"Ludzie mówią, że powinienem być urzędnikiem. Piję dużo kawy i mam wszystko w dupie."
Zanim poszedłem do urzędu myślałem, i to całkiem poważnie, że to normalne miejsce pracy jak każde inne. Że rano pójdę do pracy i po 8 godzinach wrócę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Zmęczony, ale zadowolony- ze swojego dzieła, z wkładu w rozwój lokalnej społeczności no i z pensji. Moje wyobrażenie nie mogło być chyba bardziej mylne...
Oto zapiski z mojej pracy, spojrzenie “od wewnątrz” na pracę w jednym z polskich urzędów. Przy okazji zastrzegam sobie prawo do podkolorowania moich historii, ale o nie więcej niż 10%. ;)

niedziela, 10 kwietnia 2011

Dzień szesnasty- film noir.

Był zimny, wiosenny poranek. Jak co dzień siedziałem w swoim biurze pijąc czarną kawę i paląc papierosa. Delektowałem się jego smakiem, delikatnym białym dymem unoszącym się po pomieszczeniu. Za oknem siąpił deszcz, zimne krople rytmicznie rozbijały się o powierzchnię szyb, a na biurku w nieładzie porozrzucane leżały kartki przykrywające butelki po whiskey. “Cholera -pomyślałem- jak tak dalej pójdzie sprawy mnie wykończą”. Wiedziałem jednak, że nie mogę tego rzucić tak po prostu w cholerę. A może? Sprzedać wszystko, zmienić nazwisko i zostać cowboyem na wielkich równinach.

Moje rozmyślania przerwała Ona. Weszła do mojego biura gwałtownie niczym Katrina do Nowego Orleanu. Długa, jedwabna suknia z rozporem do samej pachy podkreślała jej kształty, wymalowane czerwoną szminką usta zaciskały się na szklanej fifce. Omiotła biuro wzrokiem zamykając drzwi, po czym zawiesiła swoje piwne oczy na mnie i oparła się o ścianę.

-Pan inspektor? Mówiono mi, że mogę tu pana znaleźć.

Moje serce zadrżało jak dawno nie miało w zwyczaju. Oto na ten zgniły świat zstąpił anioł i przemówił akurat do mnie.

-Tak, to ja. W czym mogę pomóc?

-Potrzebny mi detektyw, ktoś taki jak pan, aby odnaleźć zaginioną figurkę złotego cielca.

Byłem zawalony robotą, żyłem na kawie, whisky i fast-foodach, ale coś mi mówiło, że muszę wziąć tę sprawę. Wieloletnie doświadczenie podpowiadało, że może być to coś grubego. Od razu się zgodziłem i gdy tylko opuściła biuro ubrałem płaszcz i kapelusz i ruszyłem na poszukiwania.

Chwilę później stałem przed szarym, monumentalnym budynkiem z początku stulecia. Masywna, toporna fasada idealnie korelowała z instytucją, która znalazła w niej swą siedzibę. Plebania. Wchodząc do środka przez stare, drewniane odrzwia zgasiłem papierosa. Znalazłem się na długim, niczym nie oświetlonym korytarzu. Sylwetki starych, zgarbionych ciężarem życia ludzi kłębiły się w ciemności czekają na swoją kolej. “Jeśli będę z nimi czekał, sam się zestarzeję” pomyślałem po czym szepnąłem pod nosem:

-Chcą przenieść krzyż spod pałacu.

W ciemności błysnęły dziesiątki nienawistnych ślepi, po czym ze złowrogim szumem tłum ruszył ku wyjściu. Chwilę później byłem sam. Pewnym krokiem skierowałem się do biura. Za biurkiem siedział starszy, posiwiały mężczyzna, który na mój widok aż podskoczył, a gdy zobaczył legitymację prywatnego detektywa podejrzanie przypominającą paszport Polsatu wstał z miejsca aby podać mi rękę. “Dość tych uprzejmości” pomyślałem.

-Dość tych uprzejmości. Szukam zaginionej figurki złotego cielca.

-Złotego cielca? Nic mi o nim nie wiadomo...

Moja pięść uderzyła z prędkością niepełnosprawnej kobry. Usłyszałem głuchy chrzęst, ale nie drgnął mi ani jeden mięsień twarzy. “Cholera, twarde te biurka robią, jeszcze 2 minutki muszę wytrzymać potem wyjdę i nastawię sobie palce”.

Na moim rozmówcy ewidentnie zrobiło to wrażenie.

-Zrobiło to na mnie wrażenie inspektorze. Niewielu jest w stanie zwichnąć sobie palce uderzając w machoniowe biurko aby zdobyć informacje...

-I nie okazać bólu- dodałem skromnie.

-...i nie okazać bólu. Niestety ja nic nie wiem na ten temat, proszę skontaktować się z kapelanem prosektorium, niestety nie znam jego numeru.

Obróciłem się na pięcie omiatając pomieszczenie szarym płaszczem i wyszedłem...

wtorek, 5 kwietnia 2011

Dzień piętnasty- strzelamy białą pianą.

