi głos co chwilę. -opuszczam rękę i wsadzam w kieszeń, jakoś nigdy nie wiem co robić z łapami jak się z kimś kłócę.
-Coś się źle dziś czujesz? -to już znów Szef do mnie.
-Tak, bo zastanawiam się, ile razy muszę powtórzyć to samo, żeby wreszcie dotarło.
-I trzymam rękę w kieszeni jak z tobą rozmawiam?
Trzymam ją, żeby nie przypieprzyć w ten głupi ryj, już chciałem powiedzieć.
-Oooo… To teraz zaczynamy przypierdalać się do wszystkiego, tak? Co kolejne? Stoję zgarbiony? Mam rozpięty guzik?
Zapadła dłuższa cisza. Nie wyjąłem ręki z kieszeni, nie wyprostowałem się i nie zapiąłem guzika. Prawie trzydzieści stopni w biurze mamy.
-Czyli to excel liczy automatycznie?
-Tak. Dokładnie to od dłuższego czasu powtarzam.
-Yhym. No dobrze. To wydrukuj to jeszcze raz i im wyślij.

Za każdym razem to samo. Wielokrotne powtarzanie, aż zrozumie, że się myli, faza wicia się jak węgorz, żeby tylko spróbować się do czegoś doczepić i odwrócić uwagę od fazy pierwszej, krępująca cisza i przyznanie racji. Pięć lat, a ciągle nie nauczył się, że ja nigdy nie upieram się, gdy nie jestem czegoś pewien...


czwartek, 1 czerwca 2017

Dzień dwieście czterdziesty ósmy- w którym przestałem być sekretarką.

Nie, nie wyrwałem się z mojego piekiełka i nie, nie musicie składać gratulacji. O tym wszystkim i o tym, komu gratulować możecie będzie za chwilę, ale wpierw parę słów wstępu.
Dlaczego w ogóle awansowałem, a jak wiecie (a jak nie to się właśnie dowiadujecie) w urzędzie wiąże się to z całą procedurą konkursową i wszelkimi upierdliwościami, których musiałem dodatkowo dopełnić wliczając w to napisanie listu motywacyjnego do pracy, której nie lubię (nie wyobrażacie sobie, jakie to ciężkie). Otóż lubię pieniążki, jak każdy. Może poza brzydkimi komunistami, ale jestem pro kapitalistyczny (w ludzkim, a nie tym zwierzęcym, polskim wydaniu, gdzie szef stara się wychujać pracownika, pracownik szefa, ich obu stara się klient, a ich wszystkich państwo i oni wszyscy państwo z wzajemnością). Więc lubię napływ gotóweczki, im większy tym lepszy, a lepszy kit w garści, niż słowik na dachu. Tak się złożyło, że mój Urząd ostatnimi laty prowadził nadprodukcję sekretarek, każda z zakresem obowiązków czasem inspektorów, czasem specjalistów… Ta patola wreszcie się kończy i w związku z tym albo konkurs albo impreza pożegnalna.
Niestety w przeciwieństwie do tego co śpiewa Dire Straits nie mam money for nothin’ and chicks for free… Ok, z tym pierwszym możemy polemizować biorąc pod uwagę, że siedzę w urzędzie, ale siedzieć muszę więc wybrałem konkurs. Oczywiście nie muszę dodawać, że wygrałem. I to całkiem legalnie, kandydatur było więcej ale nikt nie dopełnił wymogów formalnych. Byli tacy, którzy nie dołączyli np. wspominanego wcześniej listu motywacyjnego. Serio? Mając wyszczególnione w ogłoszeniu? Nawet rozmowę kwalifikacyjną przeszedłem całkiem legalnie. Ale to akurat niechcący, bo ze wszystkich pytań, które mi zadano zakres jednego poznałem wcześniej. Właściwie poznałbym, bo osoba je zadająca “w tajemnicy” przekazała Szefowi, a ten debil pomylił pojęcia przekazując mi, więc nie odpowiedziałem na to pytanie. Teraz jest mi głupio jak cholera bo wyszło jakbym miał tak wywalone na to i był tak pewny siebie, że nawet do pytań, które znałem nie chciało mi się przygotować…
Nie znałem też pytania Dziada, bo go olśniło na miejscu, gdy poprosił go o to przewodniczący komisji, że będzie musiał zadać mi pytanie. I wybrał pierwsze lepsze, ze swojego zakresu pracy, którego nigdy nie robię, nie miałem w obowiązkach i miał nie będę. Szczęśliwie akurat to trochę wiedziałem, trochę trafiłem. Jak więc widzicie procedura mojego konkursu przebiegła całkiem uczciwie nawet pomimo starań, żeby mi w niej dopomóc. Nie narzekam, ale szkoda mi zmarnowanego czasu na naukę tego, co mi potrzebne nie było. Przede mną jeszcze służba przygotowawcza i egzamin, ale tu jestem umiarkowanym optymistą głównie dlatego, że Szef nie będzie mi podrzucał złych tematów.

