"Ludzie mówią, że powinienem być urzędnikiem. Piję dużo kawy i mam wszystko w dupie."
Zanim poszedłem do urzędu myślałem, i to całkiem poważnie, że to normalne miejsce pracy jak każde inne. Że rano pójdę do pracy i po 8 godzinach wrócę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Zmęczony, ale zadowolony- ze swojego dzieła, z wkładu w rozwój lokalnej społeczności no i z pensji. Moje wyobrażenie nie mogło być chyba bardziej mylne...
Oto zapiski z mojej pracy, spojrzenie “od wewnątrz” na pracę w jednym z polskich urzędów. Przy okazji zastrzegam sobie prawo do podkolorowania moich historii, ale o nie więcej niż 10%. ;)

środa, 19 lutego 2025

Epilog.

To jest już ostatnia, ostatnia notka na tym blogu. Trochę bardziej poważna, w której chce się odnieść do paru rzeczy, jakie wydają mi się warte komentarza „na poważne”.

Przede wszystkim- dlaczego poszedłem pracować do Urzędu. Z dwóch prostych powodów. Pierwszy to taki, że miałem wrażenie, że to będzie dobra praca (strasznie naiwny byłem). Drugi to taki, że już pod koniec moich studiów mój stan psychiczny podupadał i nie za bardzo miałem siły i pomysł szukać coś innego, gdy już to się trafiło.

A skoro zobaczyłem jak jest chujowo, to czemu dalej tam siedziałem? Dlatego, że mój stan ciągle się pogarszał i proces ten zdecydowanie przyspieszył przez atmosferę w Urzędzie. Zapadałem się w coraz głębszą czarna dziurę bez nadziei i sił, żeby coś z tym zrobić. Dopiero psycholog i psychiatra postawili mnie trochę do pionu, a stamtąd ciężką pracą poszedłem dalej. Dlatego jeśli widzicie niepokojące objawy u siebie lub bliskich nie czekajcie nie wiadomo na co. Idzie do specjalisty albo utknięcie w dupie tak jak ja.

A czy ktoś z Urzędu czytał mój blog? Nie wiem. Na fejsie nie polajkał fanpejdża nikt z Urzędu. Czy czytał tylko online? Nigdy się nie przyznał. Ja mocno zmieniałem opisy postaci, jeśli nie wpływało to na historię. Żadne imię się nie zgadza, często też wiek i płeć. Ale jeśli ktoś zna te historie z życia lub jest ich bohaterem to raczej bez problemu pozna.

A czy dużo zmyślałem poza tym? Nie. Bardzo mało. Zasadniczo jakieś nieistotne szczegóły w stylu, które piętro, jaka pogoda, pora roku, etc. Meritum opowieści prawie zawsze było prawdziwe.

Praca w Urzędzie faktycznie była dla mnie taka zła? Tak. Mijają 3 lata od kiedy nie pracuje w Urzędzie i ciągle mam objawy przypominające PTSD. Śnią mi się koszmary, że ciągle pracuje w Urzędzie. Wzdrygam się od nagłych myśli, że muszę wrócić do pracy gdy przechodzę koło jego budynku. Nie widzę żadnych pozytywów pracy tam i mam gigantyczne poczucie winy i niechęć do siebie za to, że tam pracowałem. Wisienką na torcie niech będzie sytuacja z nowej pracy. Po pewnym czasie project manager zapytał mnie o status jednego z moich zadań. Po przeczytaniu relacji odpowiedział „dzięki, dobra robota”. Ja wiem i wiedziałem wtedy, że to absolutnie odruchowa odpowiedź bez żadnej głębi. Ale i tak zakręciła mi się łza w oku, bo przez dekadę pracy w Urzędzie nigdy nie usłyszałem nawet czegoś takiego.

Blog miał być pewnym wentylem bezpieczeństwa, czemu więc przestałem w pewnym momencie pisać? Z prostego powodu - nawet pisanie o Urzędzie było dla mnie niesamowitą męczarnią. 8h dziennie w tym kurwidołku i jeszcze potem usiąść i przeżywać to ponownie to było za dużo na moje nerwy. A dodatkowo przestało mnie bawić. Tam się w kółko powtarzały te same schematy i tylko okazjonalnie gówno wpadało w wentylator.

Jak wygląda moja nowa praca? Bardzo dobrze, porównując do Urzędu. Pracuje w dziale IT jednej z dużych polskich korpo. Zespół jest świetny, szefostwo ogarnięte. Socjalnie poziom nieosiągalny w Urzędzie, finansowo w dwa lata przeskoczyłem dyrektorów w mojej byłej robocie. Komfort i spokój, możliwości rozwoju. Ale nie mam owocowych czwartków ani nawet pizza friday.

Nie napisałeś jak zareagował Szef na twoje odejście. Bo… nie zareagował. Sam jestem tym zaskoczony, byłem przygotowany tak jak Wam pisałem na gównoburzę. Tymczasem tylko zapytał do kiedy jestem i to wszystko.

A kto przyszedł na Twoje miejsce? Walka była krótka, ale podobna jak przy odejściu Dziada, o czym pisałem dawno temu. Dopchał się jeden z chłopaków, co już od dłuższego czasu w Urzędzie robił. Przyszedł szkolić się dosłownie na ostatni dzień jak byłem w pracy, ale zostawiłem mu swój numer. Od tego czasu dzwonił 3 razy, ale na kawie w Urzędzie spotkaliśmy się częściej. Po miesiącu znienawidził Szefa i kłóci się z nim parę razy w tygodniu.

Dalej przychodzisz do Urzędu na kawę?! Tak. Odwiedzam starych znajomych bardzo okazjonalnie, trochę trzymam rękę na pulsie. Wszystko po staremu - syf, kiła i mogiła. W swoim starym biurze byłem tylko raz na jakieś 10 minut, bo był tylko Szef i nie miałem chęci z nim rozmawiać. Szef dalej jest Szefem, Nowy Nowy Dziad na stanowisku.

I co dalej z tym wszystkim? Hm i to jest ciężkie pytanie. Blog będzie tu dalej wisiał, jak będziecie mieli chęć zajrzeć to śmiało.
Artykuły też mam jakieś na Dobrych Programach, Ciekawostkach Historycznych i Joe Monster (tego ostatniego trochę się wstydzę, siedlisko boomerów), ale podpisuję się praktycznie jako ja, więc nie pochwalę się.
Jak kiedyś w komentarzach tu pisałem prowadziłem bloga jeszcze jednego, ale jest bardziej zaniedbany i szybciej porzucony niż ten. Aktualnie piszę mikroblog na Mastodonie z ciekawostkami pokazującymi, że już żyjemy w rzeczywistości, którą można nazwać cyberpunkiem. Ale robię to tylko przy okazji zbierając materiały, bo chciałbym się z artykułem wbić na Shell Zine.
Pomysły na inne blogi mam i miałem. Ba, skończyłem 30 lat więc nawet o podkaście myślałem. Ale na to trzeba czasu i systematyczności, a na to na razie nie mam szans w życiu.

Jest jeszcze tamat książki. Cały czas mam to w głowie, nawet co jakiś czas wracam do niego. Roboczy tytuł to "100 dni w piekle" i jak sam wskazuje, chciałbym żeby to był pamiętnik zawierający 100 notatek po średnio 2-3 strony. Pierwsze 3 są już napisane, jak dojdę do 10 to pewnie paru osobom wyślę jako draft i po cyklu poprawek może spróbuję zainteresować jakieś wydawnictwo. Ale to dłuższa perspektywa czasowa. Jeśli się kiedyś uda to nie omieszkam napisać.

A tymczasem... Dzięki za te parę wspólnych lat. Było miło. I może do przeczytania?

niedziela, 2 lutego 2025

Dzień trzysta czwarty - final countdown 3/3

Ale i na tym się nie skończyło. Domyśliłem się tego jeszcze na urlopie, gdy jednego dnia zobaczyłem jak na telefonie wyskoczyło mi powiadomienie, że dzwoni Urząd. Nikt znajomy z Urzędu nie dzwoni do mnie ze stacjonarnego. Wiedziałem kto to był- Harpie. Nie wiedziałem tylko czego chcą, ale w sumie miałem już na to mocno wywalone. Kończyłem pisać ważne ogłoszenie.

Ale już wiedziałem wracając po urlopie, że będzie ciąg dalszy. Tylko nie wiedziałem jaki, więc z zaciekawieniem poszedłem do pracy. Chyba pierwszy raz od wielu lat. I faktycznie, z samego rana telefon, że mam się stawić u Harpii. Tradycyjnie już bez powitania.
-Podpisz to.

Spojrzałem na pismo. Przeniesienie do ogrodnika na kolejne 3 miesiące. Tak, miesiące. Data pisma z mojego urlopu, a więc to chciały. Sekretarz tak mocno zbóldupił, że postanowił jeszcze mi dojebać. Ale nie ze mną te numery. I od razu poszedłem do Szefa wszystkich Szefów.
-Dzień dobry. Ale wie pan co? Inaczej się umawialiśmy.
Zacząłem kładąc mu pismo na biurko.
-Miałem nie marudzić i przyjąć naganę i karę. Tak właśnie zrobiłem. Mieliśmy zamknąć tym temat, a to co?
Zapytałem gdy czytał pismo.
-Kurwa. Młody, idź do siebie, to pismo nie istnieje.
-Rozumiem. Cieszę się, że się dogadujemy.

I poszedłem do swojego biura. Spokojnie zaparzyłem kawę, zacząłem plotki. Gdy zadzwonił telefon u Szefa, a ponieważ nie było go w biurze to poszedłem odebrać.
-Halo?
-Jest Szef?
Słyszę jedną z Harpii po drugiej stronie.
-Nie ma.
Odłożyła telefon. Nie zdążyłem wrócić do biurka gdy zaczął dzwonić ponownie.
-Halo?
-Co ty tam robisz Młody?!
Ewidentnie wkurwiona Harpia.
-Pracuje?
-Miałeś być u ogrodnika. Sekretarz ci kazał. Masz pismo.
-A właśnie, że nie mam. Jeśli masz z tym jakiś problem zadzwoń do Szefa wszystkich Szefów.
Po czym bezceremonialnie rzuciłem słuchawka. Ale tak, żeby słyszała to dobrze. I wróciłem do parzenia kawy. Dziś była mi potrzebna - pierwszy dzień po urlopie, a za 2 godziny miałem umówiony telefon z rekruterką.

Od tego momentu sprawy potoczyły się szybko. W ciągu dwóch tygodni dostałem ofertę pracy, z warunkami o których w Urzędzie mógłbym pomarzyć. Oczywiście ją przyjąłem. Tego samego dnia wieczorem zadzwoniłem do mojej współpracownicy żeby ją o tym uprzedzić. Jest na tyle spoko, że chciałem dać jej możliwość przygotowania się na ewentualną gównoburzę. A następnego dnia z samego rana poszedłem do Szefa wszystkich Szefów z gotowym pismem o porozumieniu stron i silnym postanowieniem nie wychodzenia z jego biura bez podpisu.

Cel ten był dość ważny. Nauczony doświadczeniem innych wiedziałem, że jeśli Harpie by się dowiedziały szybciej, to robiłyby wszystko, żeby jak najbardziej to odejście utrudnić. Z czystej ludzkiej złośliwości. A tak poszło bardzo szybko i przyjemnie, zgodziliśmy się na dwutygodniowy okres wypowiedzenia tak, żebym pozamykał bieżące sprawy. A przede wszystkim, żebym pożegnał się z ludźmi, których zwyczajnie polubiłem.

Ostatnie 10 dni w Urzędzie spędziłem głównie na sponsorowanych przeze mnie kawach, na których opowiadałem o tej całej sytuacji i mówiłem o dwuletnim procesie nabywania nowych kompetencji. Tak, żeby nikt nie miał złudnego wrażenia, że odszedłem przez zatarg z Sekretarzem. O nie. Odszedłem, bo to faktycznie wyjątkowo toksyczne miejsce pracy.

To, co mnie w tym ostatnim okresie ucieszyło, to dużo słów o tym, jak bardzo podziwiają mnie za stanie wyprostowanym przed sekretarzem i umiejętności znalezienia dobrej pracy po latach w Urzędzie.

I tak kończy się ta historia. Szczęśliwie.

niedziela, 26 stycznia 2025

Dzień trzysta czwarty - final countdown 2/3

Karę przyjąłem bez jakichś oporów z 2 powodów. Po pierwsze i tak miałem już od pół roku zaplanowany urlop tak, że realnie bym siedział tam 2 dni. A po drugie, co ja bym u ogrodnika robił? Musze pamiętać, żeby wziąć ładowarkę do telefonu taki będzie zapierdol na fejsie.
Przyszedłem więc rano do biura ogrodnika i się z nim przywitałem.
-Cześć Krzysiu. Co mam robić?
-Cześć Młody. Nie powiedzieli ci?
-No nie.
-Sekretarz kazał, że masz zbierać śmieci w parku.
-Chyba sobie żartujesz?
-Nie. I sorry, ale ja nie będę się mu przeciwstawiał.
-Ok. Spoko. Sam to załatwię.