Wszyscy, którzy skojarzyli to z gaśnicą mogą być z siebie dumni. Reszta, której w głowie tylko seks, pornuchy i szampan- wstydźcie się. W urzędzie biała piana może kojarzyć się tylko i wyłącznie z gaśnicą, bo nawet na kawie nie ma pianki. Urządzenie to jak wszyscy zdajemy sobie sprawę jest nie tylko bohaterem filmów przyrodniczych w kooperacji niemiecko-szwedzkiej, ale także stanowi istotny element walki z pożarem. Ten z kolei w miejscu pełnym papieru, dokumentów i drewna jest niezwykle niebezpieczny. Takim miejscem jest urząd, toteż postanowiono zorganizować “instruktaż użytkowania gaśnicy”, który mieli zaliczyć wszyscy urzędnicy, w tym także ja.

Zajęcia prowadziło dwóch byłych strażaków pracujących aktualnie w firmie zajmującej się zabezpieczeniem p-poż różnych miejsc. Na wstępie dowiedziałem się, że całość potrwa około 30 minut. Czego się nauczyłem? Wielu pożytecznych rzeczy- że gaśnice używa się przez wyciągnięcie zawleczki i naciśnięcie spustu, że można nią gasić pożar i że nie można gasić ludzi. Wow, tyle nowych informacji! Jak mój mózg poradzi sobie z ich przyswojeniem?! Dowiedziałem się też, że byli strażacy potrafią zaginać czas i wychodząc z sali nie mogłem wręcz uwierzyć, że minęło już pół godziny. Nawet mój zegarek zwariował i wskazówka przesunęła się tylko o 7 minut.

Podróż w czasie i wysłuchanie oczywistych oczywistości to jednak nie były jedyne przewidziane atrakcje! Po opuszczeniu sali wszyscy udaliśmy się na dziedziniec, gdzie każdy chętny mógł własnoręcznie użyć gaśnicy na wyimaginowanym pożarze śmietnika! Co prawda gaśnic było 4, chętnych 10 razy więcej, więc większość przećwiczyła jak to jest nacisnąć spust gaśnicy. Z pewnością ich życie zmieni się dzięki temu na lepsze i jeśli kiedyś, oby nie, znajdą się w środku szalejącego żywiołu będą mogli śmiać się do rozpuku- bo kiedyś już nacisnęli spust.

Nie obeszło się jednak bez przypadkowych ofiar. Chyba jedyną osobą, która w tym momencie (i pewnie nie tylko tym) rzetelnie wykonywała swoje obowiązki był woźny. Jednym z tych obowiązków jest wyniesienie różnych śmieci do jedynego kontenera stojącego na dziedzińcu urzędu. Niestety nie przewidział, że jedna z urzędniczek w szale po wyobrażeniu sobie pożaru śmietnika będzie miała zajętą całą moc obliczeniową mózgu rozwiązaniem jej osobistego węzła gordyjskiego- wyciągnięcia zawleczki z gaśnicy, że adrenalina uderzając w każdą komórkę jej ciała realizując “walcz/uciekaj mode on” wyostrzy jej wzrok zawężając go i skupiając na celu akcji, że będąc potomkiem wielkich wojowników wie, że aby przeżyć w ogniu walki trzeba działać odruchowo, a nie myśleć. Nie mógł tego przewidzieć biedny woźny, a gdy na jego ciele i ubraniu lądowały pierwsze cząsteczki piany gaśniczej było już za późno na jakąkolwiek reakcję. To powinno skutecznie nauczyć go rytmu urzędniczej pracy i ugasić jego zapał do roboty, a nie nadgorliwiec jeden...

niedziela, 3 kwietnia 2011

Dzień czternasty- odwaga(?) wymagana.

Idąc do pracy w urzędzie nie sądziłem, że będzie w nim wymagana jakaś specjalna odwaga. Tzn, właściwie sądziłem, że nie będzie wymagana żadna. Bo i po co? Starcie z kserem nie jest przerażające, chyba że się je zepsuje. Nie ma tu stresów- wszystko da się tak czy inaczej naprawić, a każdy tu popełnia jakieś większe lub mniejsze błędy. Nie przeprowadzam tu operacji na otwartym sercu, choć patrząc po ilości zadań dodatkowych jakie z sukcesem wykonuję to pewnie i w tym bym się sprawdził.

A jednak. Przede wszystkim potrzebna jest odwaga w kontaktach z ludźmi. Iść i powiedzieć im, że właśnie łamią prawo i jeśli nie zmienią swojego złego postępowania my rozpoczniemy własne- to jednak wymaga trochę odwagi, szczególnie, że ludzie różnie reagują.

Jak już wiecie, wśród moich licznych obowiązków znajduje się także fotografowanie różnych obiektów. Na ogół jest to dość przyjemne zajęcie. Można pospacerować, odetchnąć świeżym powietrzem, rozprostować kości. Jedyną przykrością, jaka może się przytrafić, jest złość gdy po długich poszukiwaniach okazuje się, że to czego szukamy, nie istnieje.