A co do gratulacji, to możecie je składać koleżance z piętra nade mną, która właśnie teraz ma konkurs na stanowisko. Po piętnastu latach pracy na stanowisku sekretarki ze zdecydowanie większym zakresem obowiązków...

czwartek, 18 maja 2017

Dzień dwieście czterdziesty siódmy- ru-ru-rurkowce.

Wiecie co mnie wkurwia? Wszystko. No może przesadzam, ale nie mam jakiejś dużej cierpliwości do ludzi. Może jestem trochę zbyt inteligentny i wszystko wydaje mi się oczywiste, a do tego dziwi mnie, że dla innych oczywiste to nie jest. A może jest na odwrót.
Jedno co mnie wkurza to brak konsekwencji. I to, wydaje mi się, wynika z tego, że ludzie są po prostu głupi. Jako ogół, taka bezrozumna masa. Biologiczny śmieć, jak moja transhumanistyczna dusza mi podpowiada. I wyjątkowo w związku z tym nie weźmiemy na warsztat Szefa, żeby nie iść na łatwiznę. Weźmiemy Dziada.
Ten oczywiście jest też egzemplarzem, który ciężko pracuje na to, żeby moja opinia o ludziach była jaka jest. Choć nie jest aż takim obrazem upadku i degeneracji jak Szef. Jednak niekonsekwentny przez własną głupotę, rozumianą jako niezrozumienie świata, jest cały czas. Weźmy takie pieniądze, jego ulubiony temat do narzekania głównie na brak. Jak wiecie, a Dziad nie wie, ja wiem ile on zarabia i ile zarabia jego żona (przypomnienie- dużo jak na polskie warunki, ostatnio oboje dostali podwyżki). No ale bieda, ciężko się żyje za dwie średnie pensje (przypomnienie drugie- średnia pensja w Polsce to ponad 4k), panie premierze jak żyć? Szczególnie, że złodzieje zabierają ⅓-¼ pensji miesięcznie. Wszyscy wiemy, że podawanie pensji brutto jest jak podawanie długości penisa z kręgosłupem. Bardzo korwinistyczne poglądy ma więc Dziad, nie? Państwo złodzieje niech się ode mnie odstosunkują, lepiej wiem na co wydać moje pieniądze i bez podatków będę żył w krainie mlekiem i miodem płynącej (PS-nie ma dowodów, żeby Hitler wiedział o holocauście).
Nie. Bo Dziad z jednej strony płacze, że mu się zabiera pensję na podatki, a z drugiej wiesza psy na (ex) rządzie, że mu wiek emerytalny wydłużył. Że drogi dziurawe. Że służba zdrowia słaba. Że emerytury niskie (o emeryturach dużo, bo niedługo idzie). Że świadczenia socjalne małe. Że najniższa płaca za niska. Że koszty pracy za wysokie.
I dokładnie to samo tyczy się wszelkich naszych rozmów dotyczących “prywaciarzy” (pozdrawiam lud pracujący). Z jednej strony są biedni i uciskani, bo koszty pracy wysokie (a w rzeczywistości, bo syn Dziada ma swój biznes i Dziada boli, że musi tyle podatku płacić), a z drugiej skoro zarabiają to mogliby płacić więcej, bo tak to on musi później na emeryturę przejść.
Ej, ale nie próbowałeś mu powiedzieć, że koszty pracy idą na emeryturę i albo jedno, albo drugie? Próbowałem, ale to nic nie daje. On po prostu nie rozumie związku przyczynowo-skutkowego. Tak jak nie rozumie jak działa system emerytalny.
-Niech mi pan powie, jak to jest, że ja 40 lat płacę emeryturę i nie mogę z tych pieniędzy skorzystać?
-Bo pan nie ma swojego konta. Pan płaci na system, który na bieżąco środki przejada na emerytów.
-No ale ja płacę, to gdzie są moje pieniądze.
-Mówię, że są przekazywane dzisiejszym emerytom, którzy wczoraj przekazywali swoje składki na emerytury wczorajszych emerytów.
-Ale to są moje pieniądze, to czemu ich nie dostanę?
-... nie wiem. To pozostanie na zawsze niewyjaśnioną zagadką lasu.

czwartek, 11 maja 2017

Dzień dwieście czterdziesty szósty- dzień dobry.