I ruszyłem do Sekretarza. Z energią wkroczyłem do Harpii.
-Ja do Sekretarza.
Przestałem się z nimi witać. Wiedziałem, że to jedna z nich zrobiła zrzut ekranu.
-Sekretarza nie ma, co chcesz?
-Chciałbym się zapytać o moją nową rolę. Podobno mam sprzątać śmieci w parku. Ale chyba ktoś zapomniał, że w związku ze zmianą stanowiska powinienem mieć zrobione odpowiednie szkolenie BHP i przydzielony sprzęt.
-Wracaj do Krzysia, zadzwonimy jak będzie Sekretarz.

Wróciłem więc na kawę i ploteczki, a po godzinie gdy Sekretarz pojawił się w pracy Harpie zadzwoniły.
-Coś ty, nie masz sprzątać w parku.
Aha. Dlatego od razu mi tego nie powiedziałyście tylko czekałyście na Sekretarza.
-To co mam robić?
-Krzysiu ci powie.
-Krzysiu nie wie.
-Krzysiu ma przyjść do Sekretarza.

On poszedł, ja czekałem. Nie powiem, w tym momencie już mnie to zaczynało bawić. Więc na spokojnie czekałem dopijając kawkę aż Krzysiu wrócił.
-Oni są jacyś pojebani Młody. Sekretarz kazał, żebyś zbierał śmieci. Teraz mówi, że nie i mam coś wymyślić, żebyś zapierdalał. Ale nie mam co ci dać. Kurwa. Wiesz jak wygląda topola?
-E… nie? Mogę sprawdzić sobie w necie.
-Dobra, a brzoza?
-To chyba każdy po 2010 wie…
-To idź policz brzozy w mieście. Nie obchodzi mnie ile ich jest. Wróć z powrotem przed końcem dnia.

Musze powiedzieć, że to były bardzo miłe dwa dni, których większość spędziłem na kawce w biurach znajomych z różnych instytucji. Dyskusje, ploteczki, ciasto. Po tej ciężkiej karze poszedłem na zasłużony dwutygodniowy urlop. A brzóz jest 573. Albo 698. A może 799? Myślę, że ode mnie się tego nie dowiecie.

niedziela, 19 stycznia 2025

Dzień trzysta czwarty - final countdown 1/3

Doszliśmy więc do końca, zaczynamy ostatni akt. I zacznijmy go od retrospekcji.
Dwa lata przed okresem, o którym zaczęliśmy teraz pisać pomyślałem sobie, że dosięgnąłem dna. Miałem wrażenie, że albo zacznę działać i coś zmienię, albo zapadnę się w muł tego Urzędowego dna i tam zdechnę. Mój stan psychiczny w tym okresie był już na tyle zły, że poza terapią leczyłem się też farmakologicznie. Na szczęście nic „grubego”. Ale najważniejsze, że pomogło na tyle, że wziąłem się za robotę. Przez rok robiłem multum kursów żeby zdobyć nowe umiejętności i przypomnieć sobie stare. HTML, CSS, JS, Python. Skonsultowałem to ze znajomą HR-ówą. Okazało się, że to za mało więc w kolejnym etapie zacząłem studia podyplomowe. Historia, która teraz zaczniecie czytać zaczyna się na miesiąc przed obroną mojej pracy.

Wracamy więc do historii. Na pewno pamiętacie, że przy różnych świątecznych okazjach dostawaliśmy w Urzędzie do wypełnienia prośbę o zapomogę z funduszu socjalnego. I jak pamiętacie każdy tam wpisywał głupoty byle się zgadzało. Ale tego roku los mi trochę sprzyjał i dostałem dwa egzemplarze formularza. Jeden więc wypełniłem normalnie, a w drugim popuściłem wodze swojej śmieszkowej fantazji. I poprosiłem o pieniądze na różne, czasem nielegalne, głupoty żeby poradzić sobie lub raczej złagodzić swoje problemy psychiczne. I temu zrobiłem zdjęcie, wrzuciłem na swoje „sociale”, a potem do niszczarki.

Oczywiście, ja wiem jak działa internet. Więc nigdy nie wrzuciłem (i nadal tego nie robię) informacji o tym gdzie pracuje. Mam też włączone ograniczenia widoczności swoich postów nie tylko do znajomych, ale nawet do konkretnych ich grup. Oczywiście zdjęcie też przyciąłem tak, żeby nie było widać żadnych danych ani zakładu pracy ani moich. Oczywiście śmieszkom nie było końca, a okazało się, że to był dopiero początek.

Następnego dnia z samego rana przy podpisywaniu listy jeden z dobrze poinformowanych kolegów przywitał mnie słowami:
-Uważaj, bo masz przejebane.
-Czemu?
-A co wczoraj zrobiłeś?
-Jak codzień w robocie: nic.
-Nie w robocie…
-No chyba żartujesz.
-Zobaczysz.
Trochę mi się wierzyć nie chciało, więc zaintrygowany poszedłem do swojego biura i czekałem. Czekałem. I czekałem i nic się nie działo. Postanowiłem więc olać temat i ruszyć na Urząd w poszukiwaniu kawki u kogoś. I gdy tak sobie wędrowałem korytarzami zagadała koleżanka.

-Hej Młody, choć na chwilę.
Trochę się zestresowałem. Ciągnęła mnie w mniej używany korytarz, a nie jest w moim typie i do tego mężatka. Prawda okazała się jednak jeszcze bardziej fantazyjna. Otóż dostała opierdol za to, że polubiła mój wczorajszy post ze zdjęciem. Nie tylko ona, ale KAŻDY kto polubił ten post. A każdy kto skomentował musiał komentarz usuwać po opierdolu i pod groźbą nagany.

Nie powiem, poziom abstrakcji nawet jak na Urząd zrobił na mnie wrażenie. Postanowiłem więc wrócić do biura i poczekać na rozwój wypadków.
A tych doczekałem się godzinę później, gdy zostałem wezwany wraz z przełożonym do Sekretarza. Który przywitał mnie oczywiście jak zawsze bez jakiegokolwiek powitania.
-No i proszę, tłumacz się.
Była tam też jedna a harpii, która miała być bezstronnym świadkiem rozmowy. Bezstronny w rozumieniu Urzędu, czyli ślepo potwierdzi wszystko co Sekretarz każe.
-A z czego mam się tłumaczy, Sekretarzu?
-Co to jest?
Zapytał podsuwając mi wydrukowane czarno-białe kartki.
-Wydruk zrzutu ekranu.
-No i?
-No i, no i?
-Pan sobie żartuje. Pan ośmiesza publicznie Urząd.
-Ma pan rację, to jest żart. I nie ma pan racji, bo raz, że nie jest to publicznie, a dwa, że nie do powiązania z Urzędem. Ze mną w sumie też niezbyt.
-To niby skąd to mam, jak nie jest publiczne?
-Od kogoś, kto nadużył mojego zaufania i uprzejmie doniósł wraz z własną interpretacją.
-Czyli jest publiczne.
-Tak publiczne, jak ktoś doniósłby co pan robi w domu.
-Dobrze, w takim razie ja skończyłem. Wysłuchałem pana i nie uniknie pan konsekwencji.
-W ogóle mnie pan nie wysłuchał.
-Dobrze, to proszę kontynuować jak pan chce.
-Zamierzam. Wzywa mnie pan tutaj na podstawie informacji, które zostały pozyskane potencjalnie z naruszeniem regulaminu platformy, na której zostały opublikowane, a możliwe, że również z naruszeniem prawa. Grozi mi pan konsekwencjami za moje prywatne rzeczy. Uważam takie działanie za wyjątkowo nie fair.
-Pana zdaniem to jest śmieszne i to jest zachowanie godne urzędnika?
-Moim zdaniem nie jest pan od oceniania co jest śmieszne, a co nie. A moje zachowanie nie odbiega godnością od zachowania innych pracowników tego urzędu.
Stawiając kropkę spojrzałem głęboko w oczy Harpii będącej świadkiem tej rozmowy dając jednoznacznie znać, że myślę też o niej.
-Jeśli skończył pan to proszę wyjść.

Wyszedłem więc. Wiele osób, którym relacjonowałem bardziej dokładnie tą rozmowę stwierdziło, że podziwiają mnie za spokój i merytoryka, ale faktycznie byłem mocno zdenerwowany. Czekanie w biurze na wyrok też nie poprawiało mi nastroju, a gdy zadzwonił telefon to żołądek podszedł mi mimowolnie do gardła. Ale okazało się, że to Szef wszystkich Szefów mnie tym razem wzywa. Robi się ciekawie.
-Cześć Młody.
Ten się przynajmniej wita.
-Dzień dobry.
-No i co tam się stało z tym postem?
-Nie wiem, coś Sekretarz zaszalał.
-Widziałem ten post.
-I co?
-Hehe, no nie powiem, zabawny. Ale jednak też trochę zbyt po bandzie.
-Może, no ale prywatnie taki mam humor.
-Sekretarz chce cię wywalić dyscyplinarnie.
-Słucham?
-Ale spokojnie. Nic takiego nie będzie się działo. Dostaniesz naganę i jakąś karę. Prosiłbym, żebyś ją po prostu przyjął i zamykamy temat.
-Ok. 
I tak się rozstaliśmy akurat, żebym był wezwany do Sekretarza na oficjalne ogłoszenie wyroku.
-Dostaje pan naganę za zachowanie niegodne urzędnika. Dodatkowo zostaje pan przeniesiony na 2 tygodnie do pracy u ogrodnika miejskiego.

Zgodnie z umową z Szefem wszystkich Szefów przyjąłem karę. Ale okazało się, że to jeszcze nie koniec…

niedziela, 12 stycznia 2025

Dzień trzysta trzeci - wszystko trzeszczy.

Zastępcy chyba nie poświęciłem nigdy wystarczająco dużo uwagi. A to człowiek-rozczarowanie. Przyszedł do Urzędu znikąd - później mówiono, że człowiek ten nadszedł od północy, od jakiegoś wsparcia w czasie kampanii dla Szefa wszystkich Szefów. Mieliśmy pewne nadzieje z nim związane. Młody, spoza Urzędu, może akurat.

Ale nie, krąg musi być zamknięty - nikt nie weźmie na zastępcę osoby, która mogłaby być zbyt samodzielna i za bardzo się wybić. I taki właśnie był Zastępca. Decyzji żadnych zasadniczo sam nie podejmował. Zawsze do Szefa wszystkich Szefów o radę. Znajomy dyrektor z innego urzędu określił go dość celnie: „ślizgacz”.

Bo tak właśnie wszędzie się ślizga. Wślizgnąć się na antenę radia, żeby pochwalić się cudzymi sukcesami, wyślizgnąć gdy pojawiają się problemy lub niekomfortowe pytania. Nadaje się z tym do polityki.

„Jego” decyzje były w stylu odwrotnego Midasa. Przykładowo wymyślił, że wspaniałomyślnie da mieszkańcom miasta jednej zimy lodowisko. Niby fajnie, ALE… To była akcja stricte marketingowa, więc zamiast postawić je w spokojnym miejscu w parku walnęli je na środku rynku miejskiego, żeby każdy widział dzieło Zastępcy. Tyle, że żeby to lodowisko działało musiały chodzić generatory - dzień i noc. Ludzie w promieniu 100 metrów od rynku wściekli, bo cały dzień i noc aż szyby się trzęsą i spać się nie da.

Początkowo pozował też na swojego luzaka. Ale też i ta maska szybko opadła. Zadzwonił kiedyś do mnie:
-Młody, trzeba by zrobić takie plakaty do wydarzenia.
-Ok, ale może to lepiej do rzecznika prasowego Urzędu?
-Nie obchodzi mnie do kogo, zorganizuj to.
Znalazł się księciunio, nadzorcą niewolników spod znaku „wyjebane na zakres obowiązków”.

Zastępca studiował też z jednym urzędnikiem w jednej grupie, w lokalnej szkole wyższej. Kolega urzędnik się ucieszył, ziomek z grupy zawsze można trochę pogadać, może uda się coś naprostować w Urzędzie. Taaaa… czy jedzie mi tu czołg? Zastępca udaje, że się nie znają. Nawet przypadkiem dowiedziałem się dlaczego. Nie dlatego, że jest po prostu chamem (to też, ale nie przez to), powód jest bardziej zawoalowany. Otóż po mianowaniu go na stanowisko zastępcy Zastępca bardzo starał się podkreślać, że ma kompetencje i wykształcenie, w końcu jest MAGISTREM. Ale w budowaniu tego wizerunku bardzo przeszkadzało mu, że jest magistrem po studiach zaocznych w szkole wyższej z Koziedup Dolnych. Tytuł mgr na nikim dziś nie robi wrażenia, jednak Zastępca bardzo, bardzo, BARDZO chciał udowodnić (chyba najbardziej samemu sobie), że on jest świetnym wyborem.