Czasem tak się zdarza, że muszę przerwać urlop. Na mniejszy lub dłuższy okres czasu, z własnej lub też nie własnej woli. Tym razem z przyjemnością w trakcie urlopu poszedłem w sobotę jako sędzia na zawody. Lubię sędziować na zawodach dla licealistów, czy jakby to określili wszyscy złośliwcy mnie znający- dla licealistek. A ja nie będę zaprzeczał. Ale chodzi też o inny powód. Te zawody to jeden z niewielu momentów, gdy czuję, że moja praca ma jakikolwiek sens, jakiekolwiek znaczenie w inaczej kompletnie tego pozbawionej pustce. Dlatego też mogę wstać wcześniej rano i poświęcić kilka godzin mojego weekendu.
Ale wstać wcześniej, nie znaczy za wcześnie, czego mój Szef nie rozumie i budzik zadzwonił pół godziny po jego telefonie. Wkurwiony już od samego rana, wyrwany przedwcześnie ze snu, pierwsze co słysząc to znienawidzone odgłosy wydawane przez Szefa, traktującego mnie jak idiotę, który mógłby zapomnieć o najważniejszym wydarzeniu w robocie w tym półroczu. Mimo, że dzień wcześniej, ciągle na urlopie, byłem w biurze po niezbędne mi materiały. No nie ważne, czysta koszula, czyste spodnie i południe spędzone na ocenie licealistów.
Dwa dni później oficjalnie skończyłem urlop. Dziewięć dni, z drobną przerwą, odpoczynku, wypoczynku, resetu skończyło się tym, że o 7.05 odechciało mi się żyć. Kiedyś czytałem taki ciekawy artykuł, żeby po powrocie do roboty po urlopie powoli wdrażać się w rytm pracy, żeby uniknąć depresji. Jak już się domyśliliście, bo mądrzy jesteście, moje powoli trwało właśnie te pięć minut, po którym Szef zaczął zarzucać mnie milionem pytań o wszystko. Zaczynając od tego, czy nie przyszły do nas jakieś maile, poprzez to, czy może jakieś nowe akty prawne się nie ukazały, kończąc na tym, co radca prawny poradził na nasze problemy. Na moje problemy w wydziale potrzebny były psychiatra, a nie radca prawny… W każdym bądź razie Szef szybko i skutecznie zniwelował kiełkującą we mnie chęć do życia.
A i tak najlepszy akt tej komedii miał się dopiero rozpocząć. Konkretnie w momencie, kiedy odebrałem pocztę do wydziału i zobaczyłem w niej dość dziwne pismo. Dziwne, bo proszące o pomoc w załatwieniu jednej sprawy, a doskonale wiem, że zakończyła się ona już dawno temu. Niekorzystnie dla proszącego zresztą. Patrzę na datę, kiedy ją napisał? Połowa grudnia. Coś musiało mu się popieprzyć. Patrzę na stempel datownika urzędowego- połowa grudnia. Co do chu… Ktoś przetrzymał mi pismo pięć miesięcy?! Czuję tu dobry moment, żeby się wyżyć i kogoś opierdolić. Od kogo by tu zacząć?
Biuro podawcze. Tu z różnych powodów kłócił się nie będę. Dziewczyny tylko wrzucają w skrzynki, się pomylą to trudno, ten kto dostał powinien wiedzieć, że się tym nie zajmuje i przekazać z powrotem, to by szukali i dotarło do mnie. No ale niech choć mi powiedzą, komu mam zrobić z dupy tramwaj- rozklekotany, zepsuty i podłączony do prądu. Niestety jest nowa laska, nie może mi sprawdzić co się działo w zeszłym roku, ale podsuwa pomysł, że jest druga rejestracja w sekretariacie Szefa wszystkich Szefów i może one dadzą radę zobaczyć.
No nic. Wchodzę do sekretariatu, z tymi to w ogóle muszę dobrze żyć, więc grzecznie czekam aż skończą zapisywać kolejną pozycję do zamówienia z Avonu i gdy wreszcie poświęcają mi swoją uwagę mówię, z czym przychodzę. Mówią, żeby pokazać im pismo, to kładę je na biurko.
-Mam nadzieję, że wiecie, kto je przetrzymał pięć miesięcy.
-Wiemy.
-Kto? -pytam w myślach powoli układając już sobie rozmowę z delikwentem.
-Szef wszystkich Szefów. Dziś nam to oddał, więc wrzuciliśmy ci do skrzynki.
-Dz-dzięki…
No, to by było na tyle z opierdalania. Aż drżę z podniecenia, co przyniesie mi kolejny piękny dzień w Urzędzie. Może dla odmiany coś miłego. Np. mógłbym sobie skręcić kostkę, dostać wypadek przy pracy i L4… Hm...

czwartek, 20 kwietnia 2017

Dzień dwieście czterdziesty piąty- taki to pożyje.

Dziś był ciężki dzień. Bardzo ciężki. Nie wiem co odbiło Szefowi, ale postanowił siedzieć u mnie w biurze. Niemal cały dzień, dosłownie z sześć godzin. Normalnie ja nie wytrzymuję pół godziny z nim, a jeśli otwiera japę to dziesięciu minut, a tutaj od samego ranka taka szpila wbita. Po godzinie chciałem otworzyć okno i wyskoczyć z czwartego piętra wprost na nowe BMW 7 sekretarza Urzędu. Muszę iść mu podziękować, bo właśnie to mnie powstrzymało, że nie jestem pewien czy moja rodzina nie musiałaby opłacić szpachlowania dachu i czyszczenia beżowej skóry z moich żałosnych resztek. A sekretarz ma ten zwyczaj, że może nie przyjeżdża do pracy rano, ale za to siedzi do samiutkiego końca, żeby jeszcze stanąć przy drzwiach z zegarkiem w ręku. Kto pojawi się tam podejrzanie szybko od razu zjeżdża do pit stopu na szybki opierdol. Więc skoczyć nie miałem kiedy.
Siłą rzeczy więc próbowałem ratować się jak mogę. Kawka za kawką, jeśli brak magnezu w organizmie mnie nie zabije, to przynajmniej często mogę chodzić do kibelka. Jakkolwiek by to nie brzmiało- jedyna rozrywka tego dnia. Dziad postanowił sam też przerwać trochę monolog Szefa o hodowli świń właśnie wyczytaną informacją o odkryciu dwóch mężczyzn w uścisku w Pompejach. Ciężko stwierdzić jakie stosunki ich łączyły, może bracia, może ojciec z synem, może przyjaciele…
-Pedały. -stwierdził Szef z całą pewnością swojego bogatego doświadczenia i wiedzy w tej materii. I od razu dodał tonem znawcy -Karol Wielki też był pedałem.
-Nie był. -postanowiłem się wreszcie odezwać szczególnie, że mogłem wbić jakąś szpilę i sobie trochę ulżyć.
-No ten co podbił Mezopotamię. -kontynuował Szef.
-Nie podbił. -nie rozczarowuję się nim, bo bardziej już się po prostu nie da.
-Hm… -podrapał się po swojej chłopskiej mordzie.
-Aleksander Wielki. -podpowiedziałem pod nosem.
-No, Aleksander Wielki był pedałem. -jego radość była niemożliwa do ukrycia.
-Nie był homoseksualistą, był biseksualistą. -dlatego postanowiłem ją trochę utrzeć.
-A co to znaczy? -spytał całkiem poważnie.
-No, że raz z dziewczyną, raz z chłopakiem…- włączył się do wyjaśnień Dziad.
-Hm…- wyraz twarzy Szefa był typowy dla tych momentów, kiedy to rzeczywistość swoim skomplikowaniem zdecydowanie przekracza jego zdolności pojmowania świata. Po czym wrócił w bezpieczne tematy hodowli trzody chlewnej. A ja wróciłem do cierpienia i sprawdzania, czy sekretarz nie ma nic do załatwienia poza Urzędem. Niepisana zasada u nas głosi, że personel z wyższych części drabiny hierarchii wszędzie porusza się samochodem. Architekt miejski nawet swoje projekty podporządkowuje temu, żeby móc je nadzorować nie wysiadając z samochodu. Jestem pewien, że sekretarz podjechałby samochodem po gazety do kiosku, który jest po przeciwnej stronie ulicy. I to nie szkodzi, że z biura ma dalej do samochodu niż do wspomnianego kiosku. Szczęśliwie będąc sekretarzem nie musi kupować gazet, bo ma od tego ludzi.
Wyjątkiem w tej układance jest oczywiście Szef. Ten mimo oficjalnego statusu dyrektora, nie zachowuje się jak jeden. Więc ujmuje honoru i powagi stanowiska poruszając się o własnych nogach zazwyczaj i to może lepiej dla ogółu. Po sześciu godzinach trucia dupy zniknął z Urzędu, bo udało mu się znaleźć jakikolwiek powód, dla którego nie musiał już siedzieć. Byłem szczęśliwy do momentu, kiedy zaczął do mnie wydzwaniać. Okazało się, że spotkał jakiegoś kolegę i postanowił dać mu w prezencie trochę wybrakowanego sprzętu z magazynu. Więc pilnie mam wziąć kluczę i zejść na dół, za pięć minut podjedzie pod Urząd.
Mija kwadrans, a go ciągle nie ma. Już zaczynałem się zastanawiać, czy może nie wrócić do biura zamiast stać na deszczu, ale wtedy też podjechał swoim rydwanem. Widziałem różnych kierowców- lepszych i gorszych. Sam nienawidzę ruszać pod górkę, to główny powód dla którego chciałbym mieć automatyczną skrzynię. Ale takiego, któremu wóz szarpie na prostej, pustej drodze to od czasu nauki jazdy nie spotkałem, a jeśli dodam do tego, że ma trzydzieści lat doświadczenia za kółkiem, to już w ogóle ciężko mi to pojąć. Od razu przestałem się dziwić, dlaczego jadąc do miasta wojewódzkiego zostawia samochód na parkingu gdzieś na obrzeżach i dalej porusza się komunikacją miejską…
Ale cóż, wolę już tak, niż drałować piechotą szczególnie, że deszcz leje, a w perspektywie mam podwózkę do domu. Przynajmniej będę szybko i gdy tak myślę o miłych rzeczach widzę, że skręca szybę i drze mordę do jakiegoś alkoholika na pasach. Nie, serio- spojrzelibyście to przysięgam, typowo stereotypowy alkoholik, tylko nie taki typu bezdomnego menela. Jak się okazuje, jego kolega. Może kiedyś o tym napiszę, ale Szef ma tylko takich kolegów. A ten dalej krzyczy i zjeżdża na ścieżkę rowerową, bo akurat teraz musi załatwić z nim kwestię zlecenia przekopania ogródka. No już myślałem, że może ja pójdę jednak dalej piechotą, ale intensyfikacja opadów mnie przed tym powstrzymała. No trudno, czekam. Wreszcie gdy ugadał sprawę i jedziemy dalej zagaił:
-Ten to ma życie, nie?
-Nooo… -wydałem z siebie odgłos sugerujący odrobinę współczucia.
-Nie pracuje, cały dzień wolny, tylko spotkania AA i dorobić na lewo ile chce, jedzonko z jadłodajni Caritasu, ciuszki ekstra też, żyć nie umierać!

czwartek, 6 kwietnia 2017

Dzień dwieście czterdziesty czwarty- więzienie to stan umysłu.