Szybko więc zrozumiałem, że to element idealnie pasujący do układanki. Jeśli układanką nazwiemy koryto. Bo plan nagłej zmiany Zastępcy z tego, co był od prawie 15 lat był najprawdopodobniej prosty.

Dwóch zawsze ich jest. Nie mniej, nie więcej. Mistrz i uczeń. Bo widzicie, zmiana zbiegła się w czasie z ogłoszeniem, że aktualnie rządzący samorządowcy mają jeszcze 2 kadencje i naraska. Więc Szef wszystkich Szefów wymienił sobie zastępcę z emeryta na młodszego i lepiej prezentującego się w nadziei, że wyszkoli go w 1 księżyc i wypromuje w 2 kadencje. A wtedy będą mogli zamienić się stanowiskami. I stołki zabetonowane. Nie po to wprowadziło się w gminach demokratyczny feudalizm, żeby teraz tracić władzę przez wymysły jakichś polityków, którzy swoją droga już siebie w tym zakazie nie ujęli.

Więc tak naprawdę nic nie trzeszczy. Wszystko w Urzędzie jest i ma pozostać na, mniej więcej, swoim miejscu.

niedziela, 5 stycznia 2025

Dzień trzysta drugi - miedź.

Ciekawe, czy znacie mój ulubiony historyczny mem. Właściwie to nawet nie do końca mem, bo historia wydarzyła się naprawdę i na jej podstawie dopiero zaczęły powstawać memy.

Otóż chodzi o glinianą tabliczkę z Ur, którą uznaje się za najstarszą znaną skargę klienta na świecie. Niejaki Nanni pisze do handlarza miedzią Ea-nasira, że ten sprzedał mu sztabki miedzi złej jakości i dodatkowo nieprzyjemnie potraktował go oraz jego ludzi. Ea-nasir to było najwyraźniej niezłe ziółko, bo Arbituram skarżył się, że ciągle nie otrzymał jeszcze swojej miedzi, a skarg na jakość sprzedawanej miedzi było więcej. Co i tak mogło się opłacać Ea-nasirowi gdyż jego domostwo miało jakieś 110 m2 podczas gdy inne w sąsiedztwie średnio miały tylko ok 70 m2. A to wszystko działo się ponad 3700 lat temu.

Skąd to wszystko wiemy? Archeologia. Ale poza tym ówczesny Sumer był wystarczająco rozwinięty cywilizacyjnie, żeby tworzyć takie zabytki materialne jak tabliczki gliniane z zapisaną skargą na jakość świadczonych usług. Tymczasem my nie mamy pojęcia gdzie Mieszko wziął chrzest prawie 2700 lat po tym, jak Ea-nasir kręcił wałki na miedzi.

I właśnie o tym myślałem, o poziomie zorganizowania państwa, gdy siedziałem w magazynie na godzinę przed otwarciem go dla potrzebujących pomocy uchodźców z Ukrainy. 2 miesiące temu rozpoczął się kolejny, gorący etap wojny na wschodzie, uciekają przed nią tysiące kobiet i dzieci. Urząd postanowił wesprzeć ich w tych pierwszych, najtrudniejszych momentach w obcym kraju, czasem tysiące kilometrów od domu.

To bardzo dobrze, ale sposób w jaki się za to zabrał jest typowo… Urzędowy. Patrzę na ten magazyn i widzę kompletny chaos. Wszędzie leżą kartony z darami, kompletny misz-masz. Jeśli ktoś by mnie zapytał, czy mam XYZ odpowiedziałbym zgodnie z prawdą „nie wiem”. I właśnie, odpowiedziałbym bo jak się słusznie domyśliliście to mnie uczyniono odpowiedzialnym nad zarządzaniem tym wszystkim. A ja tak pracować nie mogę. Szczęśliwie zorganizowane wszystko jest na odpierdol - nie tylko zaopatrzenie, ale też rozpropagowanie informacji. Dało mi to niezbędny czas w postaci jednego dnia na uporządkowanie tego bałaganu.

Razem z przypisaną mi do pomocy Ukrainką mieszkającą od 10 lat w Polsce zrobiłem porządek. Chemia w jedno miejsca, ubrania w drugie, zabawki i inne gadżety dla dzieci w trzecie. A tam podział na dalsze kategorie. W bonusie miejsce czwarte - śmieci. Serio ludzie, kurwa, jak nie macie co dać to nie dawajcie nic zamiast używanych szczoteczek do zębów, rozpadających się i połamanych zabawek czy upierdolonych ciuchów.

Następnego dnia wiem już co mniej więcej mam i ile. Mam już małą poczekalnię i nawet zaplecze socjalne. Jestem gotowy do działania.

Nie ma natłoku ludzi, jednak moje miasto leży w zachodniej Polsce, dużo uchodźców tu nie trafia. Staramy się każdemu zapewnić to co niezbędne na start. Od razu widzę, że najważniejsza jest chemia. A z niej najbardziej produktu dla najmniejszych dzieci - pieluchy, chusteczki, mleko, kremy. I tak się składa, że tych najmniej mam. Dzwonie więc do zastępcy Szefa wszystkich Szefów, który jest u nas twarzą medialną i koordynatorem zbiórek.

-Potrzebuje mleka, pieluch, chusteczek, jakichś prostych leków jak gripex.
-Ok, rozumiem. Jedzie do ciebie Młody samochód z towarem.
-Super, dzięki.


Przyjeżdża samochód. 6 worków ciuchów. Koniec. Nie ma nic, co ktokolwiek by potrzebował.

-Zastępco. Nie to potrzebuje.
-Ale o co ci chodzi?
-Nie potrzeba takich ilości ciuchów. Potrzebuje rzeczy pierwszej potrzeby.
-Dobra, jutro będzie.


Jutro dojechały kolejne 2 samochody, łącznie 5 worków ciuchów i 2 kartoniki mleka modyfikowanego. Starczy dla dwóch matek. Jak podzielimy, to dla czterech.


-Zastępco. Nie ciuchy. Proszę, nie mam gdzie już ich wrzucać.
-Tak ludzie dają.
-Ok, ale tego nie potrzebujemy. Przekaż do mediów co naprawdę potrzeba.
-A. No dziś będę w radio, mogę powiedzieć.
-Super. Wysyłam listę.


Wejście miał chwilę po serwisie informacyjnym po 12:00. Cytując „od wczoraj zorganizowałem 3 transporty, 11 worków pomocy - prosimy każdego kto może, o przekazanie kolejnych do następujących lokalizacji…”.


-Zastępco. Prosiłem, żeby powiedzieć co potrzebujemy…
-Ludzie pomagają, co ci w tym przeszkadza?
-Kurwa nic mi nie przeszkadza poza tym, że mam magazyn zajebany ciuchami i odsyłam matki z pustymi rękami.
-Młody. Nie tym tonem.
-A jakim mam tonem mówić, żeby dotarło?
-Pi… Pi… Pi…


Ciuchy płyną szerokim strumieniem. O mydła, podpaski, mleko walczę jak o ogień. Czasem przyjeżdżają pod magazyn zwykli ludzi i sami podrzucają co nieco.


-Ciuchów mamy dość, ale dziękuję za gest i pomoc.
-A… a czegoś konkretnego brakuje?
-Tak. Potrzeba głównie środków higienicznych.
-Och, szkoda że nie wiedziałem wcześniej… Ale podskoczę, tu obok jest sklep. Zaraz wracam.

Potem transport z Urzędu. Ciuchy, ciuchy, ciuchy, 10 sztuk mydła i 2 szampony. Do Zastępcy już nawet nie dzwonię. Po prawie 2 tygodniach osobiście się pofatygował w delegację z paroma radnymi. Wchodzi do magazynu, rozgląda się i rzuca:

-Kurwa Młody, co tu zrobiłeś? Wygląda jak lumpeks.

Historia mojej wyszukiwarki tamtego wieczora: gliniane tabliczki, jak zrobić gliniane tabliczki, rylce, wypalanie gliny… W 5700 roku będą jeszcze o Tobie pamiętać, Zastępco.

niedziela, 29 grudnia 2024

Dzień trzysta pierwszy - pożar w burdelu.

Kiedyś zdarzyło mi się określić stopień zorganizowania Urzędu powiedzeniem „pożar w burdelu”, za co zostałem zganiony. I to słusznie, bo w burdelu w przeciwieństwie do Urzędu panuje jakiś porządek.

Covid był 2 dużym pożarem w burdelu zwanym zarządzaniem kryzysowym Urzędu. O pierwszym niestety nie mogę Wam opowiedzieć bo jest zbyt specyficzny. Ale można by oczekiwać, że jeśli minęło 5 lat od pierwszego, 2 lata od drugiego, za każdym razem przyłapani ze spuszczonymi spodniami, to na kolejny będziemy przygotowani. Do 3 razy sztuka, c’nie?
Otóż nie. Gdy pod koniec lutego 2022 roku putin odwalił najgłupszy numer dekady pomyślałem „jak dobrze, że jest NATO i UE, bo to moglibyśmy być my”. A mam wrażenie, że poradzilibyśmy sobie o wiele gorzej.

-Młody -zawezwał mnie Szef wszystkich Szefów- jak magazyn?
-Hm… Po staremu. Na 100 noszy tylko 30 pokrytych jest pleśnią. Sprzęt do wykrywania skażeń przeterminowany bez zmian od 1978, ale medykamenty z toreb sanitariuszy tylko od 1995. Łopaty pordzewiałe, a maski i OP-1 wywalone 6 lat temu. I tak kruszyły się w rękach.
-… Ale mamy coś nowoczesnego?
-Mamy jeden dozymetr, który ma tylko 15 lat.
-O super, super. To przynieś, pokażę na konferencji.

Musicie wiedzieć, że Szef wszystkich Szefów urządza regularne konferencje prasowe co tydzień choćby nic się nie działo. A teraz się dzieje i on już wie, o co lokalni dziennikarze będą pytali. Co czwartek o 12.00. Takie, hm, obiady czwartkowe.

-Dryń, dryń!
-Młody, słucham.
-Słuchaj -zaczął Szef wszystkich Szefów- a jak nasze bunkry w mieście?
-2 wyburzone zgodnie z decyzją inspektora nadzoru budowlanego przeciw której protestowałem, 3 zniszczone przez ingerencję deweloperów, 1 zalany, a pozostałe 5 są pustymi żelbetowymi skorupami z rozkradzionym wyposażeniem.
-…
-Ale one wszystkie są w rękach prywatnych i teoretycznie właściciel odpowiada za stan budowli.
-Dzięki - usłyszałem wyraźną ulgę w głosie i ściszające się wraz z odkładaną słuchawką słowa - niestety nieodpowiedzialne zachowanie właścicieli budynków…

Podpowiedziałem mu, bo i tak by się z tego jakoś wykręcił, a potem tylko słuchałbym pretensji. A może na fali najnowszych wydarzeń uda się coś jeszcze ugrać? Jakieś zakupy do magazynu, remoncik schronu? Po co wkurwiać człowieka rozdzielającego kasę.

-Młody!
-Słucham, Szefie wszystkich Szefów.
-Słuchaj. Załatwiłem trochę sprzętu do magazynu. Przyjedzie w środę. Szef zna szczegóły, ogarnijcie to.

I właśnie w tym momencie zacząłem się bać. Gdy Szef powiedział, żebym poszedł do magazynu i im otworzył żeby rozładowali zacząłem się jeszcze bardziej bać. Szczególnie, że nie miałem żadnej informacji co to będzie. Ale poszedłem. Z duszą na ramieniu i odpalonym, wtedy jeszcze, Twitterem dla informacji z rozsmarowywania wdw na lotnisku w Hostomelu.

Otworzyłem drzwi magazynu i czekam. Czekam. Czekam. Nagle telefon, nieznany numer.
-Słucham.
-Dzień dobry, ja z transportem do magazynu.
-Ok, to niech pan podjedzie tutaj. To taka alejka, wjeżdża pan bramą i skręca zaraz w prawo.
-Nie dam rady.
-Da pan, śmiało.
-No nie dam…
-Ok, to już idę, poprowadzę.
Ta, poprowadzę. Jak tą ruską kolumnę co utknęła w korku. Alejka taka, że bus jak nią jedzie szoruje burtami o krzaki, a tu stoi cały TIR z naczepą.
-Panie! Coś pan tu przywiózł?!
-Materace.
-CO?!
-Materace sprężynowe, 150 sztuk.
-A jak pan chce to rozładować?
-Ja miałem to przywieźć, a nie rozładować. Jak PAN chce to rozładować?