Pies mojej mamy jest dziwny. Pod wieloma względami, ale między innymi dlatego, że sra w ruchu. Widocznie gdzieś się zawsze bardzo spieszy. Minusów tego rozwiązania jest przynajmniej tyle co plusów. Jednym z nich jest to, że raz osrał sobie piętę, a ja do dziś mu to wypominam, choć nie wygląda jakby się przejmował czy brał to do siebie. Drugi jest taki, że ciężej wszystko pozbierać, bo zamiast jednej (nomen omen) kupki mamy dłuższą linię. A, że po psie się sprząta to sprawa oczywista. Czyż nie? No okazuje się, że nie dla wszystkich i dobrze zgadujecie, że pod tym pojęciem kryje się Szef.
-Ja tam nie sprzątam po swoim psie, bo robi u siebie.
-Gdzie u siebie?- dopytuje Dziad.
-Na osiedlu. To w końcu spółdzielnia, a więc własność nas wszystkich, więc też moja.
Czyż to nie oczywiste? Jak jest nasze, to wiadomo, że można nasrać na środku i wszystko jest ok. Od razu mi się przypomina jedna rasa kosmitów z jedynego polskiego serialu, który warto obejrzeć (tak, piszę o Kapitanie Bombie).
Przecież wiadomo, że nasze znaczy nas wszystkich i jak lubimy nasrać sobie w salonie, tak też lubimy na chodniku. Druga popularna w Polsce definicja słowa wspólne to “niczyje”. Czyj jest śmietnik na ulicy? Wszystkich, czyli nikogo, no to można wywalić, spalić, cokolwiek. W końcu niczyje, więc nikt na tym nie straci. I okazuje się, że Szef wyznaje obie definicje słowa wspólne.
-No bo jak to ktoś nigdy nie ukradł? Każdy kradnie. Ja jak mam okazję to też coś tam zabiorę. Leżą sobie jakieś paliki no to co?
No nie wiem. Nie wiem też jak Wy, ale ja się bez bicia przyznaję, że coś w życiu ukradłem i do dziś męczą mnie wyrzuty sumienia. W czwartej klasie szkoły podstawowej zapomniałem zapłacić za zdjęcie siedemdziesiąt groszy. Źle się z tym czuję, ale mimo, że wiem gdzie mieszka nauczycielka, której jestem dłużny, to przyjście tam po dobrych piętnastu latach mogłoby być jeszcze bardziej obciachowe.
Gdy o obciachu myślę to od razu przypomina mi się potomek Szefa. Idąc w ślady starego zapuszcza dziewiczy wąs pod nosem. Nie wiem jak to teraz się w gimnazjum załatwia, ale za moich czasów to się delikwenta goliło na sucho żyletą. Tak wiem, chodziłem do patologicznej szkoły- jedna z najgorszych pod względem sprawowania. I plot twist- jedna z najlepszych pod względem nauki. Paradoks. Koleś, który wrzucił na religii do metalowego kosza na śmieci petardę doprowadzając katechetę do stanu przedzawałowego miał średnią 5,3. I nauczyciele błagali go o udział w konkursach. W szkole miałem też gościa, którego średnia w trzeciej klasie gimbazy wynosiła 6,0.
Ale trochę odszedłem od tematu. Trochę- bo potomek Szefa, noszący (co widać z daleka) te same geny, chodzi do tej samej szkoły, co chodziłem ja. A jak wszyscy wiecie ostatnio miłościwie nam panujący stwierdzili, że ludzie za długo żyli w spokoju i pora ponownie wywrócić system oświaty do góry nogami. A jak tak, to co? Strajk nauczycieli. U nas akurat obeszło się bez drastycznych scen, większość jednak pracowała, a za strajkujących było zastępstwo i zajęcia odbywały się normalnie. W większości, tam gdzie się nie dało gówniaki miały bonusową godzinę wychowawczą. Podawali tą informację w regionalnym radiu. Powołując się na konferencję prasową lokalnego burmistrza. Na której wystąpił dyrektor wydziału edukacji. Ale zstępny mojego Szefa powiedział mu, że zajęcia odwołane. Komu uwierzył mój przełożony? Radiu i samorządowcom, czy synowi?
-Mój syn nie kłamie.
W związku z czym miał bonusowy dzień weekendu. Coś mi się wydaje, że ktoś tu popełnia dość poważne błędy wychowawcze. Mówi się “nie ucz ojca dzieci robić”, ale mimo braku własnych chyba mógłbym szepnąć parę dobrych rad. Mógłbym, gdybym nie miał na to tak bardzo wylane.

czwartek, 30 marca 2017

N11- dom wariatów.

Zasługuję na order. Przynajmniej z ziemniaka, ale zawsze. Za to, że jeszcze nikogo nie zabiłem, a obracając się w obszarach zdominowanych przez kretynów jest to wyjątkowo trudne, żeby się powstrzymać. To, że w robocie mam ćwierć mózgów to wiecie nie od dziś i nie od wczoraj. To czego nie wiecie, to z jakimi ludźmi muszę dzielić przestrzeń życiową po wyjściu z Urzędu. A uwierzcie mi, sąsiadów mam prosto z wariatkowa. Ot, urok mieszkania w centrum miasta, gdzie kamienice uległy degradacji i zasiedleniu przez przynajmniej podejrzany element społeczny i dopiero od niedawna następuje ponowne, mozolne odzyskiwanie prestiżu sfery centrum (wasze ulice, nasze kamienice, aj waj).
Możecie powiedzieć, że jestem zbyt brutalny w osądzie, że dziś trochę za łatwo rzucamy na prawo i lewo “patologią”, ale jeśli tak uważacie, to za parę minut zmienicie zdanie. A sam aż nie wiem od czego lub kogo zacząć. Więc tak trochę bez ładu i składu parę historyjek z życia mnie i mojej kamienicy.
Lato, dość ciepły dzień, wracam zmęczony ośmioma godzinami bezczynności. Otwieram drzwi na klatkę schodową i uderza w moje nozdrza tradycyjna mieszanka smrodów wszelakich. Niestety, piwnica wali strasznie i dlaczego tak się dzieje wyjaśnię dziś dwa razy. Człapię po schodach na swoje pięterko i ledwo zdążyłem włożyć klucz do zamka, a słyszę jak drzwi nade mną się otwierają i świńskim truchtem zbiega sąsiad. As nad asy, wystarczy jedno spojrzenie w jego oczy żeby dostrzec dalece zaawansowane szaleństwo. Zresztą nie trzeba patrzeć w oczy, wystarczy przejść się w pobliżu drzwi do kamienicy, gdzie lubi wystawać topless nawet zimą. Nie dziewczyny, nie nakręcajcie się chyba, że lubicie bojlery w sile wieku. Tym razem nie był nawet topless, zbiegał w samych slipach i już od półpiętra mnie wywołuje. “No i chuj, no i cześć” cytując klasyka. Podbiega zziajany i spocony, nazwijmy go na nasze potrzeby Andrzej.
-Co jest panie Andrzeju?
-Panie kochany, czujesz pan?
-Co mam czuć?
-Smród.
-No codziennie czuję.
-Ale smród sików.
No jakby się tak zastanowić, to faktycznie w tej mieszance czuć trochę charakterystycznego amoniaku.
-No może czuję. I co w związku?
-Panie, to ta kurwa, alkoholiczka Zosia, szcza w piwnicy bo się jej do mieszkania iść nie chce!
Zosia, imię oczywiście zmienione, to sąsiadka mieszkająca jeszcze nad Andrzejem. Faktycznie jest alkoholiczką, zawsze woniąca wódą, podobno była kurwą, a jak się okazało faktycznie sika w piwnicy, bo nie chciało się jej chodzić do mieszkania. Wyszło w czasie konfrontacji z nią i właścicielem kamienicy. Uprzedzając- nie, w piwnicy nie ma toalety.
I temat smrodu z piwnicy pociągnijmy dalej. Na parterze jak to zwykle bywa lokal usługowy, w tym wypadku kawiarenka. Koleś, który ją otworzył robił remont. Zabawny człowiek, zawsze gdy się widzimy płacze mi jak słabo idzie. Ostatnio zacząłem już mu dawać chusteczki, bo trochę boję się, czy łzy nie poplamią skóry w jego nowym Porsche i sugerowałem, żeby może podjeżdżał tu dalej swoim mercem AMG, ma go już rok więc nie będzie żal jak się pobrudzi. Więc ogółem wie co robi z biznesem i w czasie remontu mocno zaczął mu przeszkadzać ten smród z piwnicy. Jako człowiek przedsiębiorczy wziął sprawy w swoje ręce i zapuścił się w te mroczne kazamty. Chwilę później widząc mnie wracającego z mojego gułagu macha, woła z daleka i biegnie do mnie, a echo uderzających w pięty japonek niesie się połową deptaku.
-Chcesz chusteczki?
-Nie, nie, nie dziś. Dzwoń do właściciela.
-Co się stało?
-Dzwoń, niech szybko przyjeżdża, zaraz sam zobaczysz.
Dziesięć minut później stoimy w trójkę w śmierdzącej, ciemnawej piwnicy i biznesmen tłumaczy.
-Ja tutaj przyszedłem, bo mi coś śmierdziało i chciałem sprawdzić co to. No i tak najmocniej śmierdziało i coś hałasowało z tej tu piwnicy. I ja przepraszam, ja wiem, że się włamałem do kogoś, no ale musiałem sprawdzić to chłopakom od ścian kazałem drzwi z zawiasów wyjąć… No a tam… No sami spójrzcie.
Zaglądamy do piwnicy, której drzwi zamiast na zawiasach trzymają się na zamkniętej kłódce. Smród z niej wydobywa się nieprzeciętny, przy drzwiach jest szeroka deska, a podłoga wyścielona skoszoną trawą czy innym sianem po którym skaczą… króliki. Andrzej hodował w ciemnej, pozbawionej okien piwnicy w centrum miasta króliki… Hodował, bo dostał prikaz, że albo one znikną w trybie natychmiastowym albo on.
Teraz ma kota. Choć w sumie nie wiem, może on, może Zosia, może córka Zosi. Któreś z nich ma tego małego, futrzastego skurwiela. Przysięgam, on (lub ona, nie potrafię rozróżnić płci kota) będzie pierwszą ofiarą mojego szału. Ostatnimi czasy drze mordę non stop, nawet w środku nocy. Co jest cholernie denerwujące dlatego pewnie jego kochana właścicielka (podejrzewam jednak familię Zosi) wywala go z mieszkania na klatkę schodową. Pewnie po to, żeby każdy w całym pionie mógł cierpieć w równym stopniu. Co gorsze, jest w zdecydowanej większości czarny, a klatka schodowa dość… hm… kompaktowa. Ile razy już osiągałem stan przedzawałowy wracając po zmroku na chatę nie jestem w stanie zliczyć, bo ten gnój wywalony przez kochającą właścicielkę siedział gdzieś na schodach przy drzwiach i zrywał się do biegu gdy zapalałem światło… Pomysły mam dwa- albo zostawię raz otwarte drzwi, żeby spokojnie sobie zwiał i przy odrobinie szczęścia nigdy już tu nie wrócił, albo podrzucicie mi dobry pomysł jak go ugotować. Na razie wiem tylko, żeby opalić sierść nad ogniem.