Problem w tym, że nie chce. Dzwonię więc do Szefa.
-Co to jest?
-No sprzęt do magazynu.
-Jaki sprzęt?
-Materace.
-A na chuj mi materace sprężynowe w magazynie zarządzania kryzysowego?
-Oj no, dają to trzeba brać…
-Srać. A jak ja to mam rozładować?
-Oni niech rozładują.
-Oni to jeden kierowca i nie rozładowują.
-To idź do szkoły obok, poproś dyrektorkę żeby chłopaki ponosili.
-To podstawówka, klasy 1-3. Jaś lat 10 ma mi rozładować TIRa materacy?!
-…

Skończyło się awaryjnym wezwaniem straży miejskiej i pożarnej. 3/4 magazynu zawalone materacami pod sufit. Może i te materace nie są do niczego potrzebne, ale przynajmniej dzięki nim nie mogę dojść do noszy.

czwartek, 12 grudnia 2024

Dzień trzysetny - historia jednego biura.

Dziś dopełniłem corocznej tradycji. Polega ona na tym, że gdy pada pierwszy śnieg w sezonie robię zdjęcie przez okno i wrzucam na socjale z dopiskiem „Tradycyjnie dla tych co nie mają okien informacja: pada śnieg”. Haha, hehe, suchy żarcik. Ale nie do końca. Zanim jednak do meritum to pojedźmy na chwilę za granicę.

Mój Urząd ma kilka urzędów partnerskich w różnych miastach Europy. I w tych bardziej cywilizowanych jak Niemcy czy Francja czy Holandia podjęli w ostatniej dekadzie bardzo dojrzałe, choć może też trudne decyzje. Otóż: postawili nowe budynki urzędów. Bo oni najwyraźniej rozumieją, że „tanie państwo” to przekleństwo. U nas nie rozumieją, dlatego Urząd jest i będzie w zabytkowym budynku, do którego nie wejdą osoby niepełnosprawne. Wielkie, drewniane drzwi wejściowe są tak ciężkie, że otworzyć je mają problem wszyscy. Czy jest tanio? Jest tanio. Czy jest dobrze? Jest tanio.

Ten stan rzeczy oczywiście dotyka też urzędników. Np nie ma pomieszczeń socjalnych gdzie można by spokojnie zjeść. I w ogóle nie ma miejsca. Dlatego gdy trzeba było wygospodarować miejsce na obsługę klientów związaną z nowymi przepisami dziewczyny mające to robić dostały nowe biuro. W środku budynku, bez jakiegokolwiek okna. Siedziały więc tam 8h dziennie bez choćby odrobiny światła słonecznego i nikogo to nie obchodziło. Też nikogo nic nie obchodziło jak przyszło lato i upały. A przynajmniej do momentu, gdy jedna z nich zasłabła. Wiecie, słabo się jednak pracuje w 35 stopniach bez okien. Do tego momentu też oczywiście nie miały klimatyzacji. W końcu bez przesady - dopóki nie zemdlejesz w pracy nie ma sensu się przejmować.
Moglibyście zapytać gdzie było BHP. Odpowiadam. Przypominam. Mój Szef jest BHPowcem w Urzędzie. Czy muszę coś dodawać?

Zapewne muszę, bo temat instalacji czegokolwiek w zabytkowych budynkach bez jakiegokolwiek sensownego planu i dużej przebudowy to temat na przewód doktorski. Tak więc gdy zamknięto jedyny przewód kominowy podłączeniem klimatyzacji, co też zrobiono na 30%, pojawił się nowy problem. Zbyt duża wilgotność, skraplająca się woda cieknąca po ścianie i dorodne wykwity grzyba. Więc żeby to zbalansować do klimatyzacji pomieszczenia dołączono osuszacz. Jak tak sobie o tym teraz myślę, to chyba jedno z bardziej cyberpunkowych pomieszczeń biurowych jakie widziałem. Sama esencja „high tech, low life”.

I tak by sobie żyły dziewczyny w tym dziwnym habitacie wyglądającym jak eksperyment NASA, pewnie i do końca swoich dni, gdyby nie nagły zwrot akcji. W takim nie do końca zrozumiałym dla mnie zabiegu Urząd wszedł w posiadanie kolejnego, absolutnie nieprzystosowanego do niczego budynku, na który zamienił się z jednym deweloperem oddając w zamian atrakcyjną działkę w samym centrum miasta, na której śmiałe plany lokowały nowy budynek Urzędu za lat kilkadziesiąt. Tym sposobem zamiast Urzędu będzie blok, ale za to dziewczyny dostały biuro z oknem. A interesanci od teraz żeby załatwić sprawę w Urzędzie muszą biegać między dwoma budynkami oddalonymi od siebie o ledwie 400 metrów.

Na tym jednak historia biura bez okna się nie kończy. Przyroda nie lubi pustki, więc ten habitat został zasiedlony przez kolejne okazy, tym razem informatyków, choć nie wszystkich. Informatyków w tamtym czasie w Urzędzie było 3. Jeden grał w pasjansa cały dzień, a jego jedynym zadaniem było pamiętanie haseł i odnawianie licencji (o jednym i drugim notorycznie zapomina). Drugi zajmuje się bajerowaniem urzędniczek co mu nie za bardzo wychodzi przez to, że zarzygał jedną na imprezie samorządowej. A trzeci stara się mniej więcej ogarniać wszystko. Przy czym im dłużej pracuje tym mniej się stara. I to właśnie on dostał przeniesienie do biura będącego spełnieniem mokrych snów fanów cyberpunka.
-O, czyli to ty trafiłeś do tego schowka na miotły - przywitałem się z nim przekrzykując klimatyzację i osuszacz, przeciskając się między pożółkłymi ze starości obudowami komputerów.
-A, nie jest tak źle. W starym biurze też nie miałem okna i miałem biurko koło drzwi do sracza. W sumie to nie było biuro, tylko korytarz. Więc jest progres.

środa, 11 grudnia 2024

Dzień dwieście dziewięćdziesiąty dziewiąty - hello darkness my old friend.

Witam po długiej przerwie. Szybko wyjaśnijmy sobie parę kwestii zanim zaczniemy.
Pierwsze primo- tak, długo nie pisałem. Lata pracy w urzędzie były dla mnie pogarszającym się piekłem i nie miałem już chęci do tego wracać. O tym kiedy indziej.
Drugie primo- jak się domyślacie od paru lat nie pracuje już w Urzędzie, więc wpisów będzie dosłownie parę, żeby zamknąć temat tak jak na to zasługuje.
Trzecie primo- wiem, że niewłaściwie używam słowa „primo”.

Ostatnio skończyliśmy na Covidzie. Na szczęście świat się od tego czasu trochę ogarnął. Jednak w naszej linii czasowej Covid nadal trwa w najlepsze, a Urząd zapada się w chaos.
Pierwszą z decyzji Szefa wszystkich Szefów po idiotycznym rozdawnictwie przepłaconych maseczek było zamknięcie Urzędu na gości z zewnątrz. Oj to była tragedia.
Po pierwsze dla urzędników - drzwi są zamknięte na klucz i monitorowane. A więc nie da się już niezauważonym wyjść po zakupy spożywcze na cały tydzień czy do pobliskiego lumpeksu.
Po drugie dla klientów - bo jednak chcą czasem załatwić coś istotnego. No np urodziło się komuś dziecko czy bardziej w tym czasie prawdopodobne - komuś się zmarło.

Wymyślono więc wspaniały pomysł. Ustawiono przy drzwiach stażystkę, która uzbrojona w jedną z maseczek z poprzedniego wpisu obsługiwała drzwi z wykorzystaniem niewielkiego okienka obok nich. Wejście do Urzędu wyglądało więc jak zdobywanie Linii Zygfryda. Manewrując pomiędzy kaszlącymi ludźmi trzeba było podejść do szczeliny zza której stażystka zarzucała Was serią pytań żeby ustalić czy Wasz problem jest serio na tyle ważny, żeby wpuścić Was do Twierdzy Urząd.

Działało to jak wszystko - jako tako. Przynajmniej do czasu aż ciągłe zakluczanie i odkluczanie zabytkowych drzwi do Urzędu spowodowało ich uszkodzenie. I już się ich nie dało zakluczyć więc do środka wchodził każdy, a stażystka próbowała ich wyganiać. Także stróż miał więcej roboty z pilnowaniem tego całego bałaganu w nocy.

Pomysł nie wyszedł, sięgnięto więc po kolejny. Wyjątkowo nie aż taki głupi. Szef wszystkich Szefów stwierdził, że słabo będzie jeśli któryś wydział w 100% rozłoży epidemia. Prawdopodobnie wpadł na to po tym, jak całe szefostwo poszło na kwarantannę gdy jeden z nich zachorował, a codziennie spotykali się wspólnie na kawce - też o tym pisałem w poprzednich notkach. Kazał więc wydziałom podzielić się po pół i chodzić do biura na zmianę tygodniami- raz zdalnie, a raz na miejscu. Piękny jeden tydzień mojego życia. Siedziałem w brudnej żonobijce i grałem w gierki. Jedyne co miałem do zrobienia w ciągu dnia to sprawdzenie maila, więc już w poniedziałek wieczorem to zautomatyzowałem.

Dlaczego był to tylko tydzień? Bo Sekretarz w rodzącej się już chyba wtedy niechęci do mnie (oooo, poczekajcie na finał tego wątku za parę odcinków) stwierdził, że ja nie mogę pracować zdalnie. Wszyscy wliczając w to osoby z biura podawczego mogą pracować zdalnie (biuro podawcze- JAK???), ale mój wydział nie mający na codzień kontaktu z klientami i w tym momencie krytycznie potrzebny do funkcjonowania - nie.

Zdradzę Wam teraz jedną rzecz. Ja przez te wszystkie lata ściemniałem, w raczej oczywisty sposób, że zajmuje się takimi około środowiskowymi rzeczami. Wy to już wiecie, a co bardziej przenikliwi już się domyślili. W rzeczywistości robiłem w zarządzaniu kryzysowym. Teraz sobie przypomnijcie historie o Szefie i Dziadzie i pomyślcie, że ta ekipa odpowiadała (Szef ciągle jest na swoim stanowisku) za bezpieczeństwo w Gminie.

Więc sprzątaczki, biuro podawcze czy Urząd Stanu Cywilnego pracuje na zmianę, ale zarządzanie kryzysowe jest w czasie Covidu na tyle nieistotne, że może iść całe na kwarantannę. A może plan był taki, żeby zrobić jak z szefostwem. Ten z najkrótszą słomką siedzi w robocie i stara się nie zarażać innych, a reszta na kwarantannę…

poniedziałek, 15 sierpnia 2022

Dzień dwieście dziewięćdziesiąty ósmy - dzięki Puchatek.

No więc jak już wiecie z poprzedniej notki zaczął się COVID. Tzn., o ile nie żyjecie w jaskini wiecie o tym już od jakiegoś czasu. Ale w mojej czasoprzestrzeni niedawno się zaczął i wszystkich zdawało się ostro popierdolić w jedną lub drugą stronę. Jedni absolutnie ignorowali zagrożenie (np. całe kierownictwo mojego Urzędu), inni z kolei wróżyli już koniec świata.

Cóż, z perspektywy czasu wiemy, że dla wielu był to koniec świata. Dziesiątki tysięcy ludzi zmarło przedwcześnie. Ja osobiście COVID uważałem i uważam nadal za zbiorowy test na inteligencję, który zbiorowo oblaliśmy. Było tylko parę prostych rzeczy do zrobienia, które zresztą w większości powinniśmy stosować i tak na codzień.

Na pierwszy ogień paniki poszedł papier toaletowy. Chciałbym kiedyś przeczytać jakąś analizę w tym temacie dlaczego pierwsze, po co ludzie się rzucają, to rolka papieru do rozsmarowywania kupy po dupie. Może kiedyś. Tymczasem drugim celem stały się wszelkiego rodzaju maseczki. Wszyscy pewnie pamiętamy, jak bardzo deficytowym towarem były. Mój Urząd oczywiście włączył się w pomoc ze zdobyciem maseczek i szybko weszliśmy w posiadanie wielu tysięcy ich sztuk. Byłem tym aż zaskoczony, jak on mógł tak sprawnie działać. Sprawa mi się szybko wyjaśniła - maseczki były po prostu śmieciowej jakości, dostarczone przez nieprzypadkową firmę w cenie jak za złoto. Kojarzy Wam się to z jakimiś respiratorami? No właśnie...