czwartek, 23 marca 2017

Dzień dwieście czterdziesty trzeci- ploteczki.

Strach, szok, niedowierzanie. Szef wreszcie wybrał opony do zakupu, jestem cholernie ciekaw, co teraz będzie w pracy robił. Bo w to, że pracował to raczej nie wierzę.
Jak wiecie byłem na tym szajsowatym szkoleniu, niewiele z niego wyniosłem poza paroma długopisami. Głównie dlatego, że reszty za dobrze pilnowali. Ale największą wartością dodaną była możliwość usłyszenia paru ciekawych plotek. Jestem jedną z tych osób, którym można powiedzieć wszystko i nie martwić się, że zacznie to żyć swoim życiem. Czyli idealne przeciwieństwo Szefa, o którym też były ploteczki, ale nic nowego co by mogło Was interesować. Jest jedna, która interesowała mnie, ale niestety informator był niezwykle powściągliwy i mimo ciągnięcia za język i podsuwania pod nos szkoleniowych ciasteczek nie chciał puścić pary z ust. A ja to szanuję, więc na siłę z niego nic nie wyciągałem.
Ale dowiedziałem się czegoś nowego o Dziadzie. Tzn- przeciętnie nowego, właściwie starego ale w nowym kontekście. Okazuje się, że Dziad cieszył się dobrymi notowaniami w innych urzędach. Rzecz dla mnie nie do pomyślenia, ale okazuje się, że całkiem logiczna. A wszystko zawdzięcza… Szefowi. Nie, nie, nie zrobił on niczego z dobrego serca, po prostu był sobą. Wszyscy wiedząc jaki jest litowali się nad Dziadem- bo on już tyle lat musi to znosić, nie można mu dokładać, wiadomo, że nie robi wszystkiego dobrze- a właściwie dobrze robi niewiele rzeczy, no ale trzeba mu troszkę pomóc. Zupełnie niechcący Szef sprawił, że Dziad miał bonusy do kontaktów z innymi.
A jeśli jesteście uważnymi czytelnikami to zauważyliście, że piszę to w czasie przeszłym. Miał, bo już nie ma. Ba, powiem więcej- teraz ma krechę, minus tak wielki, że niektórzy sugerują, że może być nawet większy niż Szefa, no a przynajmniej równy. I to, co trochę zabawne, również dzięki byciu sobą, o czym ja już wiem i z czym żyję od lat.
Była impreza urodzinowa. Jeden z naszych wspólnych znajomych świętował okrągłe urodziny. Wszyscy postanowiliśmy więc, że nie można być złamasem i powinniśmy otworzyć sakiewki i sypnąć grosiwem. Grosz do grosza… no wszyscy znamy wiele powiedzeń. Problem był tylko taki, że za bardzo nie miał kto wyskoczyć po prezent dla niego. Jaki może być dobry prezent dla wieloletniego urzędnika? Wazelina? Łapówka? My pomyśleliśmy, że całkiem dobrze sprawdzi się pióro lub długopis. Taki wiadomo, przeciętnej jakości Parker (jakbyście chcieli mi zrobić niespodziankę, to ja marzę o czymś takim- klik), akurat nas, niezbyt majętnych urzędników stać. Sprawa była już, jak to mówi mój znajomy, obruchana. Wystarczyło, żeby Dziad wziął pieniądze i poszedł do wyznaczonego sklepu, w którym sprzedaje kolega naszego kolegi dokładającego się do przedsięwzięcia, który miał już odłożony odpowiedni przyrząd do pisania. I poszedł.
Ale na miejscu okazało się, że Dziad jest Dziadem. Koleś wyłożył mu długopis, podał cenę, nabił na kasę. Cena jak za zwykłego Parkera, nic ekskluzywnego. A Dziad chce to mieć jeszcze zapakowane i w torebce. Nie oszukujmy się, papier, sznurek i torebka kosztują jakieś 20% ceny tego pióra, więc sprzedawca mówi spoko- tam jest dział z pakowaniem, proszę iść i sobie wybrać, kupić i zapakować.
I tu Dziada strzeliła cholera. Urządził kolesiowi potężną awanturę, że co on sobie w ogóle wyobraża, że on kupuje tak drogi długopis (pióro kulkowe) i nie dostanie darmowego papieru? Torebki? Co to za zwyczaje? Co to za dzicz? Afera była tak wielka, że facet w końcu sam, ze swoich pieniędzy zasponsorował nam pakowanie, żeby tylko pozbyć się Dziada ze sklepu.