Ok. Mamy tysiące maseczek w magazynie, nad którym jak może pamiętacie pełniłem pieczę. Co dalej? Pomysłów było parę, wzorców z innych miast też, wybrano najgorszy z możliwych, przeciwko któremu ostro protestowałem, ale powiedziano mi wprost, że albo plan wykonam albo mnie zwolnią. Ustalono więc, że mam wydawać maseczki osobiście w drzwiach Urzędu najbardziej narażonym, a więc seniorom. A priori uznano, że senior to każda osoba 60+. I te wszystkie osoby najbardziej narażone, mają naraz przychodzić i ustawiać się w jedną wielką kolejkę, aby stać po parę godzin dla 2 okropnej jakości maseczek materiałowych. Skąd mam wiedzieć, że dana osoba faktycznie jest seniorem? Otóż miałem każdemu sprawdzać dokument tożsamości. Było to też o tyle istotne, że miałem też spisać imię i nazwisko, żeby sprawdzać, czy nie bierze może drugi raz. W zeszycie. W tym momencie kogoś olśniło, że RODO i dodatkowo mam od każdego brać podpis pod informacją o RODO. Wisienką na torcie niech będzie zabezpieczenie mnie przez Urząd przed COVID - żadne. Wygrzebałem gdzieś stare maseczki FFP-2, które kupiłem X lat temu do jakiegoś małego lakierowania i wziąłem z domu rękawiczki nitrylowe, których używałem do klejenia w czasie budowania cosplayowych propsów. Do pomocy dostałem Szefa.

To co ja wiedziałem zanim zaczęliśmy całą tą idiotyczną akcję, potwierdziło pierwsze 10 minut pierwszego dnia. Wyszukiwanie nazwisk trwało wieki, zapisywanie też, kolejka liczyła ponad 100m, nikt oczywiście nie przestrzegał żadnych dystansów, w większości 60+, w zimie... Coż mogłoby pójść nie tak? Widząc co się dzieje na chwilę zamknąłem pierdolnik i pobiegłem do Szefa wszystkich Szefów, któremu dość ostro powiedziałem co o tym myślę i jak bardzo to nie działa. Jedyne, co udało mi się wynegocjować, to rezygnacja z zapisywania opartą o wiarę w ludzką uczciwość. Ja w nią nie wierzę i się nie pomyliłem, ale przynajmniej zaczęło szybciej iść. Do czasu. Aż nagle wpadł Sekretarz Urzędu i zaczął mnie opierdalać, że wydaję bez zapisywania. Stwierdził, że Szef wszystkich Szefów go nie obchodzi i mam znów zapisywać. Więc znów szło wolno. Po kolejnej godzinie Szef wszystkich Szefów jechał do domu i wpadł do mnie pooglądać moje cierpienie oraz spytać jak idzie. Powiedziałem zgodnie z prawdą, że wolno bo znów zapisuję wszystko. I kazał mi przestać zapisywać...

Ten cyrk trwał łącznie parę tygodni, dzień w dzień. Jak się niektórzy z Was domyślili oczywiście zachorowałem w międzyczasie. Na szczęście tylko przeziębienie, ale przynajmniej tydzień odpocząłem sobie na kwarantannie. I jedyne co mnie w tych mrocznych dniach rozweselało, to świadomość, że Szef jest idiotą. I tak jak Wam kiedyś chyba mówiłem w momencie, w którym dostał służbowy numer to zrezygnował z prywatnego. A teraz dostawał setki telefonów na godzinę przez całą dobę, bo jego służbowy numer podano jako oficjalny do uzyskania informacji odnośnie wydawania maseczek.

środa, 22 czerwca 2022

Dzień dwieście dziewięćdziesiąty siódmy - śmieciarka.

Wierzcie mi lub nie, ale za kółkiem zmieniam się w potwora. Szokuje mnie to niezmiernie, bo jestem bardzo spokojnym człowiekiem. Bardzo spokojnym. Moglibyście się mi zrzygać na buty i pewnie nie zobaczylibyście nawet drobnej zmiany w mojej mimice. Wbrew pozorom to nie jest dobra cecha.

Ale gdy wsiadam do samochodu przechodzę metamorfozę. Myślałem o tym stojąc w korku za śmieciarką, szczególnie, że dziwnie mi to nie przeszkadzało. Stałem trzy minuty, przejeżdżałem pięć metrów i znów czekałem aż śmieci zostaną załadowane do śmieciarki i będziemy mogli podjechać do kolejnych drzwi tej jednokierunkowej drogi. A mimo to jestem oazą spokoju. I chyba nawet wiem dlaczego. Akurat jestem w podróży służbowej z powrotem do Urzędu.

Jakiś czas temu zaczął się COVID i całkiem niedawno doszło do sytuacji, od której moja chęć do pracy spadła do wartości nieistniejących. Choć zapewne i ja i Wy nie podejrzewaliśmy, że jest to możliwe. Do tego jeszcze wrócimy w postaci retrospektywy. Na razie jesteśmy tu i teraz, powoli dojeżdżając do parkingu Urzędu.

Zaparkowałem jak zawsze gdy biorę wóz do roboty na parkingu publicznym, bo na ten urzędowy dostęp mają tylko nieliczni wybrani według klucza prywatnych koneksji i znajomości. Wchodzę na podwórze i witam się z Szefem wszystkich Szefów mijając go na parkingu. Coś mi jednak nie pasowało i zaprzątało mój zmęczony umysł.

-Ej -kulturalnie zagadałem dziewczyny w Biurze Podawczym- czy przypadkiem Szef wszystkich Szefów nie jest pozytywny?
-No jest, a co?

Właśnie, to mnie męczyło. Przecież od dwóch dni jest na kwarantannie po pozytywnym wyniku wymazu. Na kwarantannie jest też jego zastępca, z którym miał codzienne narady i jedna z dwóch sekretarek. Druga ciągle w pracy, tak jak Sekretarz tego całego cyrku, który też w tych naradach uczestniczył. Akurat Sekretarza rozumiem trochę czemu nie zgłosili do Sanepidu - rowerek by się wywalił, jakby totalnie wszystkie osoby decyzyjne zostały wycięte w tym samym momencie na tydzień-dwa. Te same osoby decyzyjne, które jakieś dwa tygodnie wcześniej totalnie wyśmiały moją propozycję, żeby kluczowe pozycje w Urzędzie pracowały w trybie wymiennym bez kontaktu ze sobą. Ale czemu sekretarka?

Tą tajemnicę szybko rozwikłałem dzięki swoim wyjątkowym umiejętnością detektywistycznym i ogromnym zaufaniu jakim się cieszę. Po prostu buduje dom i powiedziała Szefowi wszystkich Szefów, żeby jej nie podawał bo nie będzie mogła jeździć kontrolować postępów. Tak więc po prostu pro-forma unikałem obu szerokim łukiem. Ale czemu Szef wszystkich Szefów jest dziś?

-Ale czemu Szef wszystkich Szefów jest dziś? -wyraziłem na głos swoją zagadkę.
-Pewnie przyjechał śmieci wywieźć.
-Co?
-Śmieci.

Dalsze śledztwo trwało jakieś dwa miesiące pilnych obserwacji i o raju. Faktycznie przez te wszystkie lata nie zauważyłem, że Szef wszystkich Szefów faktycznie regularnie przywozi śmieci do Urzędu i wywala do naszych kubłów, żeby przypadkiem nie płacić za wysokich opłat za wywóz śmieci. Opłat, których stawkę sam ustalał...

-CASED CLOSED-

czwartek, 7 kwietnia 2022

Dzień dwieście dziewięćdziesiąty szósty - elektromobilność.

Pamiętacie, że mieliśmy mieć milion aut elektrycznych? Ja mam już ich szesnaście i pomału kończy mi się miejsce pod każdym z moich mieszkań z tego miliona mieszkań, które mieliśmy mieć. Ale ok, kończę z biciem leżącego, czyli nas wszystkich...

Faktem jednak pozostaje, że samochody elektryczne to przyszłość. Sam chętnie bym kupił, no ale praca w Urzędzie nie łączy się z wystarczającym poziomem zarobków. Poziomie, który zresztą akurat żywo dyskutowałem z pracownikami Strefy Płatnego Parkowania siedząc z nimi w palarni.

-Te wynagrodzenia, kto to widział... - zamyślił się Jaś, wgryzając zęby w kanapkę z serem.
-Ej, Młody, a słyszałeś?- zaczął zmieniać temat Janusz, popijając kawę. To niesamowite, ale wszyscy pracownicy Strefy mają imiona zaczynające się na tą samą literę...
-Nie, nie słyszałem, co się dzieje?
-Bambochu upija nam.- wyrzucił Jaś wraz z kawałkami przeżutego chleba z serem.
-Co?
-Samochód kupują nam. -poprawił Janusz.

Temat z samochodem Strefy był dość intensywny. Ich aktualny Strefomobil ma dobre dwadzieścia lat i moglibyśmy go nazwać starym, gdyby nie to, że wymieniono w nim chyba już wszystko co się psuło. Czyli wszystko... Ostatnio, a więc parę tygodni temu, wymieniono koło. Miało ono taką czelność, że w czasie pokonywania przez chłopaków ronda po prostu wzięło i odpadło od wozu. Prawdopodobnie z głodu, bo kierując się siłą pędu wpadło w lokalny przybytek kuchni tureckiej. Żadnej osobie, budynkowi oraz kebabowi na szczęście nic się nie stało. Wydarzenie to jednak zmusiło nawet moje szefostwo do poczynienia inwestycji w Urząd. Jak tak dalej pójdzie, może pożegnam się z moją igłową drukarką w biurze...

-O, serio? To świetnie.
-Serio. I wiesz jaki? ELEKTRYCZNY.

Co prawda nie miała to być Tesla (która nie płaci mi za promocję, a mogłaby...), a Skoda (również nie płaci, a skoda), ale mimo wszystko im pogratulowałem. Jako miłośnik elektryków nie mogę chyba znaleźć wielu lepszych zastosowań niż samochód dla Strefy Płatnego Parkowania, który cały swój żywot spędzi jeżdżąc tylko i wyłącznie po mieście. Aż byłem w szoku, że Urząd mógł wymyślić coś sensownego i nowoczesnego. Dosłownie nie brzmi jak pomysł Urzędu.
Tydzień póżniej przechodzę przez palarnię i widzę, że siedzą chłopaki ze skwaszonymi minami.

-Co się stało piękni panowie?
-Nie kupują nam elektryka.
-Ale jak to?
-Powiedzieliśmy dyrektorowi, że znaleźliśmy samochód i zostawiliśmy mu ofertę. Powiedział, że chyba nas pojebało, że za drogi i w ogóle mamy poszukać jakiegoś używanego.
-Przecież to miało akurat sens, chyba najsensowniejszy pomysł w Urzędzie od lat...
-Chuj. -powiedział Jaś memłając kanapkę z mortadelą. Tym razem Janusz nie musiał mi tłumaczyć.

No nic. Czyli na zachodzie bez zmian. Chujowo, ale stabilnie. Miałem nadzieję, że coś się zmieni, ale może to i dobrze, że ciągle mam nadzieję. Znaczy, nie wszystko we mnie jeszcze umarło. Kolejny tydzień minął, gdy ponownie mijałem chłopaków w palarni. Ich miny były jakieś takie... Ni to zadowolone, ni to smutne.

-Co jest?
-Kupują nam elektryka.
-Jednak? Jak to?
-Szef wszystkich Szefów opierdolił dyrektora, że on chce mieć elektryka w Urzędzie i chyba go pojebało, że powiedział, że nas pojebało, że za drogo. Dzięki temu kupujemy.
-To super. Ale czemu tacy niezbyt zadowoleni.
-Nie mamy gdzie go ładować.
-Jak to nie macie?
-Ała uje w gagagu. - wypluł Jaś kawałki, trochę zgaduję, krakowskiej suchej.
-Miało być w garażu - tłumaczy Janusz - chcieliśmy, żeby zamontować nam tam stację do szybkiego ładowania, w ogrzewanym, z dala od deszczu.
-A to czemu nie będzie?
-Szef wszystkich Szefów będzie tam teraz trzymał zepsuty samochód swojego wujka, który miał wypadek. Stary jest, więc nie wiadomo czy z tego wyjdzie, a jeśli to czy będzie dalej jeździł. Więc samochód będzie czekał, jeśli nie to będą go tu naprawiać i sprzedawać, bo zajmie się tym Szef wszystkich Szefów, a mu nie chce się jeździć z tym po mieście.

poniedziałek, 4 kwietnia 2022

Dzień dwieście dziewięćdziesiąty piąty - usprawiedliwienie.

Ostatnią notkę dodałem prawie dokładnie 3 lata temu, 28 marca 2019 r. Chyba wszystkim tym, którzy jeszcze pamiętają ten blog należy się trochę wyjaśnień co się działo, dzieje i dziać będzie. I pewnie w tej kolejności pojedziemy.


Co się działo.

Działo się źle. Bloga zacząłem pisać jako swoisty detoks od Urzędu, ale z czasem stał się kolejną porcją trucizny. Dla Was może dającą jakąś rozrywkę, ale dla mnie będącą kolejnym kamieniem u szyi. Absolutnie nie byłem w stanie tego kontynuować, szczególnie wiedząc, że ciągle zapadam się głębiej i głębiej w ten syf.

Rady żebym to rzucił były spoko, ale to nie znaczy, że były łatwe w realizacji. To co Wy widzicie, to tylko wycinek wycinku mojego życia. Wiele rzeczy musiałem zrobić, żeby w ogóle móc zacząć coś robić w kierunku zmiany pracy. I to właśnie robiłem przez ostatnie ponad 2 lata przetykane COVID i "przyjaznym" sąsiedztwem Rosji.


Co się dzieje.

Dzieje się tyle, że rzuciłem papierami Szefowi wszystkich Szefów i za porozumieniem stron, gdy czytacie te słowa od paru dni, nie jestem już urzędnikiem. Dwa lata, o których pisałem wyżej zaprocentowały i właściwie od razu przechodzę do innej pracy, w zupełnie innym sektorze gospodarki, z zupełnie innymi warunkami pracy i otaczającymi mnie ludźmi. Raczej nie będę o tym pisał zbyt wiele, a właściwie nic.


Co dziać się będzie.

W sposób oczywisty ilość nowinek z Urzędu od teraz jest ograniczona. Ale z drugiej strony, minęły trzy lata od kiedy po raz ostatni dla Was pisałem. Historii trochę się zebrało, szczególnie ostatnie miesiące w nie obfitowały. Chciałbym je dla Was opisać. Z paru powodów. Przede wszystkim będzie to dla mnie detoks. Teraz już mogę swobodnie się z tego śmiać, ta część mojego życia jest szczęśliwie za mną. Następnie uważam, że ten blog jednak zasługuje na jakieś normalne zakończenie. Nie miejcie wątpliwości- ten koniec definitywnie nastąpi, bo faktycznie nie ściemniałem Wam za dużo w notkach i tak jak nie pracuję już w Urzędzie, tak ilość urzędowych odlotów jest liczbą skończoną. A ostatecznie noszę się z luźnym pomysłem, żeby zrobić z tego bloga książkę. Już w czasie blogowania moi znajomi kręcący się wokół rynku wydawniczego sugerowali ten krok, może warto byłoby postawić kropkę w ten sposób? Na pewno nie usłyszycie o niej ponownie dopóki nie będzie gotowa, lub prawie gotowa.

Nie będę też obiecywał gruszek na wierzbie, z systematycznością notek zawsze był u mnie problem, ale na pewno się pojawią. Muszę tylko odświeżyć sobie na czym skończyłem i od którego miejsca zacząć pisać dalej. Właśnie nad tym siedzę, więc nowej notki, takiej już konkretnie urzędowej, możecie się spodziewać niedługo.

czwartek, 28 marca 2019

Dzień dwieście dziewięćdziesiąty czwarty- inwestycja w kadry.

Długo mnie nie było, więc na początek szybie parę słów wyjaśnień. Z pisaniem bloga jest jak z moim Szefem. Całkiem sporo osób mówi, że lubi jak do nich przychodzi bo mogą się z niego pośmiać. Co innego, jak nie masz wyboru i musisz z nim spędzić więcej czasu niż chcesz. A nie, chwila- przecież mam wybór. I dlatego zrobiłem sobie przerwę w pisaniu, która dała mi też świeże spojrzenie na temat. Wcześniej wszystko co pisałem było chronologiczne, czasami powodowało to zatwardzenie twórcze. Kończę z tym, chyba że będzie to miało jakiekolwiek znaczenie dla logiki opisywanych wydarzeń. Kończę też z “obowiązkowym” cotygodniowym wpisem, to też prowadziło do patologii kiedy zmuszałem się do pisania i tworzenia czegoś z niczego. Do tego moja sytuacja pracowa jest dynamiczna i zaczynająca odchodzić od Urzędu, stąd czasem mogę mieć po prostu mniej czasu na pisanie. Tyle.


Sytuacja w Urzędzie przez ostatnie miesiące bardzo się pogorszyła. Głównie za sprawą Szefa wszystkich Szefów. Przez długi czas go szanowałem, bo bądź co bądź potrafi, czy może raczej potrafił zarządzać. Ostatnimi czasy wszystko zaczyna mu się trochę rozjeżdżać. Zmęczenie materiału? Czy może po prostu kumulacja lat olewania tematu i płynięcia na fali. W każdym bądź razie aktualne podziały w Urzędzie przekroczyły jakiekolwiek zdrowe granice i lecą na łeb na szyję- nikt chyba już tego w jakimkolwiek stopniu nie kontroluje.
Niecałe pół roku temu miałem szkolenie z instrukcji kancelaryjnej, trwało siedem godzin w jednym ciągu. Tragedia dla całego Urzędu, już chyba wolałbym szybkie biczowanko- 15 minut i problem z głowy. A tak siedzisz i myślisz czy umiesz odpowiednio dobrze grać, żeby skutecznie udawać zawał. Niestety nie jestem zbyt dobrym aktorem, więc musiałem przesiedzieć całość. Jak wielu innych. Brakowało właściwie tylko kilku osób, a konkretniej- wszystkich którzy zajmują się archiwum zakładowym, czyli wydziału organizacyjnego. No ale ok.
Za to miesiąc po szkoleniu musiałem udać się do nich z pytaniem o problem, który narodził się w tzw. “międzyczasie”. Mam zestaw spraw, który nie za bardzo wiem gdzie rejestrować. Najchętniej od razu bym je kierował “ad niszczarka”, ale niezbyt mogę. Kompletnie do niczego mi też nie pasują. Trudno, znów co prawda wolałbym być biczowany, ale nie rozwiązałoby to mojego problemu. Muszę więc się zmusić i iść do organizacyjnego zapytać.
-Mam pytanie odnośnie archiwum.
-To miałeś je zadać na szkoleniu.
-Ale pojawiło się dopiero teraz.
-Teraz to za późno.
-I co, nie odpowiesz mi?
-Nie. Ale możesz powiedzieć o co chodzi, to może kiedyś sprawdzę.
Cóż robić, powiedziałem i poszedłem. Dwa tygodnie później znalazłem w swojej skrzynce pismo z wydziału organizacyjnego. Skierowanie na szkolenie z instrukcji kancelaryjnej do miasta 120 km stąd. Ponieważ organizacyjny jest po sąsiedzku z biurem podawczym to postanowiłem się przejść.
-Co to jest?
-Szkolenie, na które pojedziesz.

…

Dwa miesiące później siedziałem znudzony i niewyspany w sali konferencyjnej hotelu. Niewysłowioną nudę przerwało wejście prowadzącego szkolenia.
-Witam państwa serdecznie, zacznijmy od tego, że po kolei się przedstawimy i powiemy, czy jesteśmy pracownikami archiwum czy kancelarii. Zaczniemy od pana.
-Dzień dobry, ja się nazywam Młody i nie jestem pracownikiem ani archiwum ani kancelarii.
-A-ha… To przyjechał pan tu na zastępstwo za kogoś?
-Nie, to ja byłem zgłoszony.
-Ale po co się pan zgłosił na szkolenie dla archiwistów i pracowników kancelarii, skoro nie jest pan jednym z nich?
-Nie, to nie ja się zgłosiłem, ja zostałem zgłoszony.
-Przez kogo?!
-Archiwistę Urzędu.
-Ale… to pan trochę marnuje swój czas, bo to szkolenie pana nie dotyczy.
-Wiem. Mówiłem to archiwiście.
-I co on na to?
-Nic, a właściwie, że ma to w dupie i jak mi się nie podoba to mogę sobie porozmawiać z sekretarzem Urzędu.
-Jak to? Dlaczego w ogóle akurat pana wyznaczyli, żeby tu przyjechał?
-Nie wiem. Ale wydaje mi się, że dlatego, że zapytałem archiwistę o problem z instrukcją kancelaryjną. Bo od kiedy mnie zgłosił za każdym razem gdy wracałem do mojego problemu odpowiadał “zapytasz się na szkoleniu”. Więc od kilku miesięcy nie mogę rejestrować części przychodzących do mnie pism, na szczęście nie muszę nic specjalnego z nimi robić, więc mogły sobie leżeć do dziś.
-To… To niewyobrażalne…

Cóż. Bardziej niewyobrażalne jest to, że nadal nie mam co z tymi pismami zrobić, bo okazało się, że w sumie mój Urząd nie posiada swojej instrukcji kancelaryjnej, w związku z czym najzwyczajniej w świecie nie mam możliwości jakiegokolwiek sensownego działania. Zastanawiam się, jak teraz o tym powiedzieć naszemu archiwiście, żebym nie musiał po tym jechać na szkolenie gdzieś na podlasie.
Ah, a samo szkolenie kosztowało Urząd niecałe 700 zł. No ale kto bogatemu zabroni.

czwartek, 10 stycznia 2019

Dzień dwieście dziewięćdziesiąty trzeci- skok przez płot.

Ostatnimi czasy przytrafiło mi się coś, czego nigdy bym nie podejrzewał, że się wydarzy. Zostałem członkiem związku zawodowego. I to od razu w jego zarządzie. Głupia sprawa, bo ogółem nie jestem największym fanem tego typu organizacji, no ale w ramach koleżeństwa dałem im trochę nadziei. Gdyby nie to związek zostałby rozwiązany. A żeby było śmieszniej, to chyba mimo wszystko zostanie, ale to już nikt nie będzie mógł mi truć dupy. Ale powoli.
Zarząd został wybrany dość egzotyczny, nawet nie licząc mnie. Przewodniczący też jest… dziwny. To w sumie mało powiedziane. Już nawet nie chodzi o to, że jest woźnym, w końcu to też człowiek. A w przeciwieństwie do Szefa, ja nie zwykłem gardzić woźnymi czy sprzątaczkami w Urzędzie. Jest taki… szczery. Ale w złym rozumieniu tego słowa, trochę jak w tym kawale o rozmowie rekrutacyjnej:
-Jaka jest pana największa wada?
-Szczerość.
-Wydaje mi się, że to nie wada.
-A chuj mnie obchodzi, co ci się wydaje.
No i tak jak w kawale, też klnie jak szewc, zupełnie nie wiedząc przy kim może sobie pozwolić, a przy kim nie. I tak np. wchodzi w pyskówkę z dyrektorami wydziałów, którym nie pasuje, że przy nich i klientach Urzędu klnie na czym świat stoi.
Ja, mogąc już głosować, wstrzymałem się od głosu przy tym głosowaniu. Ale większość była na tak. No i przez pierwsze parę tygodni działał dość sprawnie, aż mnie zaskoczył. Prawie zacząłem żałować, że nie byłem na tak. Załatwił jakieś słodycze na święta, robił pieczątki, ogarniał kwestie kont bankowych i takich tam.
Pierwszy zgrzyt pojawił się jednak przy pierwszej wizycie u Szefa wszystkich Szefów. Nie miał zbyt wiele do powiedzenia, a to co miał dotyczyło głównie jego osoby. Potem okazało się, że ta szczerość wzbogacona jest o upierdliwość. I tak nieszczęśnicy, którzy dali mu swój numer telefonu są teraz raczeni średnio 5 telefonami dziennie. Zaczynającymi się przed siódmą rano, a kończącymi po dziesiątej wieczorem. Jedna osoba już sobie zablokowała jego numer. Wow, jeszcze nigdy nie słyszałem, żeby ktoś blokował numer. Ja, szczęśliwie, usłyszałem o tym wcześniej i gdy mnie poprosił o numer to jakoś się wykręciłem.
A potem nastąpiło meritum. Kolejne spotkanie zarządu, na którym miała być dyskutowane podejście do Szefa wszystkich Szefów w kwestii podwyżek. Jego strategia? Chce dwa razy więcej niż dostać mamy. Dyskutujemy więc, że samo chcenie nie za bardzo jest argumentem szczególnie u miłującego wszelkie możliwe tabelki i wykresy Szefa wszystkich Szefów, ale ten argument do niego nie dociera. I tu zdarzyło się coś, czego nikt się nie spodziewał. Facet się… obraził. Ale nie tak, jakbyście Wy się obrazili, gdy ktoś Wam mówi, że przedstawiony pomysł wymaga dopracowania. Tylko raczej tak, jakbyście zabili mu dzieci. Zaczął krzyczeć i stwierdził, że rezygnuje. W drodze do wyjścia ktoś rzucił, żeby ochłonął, zastanowił się i wrócił.
My w każdym bądź razie wróciliśmy do meritum problemu. A jak wrócił on, to rzucił rezygnację nie tylko z funkcji przewodniczącego, ale też członka jako takiego- pisemną. Po paru godzinach jeszcze wyciągnął swoją składkę od skarbnika robiąc przy okazji w biurze niezłe zamieszanie i spektakl dla klientów. I jakby tego jeszcze było mało wykorzystując swoje zdolności do dzwonienia do każdego, czy ten tego chce czy nie, opowiedział wszystko wszystkim, dodając przy okazji, że to reszta zarządu go wyrzuciła.
Ponieważ został wybrany z braku innych kandydatów, to tak jakby komplikuje działanie związku. A właściwie bardzo szybko prowadzi do jego rozwiązania. Jak się domyślacie, mi to w sumie obojętne, ale reszta, w tym ludzie zakładający ten związek, byli dość poruszeni. Zaczęły się więc poszukiwania kolejnych chętnych, jakieś pisma do KRS i inne tego typu.
Minęły dwa dni. Kolega były-przewodniczący przyszedł i powiedział, że on w sumie się zastanowił i jednak nie rezygnuje. Tak po prostu. Powiedział, żeby zwołać ludzi z zarządu i na spotkaniu powiedział “no sorry” i że on weźmie sobie to pismo z powrotem i wszystko będzie po staremu. Tłumaczymy więc mu, że zrezygnował- i to może nie taki duży problem. Złożył to na piśmie- i to można by odkręcić. Wyciągnął składki- mógłby wpłacić ponownie. Ale też sam, osobiście, kompletnie wszystkim łącznie z szefostwem o tym powiedział, przekręcając trochę fakty. To czego mu nie tłumaczyliśmy, to że przez to jego gadanie multum ludzi stwierdziło, że może faktycznie lepiej, że zrezygnował. A i tak znów nie zrozumiał.
Jako, że ja do tego podchodziłem najmniej emocjonalnie- czyli całkowicie bez emocji, to postanowiłem trochę ogarnąć wszystkich i czysto technicznie, w najprostszy sposób to przetłumaczyć. Że teraz nie jest członkiem, może się zapisać jeszcze raz, a o nowym przewodniczącym będzie decydowało walne zgromadzenie, na którym każdy członek będzie mógł kandydować. I ok, rozeszliśmy się.
A po wszystkim zaczął dzwonić po ludziach mówiąc, że z nami wszystko załatwione i znów jest przewodniczącym...