Od tego momentu nie ma on co szukać w którymkolwiek z urzędów w promieniu 30 km.

czwartek, 16 marca 2017

Dzień dwieście czterdziesty drugi- wezwijcie karetkę.

W życiu jak w seksie. Albo macie zaufanie, albo musicie uważać żeby nie wylądować z palcem w dupie. A mając w pamięci przysłowie “daj palec, wezmą całą rękę” to cieszyć się wypada, że tylko palcem. Nie inaczej jest u mnie w robocie, a ponieważ Szefa nie darzę jakimkolwiek zaufaniem to staram się mieć oczy dookoła głowy i ciągle ściśnięte pośladki. Niestety czasem opuszczam gardę…
Jeśli wydawało Wam się, że telefony o których pisałem w zeszłym tygodniu na tym się zakończyły, to jesteście w błędzie. Pierwsze co zrobiłem po przyjściu do biura to oczywiście chwyciłem dokumenty od obowiązkowego szkolenia, na które mam jechać, a które okazuje się obowiązkowym nie być. Zgłosił mnie dość późno i nie dostaliśmy potwierdzenia, więc dzwoniłem jeszcze z nadzieją, że skoro liczba miejsc jest ograniczona, a także obowiązuje kolejność zgłoszeń, to mnie nie przyjmą. Przyjmą. Mimo zamknięcia przyjmowania zgłoszeń i tak przyjmują bo mają pełno wolnych miejsc. No w końcu jakim trzeba być debilem, żeby zapisać się na opcjonalne szkolenie trwające osiem godzin w piątek z dojazdem w jedną stronę dwieście kilometrów?
No i teraz jeszcze muszę tą trasę obskoczyć. Mógłbym samochodem. Mógłbym, ale mogę jedynie spojrzeć na smutne, puste miejsce parkingowe pod oknem.
Ano tak, heh… No cóż, witaj z powrotem mój odwieczny wrogu, PKP. Jakbym chciał zdążyć, to musiałbym rozpocząć podróż jakoś przed szóstą rano. A zakończyć? No cóż, to PKP, więc koniec zależy od łaskawości bogów… Postanowiłem jeszcze ratować się, że może ktoś z okolicy jedzie i by mnie zabrał ze sobą. Więc zaczynam dzwonić od najbliższych, geograficznie, sobie.
-Cześć, w piątek jest to szkolenie, jedzie ktoś od was?
-Ocipiałeś? Jakim trzeba być debilem, żeby…
Faktycznie, trzeba być. Jednak wreszcie znalazłem jednego takiego jak ja i wyjazd jakoś jest ustawiony. Nie to, żebym się nie cieszył na spieprzony piątek… Ale wytłumaczcie mi, jaki kretyn organizuje szkolenia w piątek? I do tego dzień św. Patryka. Z pewnością nikt poważny…
A gdy jesteśmy już o poważnych ludziach to niech będzie taka puenta na zakończenie dzisiejszej notki. Idę z koleżanką z innego biura, do kolegi z jeszcze innego biura. Sprawa powiedzmy, że dość ważna, tak oceniłbym jej ważność na kilkaset tyś, no może do miliona nowych polskich złotych. Rozmawiamy z nim, coś tam ustalamy, on w biurze siedzi z dwoma innymi osobami. Nie jest to coś, co nas zadowoliło, więc do tematu postanowiliśmy wrócić dnia następnego, przemyśleć, może trochę strategię zmienić. Dobrą dobę później znów do niego idziemy.
-Cześć, słuchaj odnośnie naszej wczorajszej rozmowy…
-My wczoraj nie rozmawialiśmy.
-Co? No przecież byliśmy tu wczoraj i mówiliśmy…
-Nie było was tu wczoraj.
-Darek, przecież doskonale wszyscy wiemy, że tu byliśmy w dokładnie tym samym składzie.
-Nie.

cojestgrane.swf