czwartek, 15 listopada 2018

Dzień dwieście dziewięćdziesiąty drugi- co tu się dzieje, to ja nawet nie...

Nowy Dziad odchodzi. O tym już wiecie, choć nie mieliście okazji za bardzo go poznać. Głównie dlatego, że niczego głupiego nie odwalał, żadnych rewelacji, nuda. Będzie więc jedno wolne miejsce w moim wydziale, za jakiś czas pewnie dwa. Na razie jest miejsce Nowego Dziada, które zajął po Dziadzie i szukamy Nowszego Dziada. Kandydatka jedna już jest, o czym też wiecie. Nawet zaczęła do nas przychodzić się doszkalać. No nie powiem, żebym był wielkim optymistą w tym zakresie. Plotki się potwierdzają i dziewczyna nie jest najbardziej lotną osobą, jaką znam. Co gorzej jest też całkowicie niezainteresowana tym stanowiskiem, chyba chodzi o to, że musi tutaj przeczekać, co oczywiście nie rokuje najlepiej. Jedyne plusy to to, że jest miła ogólnie.
Nie dziwię się jej, moim zdaniem to bardzo nieatrakcyjne stanowisko. Lepiej na kasie w dyskoncie zarobi. Tak 2-3x lepiej. Fakt, że będzie miała więcej pracy, no ale i tak. Na jej miejscu zainteresowałbym się też pewnymi stronami internetowymi zaczynającymi się od “chat-” lub “myfree-”. Choć tam żeby zarobić musiałaby mieć pomysł, a jak już ustaliliśmy pomysłowość nie jest jej najmocniejszą stroną.
W związku z tym nie spodziewałem się, żeby były jakieś zasadnicze problemy w najbliższym czasie z nią przechodzącą na to stanowisko. A jednak. Siedziałem sobie kiedyś sam i przychodzi kobieta. Ma ok 45 lat, dobrze wiem, bo ją znam. Pisałem chyba Wam o niej kiedyś, chciała żebym jej pisał magisterkę. Teraz od razu domyśliłem się, że przyłazi po pracę, szczególnie że pyta o Szefa, którego akurat nie ma.
Niesamowicie ujemnie wpływa ona na moje nerwy, ciągle narzeka, ale po narzekaniu zawsze dodaje, że świat jest piękny, tak jakby koniecznie chciała robić z siebie ofiarę, ale z drugiej strony gdy już to powie, to dociera do niej, że jest źle odbierana i na szybko, na byle jak, niczym organizacja 100-lecia niepodległości Polski, stara się to poprawić. I w ogóle raczej jej monolog, bo starałem się nie brać w nim udziału poza mniej lub bardziej usilnymi próbami wyproszenia jej, nie był zbyt lotny.
-Ja nie jestem rasistką, ale…
Jprdl, kobieto. Jak jesteś rasistką, to powiedz, że jesteś, a nie starasz się bezsensownie wybielać.
-Wie pani co, ja nie jestem rasistą bez żadnego ale. Ja po prostu wszystkich nienawidzę tak samo, biały, czarny, gej, hetero.
Ten potężny error, który wyskoczył jej w mózgu było widać aż w oczach, żałuję, że nie jestem w stanie nijak tego opisać lub pokazać.
-Nie no, na pewno pan tak wszystkich nie lubi.
-A jednak, ludzkość to biologiczny śmieć nadający się tylko do użyźniania pól śmierci w Kambodży.
Teraz to już nie jest error. Teraz to już hard reset, dokładnie to chciałem uzyskać licząc, że po zbootowaniu systemu pożegna się i wyjdzie. Byłoby optymalnie, niestety nie było. Fakt, porzuciła aktualny temat, ale przeniosła się na niewiele lepszy.
-A bo wie pan, dobrych mężczyzn już nie ma.
-Nie ma.
-A przynajmniej wolnych.
-Nie ma.
-Nie no, jeszcze jacyś pewnie są.
-Nie ma. Cała ludzkość dąży do regresu i zapadnięcie się w egzystencjonalną pustkę. Nie ma ratunku poza termonuklearnym holocaustem.
-To może ja przyjdę jak będzie Szef.
-Bardzo dobrze.
Jak ja bardzo bym chciał, żeby można było po prostu powiedzieć wypierdalaj, zamiast kombinować jak się kogoś pozbyć z biura. I to nie myślę o interesantach, tylko takich trujących mi dupę po nic ludziach, których ostatnimi czasy mam wyjątkowo dużo.
Jakiś czas temu pisałem Wam też o jednym facecie, który też chciałby się tu dostać. Tej kopii Szefa. Jako, że dziewczyna z poprzedniej notki tak jak pisałem, ma wyjątkowo mocne plecy, liczyłem że i ten temat jest już przeszłością. Tymczasem ledwo zdążyłem się w poniedziałek usadowić na krześle, gdy ten wchodzi jak do siebie, ściąga kurtkę i siada przy stole dla interesantów, jedynym wolnym miejscu jakie mamy żeby usiąść. To było tak irracjonalne, oderwane od rzeczywistości, nierealne i bezsensowne, że po prostu olałem to wydarzenie i kontynuowałem picie kawy całkowicie je pomijając.
Dopiero Szef, który jak zwykle spóźniony wszedł do biura zareagował.
-A co Ty tu robisz?
-Pracuję.
-Jak pracujesz?
-Na stażu.
Długa historia krótko- koleś jakoś załatwił sobie staż, o którym praktycznie kompletnie nikt w Urzędzie nie wiedział i posiedzi tak ładne parę tygodni. Właściwie do momentu, w którym Nowy Dziad zniknie z wydziału.
I teraz razem z Nowym Dziadem patrzymy na siebie ciągle nie rozumiejąc o co kaman. Koleś miał być wycięty, ale jego fizyczna forma obok nas niezbicie dowodzi, że jednak nie jest. Dziewczyna miała być i oficjalnie nic się nie zmieniło. Ale w tej sytuacji nie ma chęci przychodzić do nas przygotowywać się do przejęcia obowiązków. My nie wiemy kogo właściwie teraz mamy uczyć i czego. Czy ją, bo ona zostanie, a przynajmniej na jakiś czas zostanie. Czy jego, bo może jednak on zostanie. Ale jej nie ma, a on raczej szanse ma nikłe. Choć jego obecność wskazuje, że jednak mimo, że nikłe to jednak jakieś są. A jakby wszystkiego było mało, to Szef stwierdził, że on się nie będzie interesował. Rozumiecie? Tak bardzo boi się komukolwiek narazić (no bo ktoś o tym stażu zadecydował), że nie ma zamiaru się interesować tym, że wydział którego jest dyrektorem za kilka tygodni straci prawie połowę mocy przerobowych i nie całkowicie nie będzie możliwości ich czymkolwiek zastąpić.
Więc sytuacja wygląda tak, że laska siedzi w swoim dotychczasowym biurze obrażona z rękami założonymi, siłą rzeczy, pod klatą, koleś siedzi i się śmieje, bo udało mu się jakoś załapać na ten cały staż, Nowy Dziad siedzi i się śmieje, bo w momencie gdy szambo wybije go już tu nie będzie, ja siedzę i się śmieję, bo mimo że jeszcze odpryskami tego szamba dostanę, to liczę, że już w nieznacznym stopniu, Szef siedzi i się śmieje, bo jest idiotą.

czwartek, 25 października 2018

Dzień dwieście dziewięćdziesiąty pierwszy- wOOw.

Dłuższy czas nie nadawałem, a to dlatego że dzieje się sporo w robocie i niekoniecznie pozytywnych rzeczy. Np. wybory, nieroztropnie się zgłosiłem do obsługi komisji- miało być szybko, łatwo i przyjemnie, nie było szybko, nie było łatwo i nie było przyjemnie. Ale za to jaki długi dzień się ma, gdy wstaje człowiek o 2 w nocy.
Ale to mało istotne. Wybory bez niespodzianek. Za to u mnie w robocie… No cóż. Nowy Dziad się zwalnia. Nie bezpośrednio przez Szefa, ale dzięki niemu nie będzie tęsknił. Szkoda- mało o nim pisałem, bo nie wpisywał się w mój prześmiewczy, kpiący i szkalujący blog. Po prostu robił robotę i nie jest idiotą. Mówisz co ma zrobić i robi, nawet sam sobie w ustawie doczyta zamiast pytać o wszystko. To tak bardzo… normalne, a z drugiej tak całkowicie obce i nienormalne w Urzędowej rzeczywistości.
No i zaczęła się karuzela tego, kto na jego miejsce. Pisałem jakiś czas temu o jednym kandydacie. O nim przycichło, wygryzł go inny, właściwie inna. Skąd się wzięła nawet pisać mi się nie chce, bo jest idealne kopiuj-wklej z historii poprzedniego kandydata. Występują jednak zasadnicze różnice między nimi. Kopia mojego Szefa jest niewiele od niego młodsza i poznałem go już wcześniej jak był na praktykach w moim Wydziale jak robił studia. Ona to z kolei całkowite jego przeciwieństwo- młoda laska, przez którą dzisiejszy tytuł zapisałem w taki, a nie inny sposób.
Początkowo byłem nawet zadowolony. Jest młoda, to kompa i net ogarnie, a to 50% sukcesu. Może nie ma skończonych studiów, ale ja w dwa lata po maturze też ich nie miałem. Do tego dobrze się z nią gada, parę razy byliśmy na jakimś piwie czy kręglach Urzędowych. Mały minusik, że siedząc vis-a-vis musiałbym przeciwstawić swoją siłę woli sile grawitacji dwóch masywnych obiektów.
Tak było początkowo. Potem zaczęły spływać do mnie różne mniej niż bardziej pochlebne informacje. A to kiedyś gadaliśmy o czymś w robocie i powiedziałem, żeby poszukała rozwiązania problemu w BIP-ie, na czym sromotnie poległa nawet po tym, gdy już wskazałem jej dokument, w którym ma szukać. Kiedy indziej na piwie siedzieliśmy bliżej siebie niż dalej i miałem okazję parę godzin posłuchać jej wywodów. Pewnego czasu trafiła na spotkanie, na którym cisnęliśmy w RPG i miała spore problemy z dodawaniem modyfikatorów do wyników rzutu…
Nowy Dziad zawsze gdy wracał temat patrzył na mnie i tajemniczo się uśmiechał. Nigdy nie pytałem o powody, wyszedłem z założenia, że dokładnie wiem, o które dwa powody mu chodzi. Okazuje się, że jest jeszcze trzeci, o którym nie wiedziałem (nie, nie ma siusiaka). Choć słyszałem jakieś plotki tu i tam. Podchodziłem do tego jednak z dużą rezerwą. Młoda, ładna dziewczyna, pewnie stare babsztyle ją obgadują. Nie można wierzyć we wszystko co ludzie mówią gdzieś tam za plecami innych.
-I co, gotowy jesteś na nową koleżankę? -pyta Nowy Dziad.
-W miarę, a czemu?
-No bo wiesz, jaki tam jest problem.
-Głupie gadanie plotkujących bab.
-Ona sama mi to powiedziała.
-Co? Sama ci powiedziała, że nie ma matury?
-Tak.
-...

…---...

czwartek, 27 września 2018

Dzień dwieście dziewięćdziesiąty- Co? Co?

Ulubioną formą szkolenia dla Szefa jest samokształcenie kierowane. Bo to szkolenie, w czasie którego nie musi szkolić. Weźmie skądś prezentację, wyśle ludziom na maila i odfajkowane, wszyscy przeszkoleni. Oczywiście nikt przeszkolony nie jest, ale w papierach mu się zgadza, a kogo obchodziła by reszta. No niestety nikogo, więc jest jak jest.
Problem z tym wszystkim jest taki, że żeby gdzieś wysłać to trzeba wpierw znać adresy. Nowy Dziad powiedział, że zrobi listę, ale łazić po ludziach nie będzie, żeby mu podali. Szef powiedział, że ok, to w takim razie on będzie chodził, a gdy tylko dostał listę, powiedział żebym poszedł zebrać. No dzięki. Oczywiście trochę się z nim pokłóciłem, ale to kopanie się z koniem, nie ma sensu. Wpadłem jednak na lepszy pomysł. Po co mam chodzić po wszystkich, pójdę do informatyków i wezmę listę adresów służbowych.
Jak pomyślałem, tak zrobiłem i już po chwili byłem w ich progach.
-Daj mi proszę listę służbowych maili.
-A po co ci one?
-Muszę coś wysłać ludziom.
-No to słabo, bo większość ich nie sprawdza.
-Jak nie sprawdzają służbowych maili?
-No normalnie.
-Dobra, nie ważne. Daj mi listę.
-Tylko nigdzie jej nie puszczaj. Nie chcę żeby skrzynkę zasrywał spam.
-Nie no, jasne. Wysyłam tylko do naszych.
Jak powiedziałem, tak zrobiłem. Nie wysłałem nawet do wszystkich, szkolenie miało dotyczyć może ⅕ Urzędu w tym mnie. Proszę, można mądrze pracować? Ja wiem, cała idea samokształcenia kierowanego jest idiotyczna, ale w tej całej głupocie znalazłem choć jakieś sensowne rozwiązanie. Niezbyt dumny z siebie i wykonanej pracy poszedłem więc do domu.
A tam już czeka na mnie Kingdom Come: Deliverance. Ogółem średnie i nie polecam w szczególności za pełną cenę. Jeśli dorwiecie promkę na Steam tak minimum 50% to możecie się zastanowić. Ja miałem tylko -40% więc gram już do końca, żeby nie mieć poczucia zmarnowanej kasy. I tak po kilku godzinach z XV-wiecznych Czech wyrywa mnie telefon. Godzina 22, dzwoni informatyk, coś niechybnie się stało.
-No co jest?
-Coś ty zrobił?
-Ja? Nic?
-Wysłałeś maila.
-No tak, dokładnie tak jak ci mówiłem.
-Ale do wszystkich.
-Do wszystkich, których musiałem, tak.
-Mówiłem ci, żebyś nie dawał nikomu listy.
-Przecież nie dałem nikomu… Wysłałem służbowego maila, na służbowe maile paru ludzi w naszym Urzędzie.
-No właśnie! Nie tak się umawialiśmy.
-Co? Mówiłeś, że nie ma wyjść bo nie chcesz spamu. Przecież nie wyszło, wysłałem do naszych.
-U nas to gorzej niż jak byś na ulicy zostawił! Ci ludzie są nieobliczalni!
-Co?
-Co?
-Przecież to co mówisz jest… Pojebane.
-No ja pierdolę, ale tak jest.
-Dobra, ok. Zapomniałem, że nie pracuję w normalnym miejscu. Sorry. Wysłałem tylko do paru osób, mam nadzieję, że do tych co nie odbierają lub są normalni.
-Ok, tylko na przyszłość tak nie rób.

Ja już się nawet dziwić przestałem.

czwartek, 13 września 2018

Dzień dwieście osiemdziesiąty dziewiąty- +1.

Szkoda, że Google+ się nie przyjęło. I tak samo szkoda, że Google wyłączy Inbox. No ale widać nie można mieć wszystkiego i czasami od dostatku głowa może jednak rozboleć.
Niedługo będzie bolała mnie. Dostanę kolejnego współpracownika do biura. Ale co? Ale jak? Dobre pytania. I wiem, że rodzi się ich więcej, ale na te akurat jestem w stanie odpowiedzieć. Wszyscy wiemy, że kobiety mają tendencję do wkurwiania pracodawcy zachodzeniem w ciążę. Ja rozumiem obie strony sporu, bo z jednej strony ktoś może chcieć mieć dziecko (no tego akurat nie rozumiem, ale rozumiem, że tacy ludzie mogą istnieć), a z drugiej uprawianie seksu bez zabezpieczeń będąc zatrudnionym może skutkować 2-letnim wyautowaniem pracownika. Nie zawsze to są te dwa lata, ale akurat w przypadku urzędów to jeszcze nie spotkałem się z przypadkiem, żeby któraś nie skorzystała na 100%. U nas w tym momencie na tym 100% jest 5-7% całego składu Urzędu. A tak się składa, że jak urzędniczka się rozmnaża, to nie tylko powiększa się jej rodzina, ale też ilość pracowników urzędu. Bo nie idzie na zwykłe L-quattro z którego wróci za tydzień, ale wypada z obiegu na 24 miesiące. Musi więc mieć zastępstwo, które jest jak dziecko. Po tych 24 miesiącach nie znika.
Ale jak to? Prosto, jak drut w kieszeni. Gdy ktoś pracuje w urzędzie 2 lata, to nie raz i nie dwa usłyszy jak radny nazywa proboszcza chujem. W związku z czym zwolnienie takiej osoby mogłoby skutkować tym, że proboszcz dowie się, że w opinii radnego jest organem znajdującym się o wiele niżej niż mózg bądź serce, którymi to oficjalnie przez radnego jest nazywanym. A to z kolei mogłoby doprowadzić do poważnego kryzysu w relacjach pomiędzy wójtem, panem a plebanem. Jednakże gdy kobieta wraca po 2-letnich wczasach w piekle, które sama sobie zafundowała, nie może być tak, że nie wróci na swoje stanowisko. Więc zastępstwo wywala się gdzieś.
I to właśnie mi się przytrafiło. Dostaję spadochroniarza, którego nikt inny nie chce. Dla którego nie ma miejsca pracy w moim biurze, który nie będzie miał swojego komputera, a nawet jeśli go dostanie, to bez łączności z netem. Nie ma dla niego też pracy. A najśmieszniejsze, że ciągle oficjalnie o tym nie wiem, bo Szef z jakichś powodów ciągle mi nie powiedział. Ja z kolei nie wiem, dlaczego on się na to zgodził… Wróć, wiem czemu się zgodził- nie ma nawet mglistego wspomnienia jaj, żeby się postawić takiej oczywistej głupocie.
Ale tu sprawa się nie kończy. Koleś, który ma do nas przyjść jest po prostu kopią Szefa. Może nie 1:1, ale mimo wszystko. Nie ma jakichkolwiek przydatnych umiejętności (chciałem napisać, że gra na gitarze, ale akustycznej- a to jest totalnie lamerskie i nie metalowe), a do tego jest lotny jak 100-tonowy głaz.
To jest dla mnie taka abstrakcja, że normalnie bym w to nie uwierzył. Ale słyszałem to już z 5 niezależnych od siebie źródeł, w tym najwyżej postawionych. To znaczy, że już niedługo będę zewsząd otoczony wariatami. Najchętniej wyskoczyłbym przez okno, ale parkuje pod nim zbyt ważna osoba swoją S-Klasą (w leasingu na firmę, więc nie musi go wykazywać) i jakoś tak onieśmiela mnie wizja zniszczenia go swoim żałosnym cielskiem.
No cóż, wytrzymać jeszcze trochę.

czwartek, 30 sierpnia 2018

Dzień dwieście osiemdziesiąty ósmy- powrót króla.

Wróciłem. Cieszycie się? No ja tak średnio.
Ale żeby nie było, że tylko źle i niedobrze. Cieszę się, bo od razu po mnie na urlop poszedł Szef, a to znaczy, że jego zakazanej mordy nie będę widział niemal dwa miesiące. DWA MIESIĄCE. Zacząłem profilaktycznie brać leki, żeby mi nie odwaliło z tej radości. Praca idzie jak nigdy, wszystko bezproblemowo, mało tego- skarbnik do mnie ostatnio dzwonił tylko po to, żeby powiedzieć jak dobrze mu się ze mną pracuje. Wierzcie lub nie, ale tak było. Wszystko idzie do przodu, gdybym tylko nie musiał z każdym głupim pismem latać po podpis pół Urzędu… Jak na mój gust Szef może nie wracać.
O, pardon. Dwie sprawy nie idą gładko i nie idą do przodu. Obie zostawił mi Szef przed pójściem na urlop. Pierwsza to kwestia faktury. NIENAWIDZĘ płacić faktur w Urzędzie. Do tego stopnia, że jak jest jakiś mały zakup, powiedzmy dorabianie klucza, to płacę z własnej kieszeni. Serio, mój czas i nerwy są więcej warte niż te 6 zł. To jest po prostu chore, powinienem mieć możliwość swobodnego dysponowania budżetem wydziału na zadania wydziału… A nie, czekaj, zapomniałem, że dzięki Szefowi mój wydział właściwie nie ma budżetu, no to tak, czym jak mogę sobie dysponować.
Tak więc jedną zostawił mi Szef, myśląc że będę musiał się z tym bujać. I to wyjątkowo dość poważnie, bo sobie ją przetrzymał, termin płatności już jakoś blisko, a sprzętu za który płacimy jak nie było tak nie ma. Był- ale uszkodzony i został odesłany do wymiany. Na jego miejscu odesłałbym też fakturę, no ale on postanowił tego nie robić. Jedyne, czego nie podejrzewał, że firma nie będzie się spieszyła i nowy towar nie przyjdzie przed jego powrotem. Ja sam nie będę puszczał faktury, póki nie mamy sprzętu. A jak skarbnik, któremu tak dobrze się ze mną pracuje, zacznie srać ogniem to chętnie powiem mu, kto postawił nas w takiej, a nie innej sytuacji.
Drugi problem jest trochę bardziej kłopotliwy. Wracając do roboty oczywiście szybko zacząłem korzystać z umywalki, a tam… Cały suszak zawalony naczyniami. No dobra, to pomyślałem, że aby nie jeść jak zwierzę, to sobie wezmę talerz do pizzerki (BTW mam koło roboty świetne pizzerki). Chwytam pierwszy, drugi, siódmy- wszystkie ujebane jak stół w TVN. Patrzę po kubkach, uwalone. Wywaliłem wszystko i zacząłem myć. Może i bym tego nie robił, gdyby nie to, że potrzebowałem talerza, talerzyków i filiżanek. Wiadomo, powrót z wczasów, wolne biuro to od razu robi się ruch jakiego nigdy nie ma. A do tego potrzebowałem wolnego miejsca na swój kubek.
Ostatecznie z tego ostatniego zrezygnowałem. W czasie zmywania wyraźnie poczułem, że coś śmierdzi ze zlewu. No nic, poczekałem na panią sprzątaczkę i zalaliśmy całość kretem. Spłukaliśmy, potem zalaliśmy ponownie. Jak już poszła samotnie spłukałem całość po raz drugi. Ciągle wali. Zgodnie z jej radą zalałem całość domestosem. Potem spłukałem. Nadal wali. Wziąłem więc odkręciłem wodę, żeby może wymienić ją z tym co stoi w syfonie. Ciągle wali. Następnego dnia powtórzyliśmy procedurę, znów bez efektów. Jutro idę do woźnego, będzie rozkręcał syfon i czyścił, jestem ciekaw czy coś to da.
A jeszcze bardziej jestem ciekaw, co tu się odjaniepawliło podczas gdy mnie nie było.