Dziś dostałem kolejne zlecenie, tym razem blisko, bo chodziło o podwórze jednej z kamiennic stojących niemal tuż przy urzędzie. Ździwiło mnie to trochę, przechodziłem tysiące razy z każdej jej strony i nigdy czegoś takiego jak podwórze nie zarejestrowałem. No ale ja nie jestem od dyskutowania, wziąłem aparat i ruszyłem w teren. Pierwszym wyzwaniem, jakiemu musiałem sprostać, było dostanie się do kamiennicy. To bynajmniej nie jest takie proste. Nauczony doświadczeniem osiedlowym z roznoszenia listów, olałem kompletnie domofon i naparłem na drzwi (szkoda, że tylko na nie mogę napierać...). Mocno się zdziwiłem po rozpłaszczeniu mojego kaprawego ryja na plexiglasie. Jednak trzeba dzwonić. Hm, dzień dobry poczta? Nie, powiem szczerze, bzzzzzzzz,

-Kto tam?

-Dzień dobry ja z urzedu...

-O matko boska! (bzzzzzzz)

Trochę bardziej dramatycznie niż miałem nadzieję, ale ok, jestem w środku (ekhm, sorry, dziś wszystko mi sie kojarzy). Wędruję, zwiedzam, dzwonię do jakichś drzwi, ogółem nie mogę znaleźć podwórka. Po chwili ze swojego mieszkania wychodzi kobieta, do której domofonem dzwoniłem

-To pan z urzędu dzwonił?

-Tak, to ja, ale ja tylko podwórze fotografować chciałem. Wie pani jak można na nie się dostać?

-Podwórko? Tu nie ma.

A-ha. Ok, dzięki, wracam. Na miejscu melduję szefowi innego wydziału, że według mieszkańców takie miejsce jak podwórze nie egzystuje w przestrzeni architektonicznej wspomnianego budynku. Podobno jednak jest, dostaje nowe wytyczne- iść i znaleźć choćby nie było, choć być musi. Ok, lecę.

Bzzzzzzz (inne mieszkanie, nie będę robił debila z siebie przed jakąś starą babą), bzzzzzz. O, fajnie, wszedłem bez gadania (wymarzona sytuacja... cholera, chyba jakiś sfrustrowany jestem). Przechodzę do metodycznej eksploracji, aż trafiłem na taki korytarz:



Dobrze, że to środek dnia, bo wieczorem bałbym się o integralność tylnej części mojego ciała. Jeśli gdzieś miałoby być podwórze, to pewnie za tymi drzwiami. Żwawym krokiem ruszyłem po skrzypiących deskach na spotkanie przeznaczenia. Me bystre, sokole oczy dostrzegły już w połowie długości korytarza, że widnieją tam dwa zamki, bez kluczy. Jeśli będzie zamknięte, to zaczną się schody. Ponownie tego dnia naparłem na drzwi przybierając przy tym tak podniosłą i pełną siły postawę, że od razu mógłbym zostać przeniesiony na komunistyczne plakaty chwalące robotników i ich 300% normy. Pod naporem tytanicznej siły lub majestatu przedstawiciela ludu pracującego miast i wsi (a może po prostu dlatego, że nie były zakluczone) odrzwia ustąpiły, a mym oczom ukazał się widok, którego nie jestem w stanie opisać, dlatego posłużę się poglądowym materiałem fotograficznym.



Wyobraźcie sobie, że ludzie z najniższych okien na ostatnim zdjęciu mają widok z mieszkania TYLKO na to “podwórze”. Współczuję im. A ja tymczasem odkryłem kolejną tajemnicę i kolejną misję zaliczyłem(ekhm) z sukcesem. Zastanawiam się, czy by nie zacząć wzorem strzelców wyborowych zaznaczać ilość “ustrzelonych” obiektów cięciami na obudowie. Nie wiem tylko co by powiedział urząd, jako właściciel aparatu.

poniedziałek, 28 marca 2011

Dzień trzynasty- ile potrzebuję do pracy.

Profesja urzędnika towarzyszy człowiekowi już od bardzo dawna. Już historycy rzymscy pisali, że ciepłymi, italskimi nocami można było usłyszeć nad niemal całym Tybrem jak Juliusz Cezar siedząc nad papirusami krzyczał w rozpaczy “Jaki kurwa wniosek?!”* Nazbyt oczywiste jest, że ta sztuka zaczęła rozwijać się znacznie wcześniej i z pewnością może konkurować z prostytucją o miano najstarszego zawodu świata (jak na mój gust, nie tylko pod tym względem może konkurować) i rozwija się nieprzerwanie do dziś.

Niewątpliwie w zamierzchłych czasach urzędnikom do pracy potrzebna była wiedza i przybory, ogólnie nazwijmy je, piśmiennicze. Czasy jednak się zmieniają, dziś wiedza potrzebna nie jest, za to przyda się wiele innych rzeczy bądź atrybutów i nawet w nich odbija się bezsens i burdel urzędowy.

Pisałem już kiedyś o bezprzewodowych telefonach, oczywiście są niezbędne w pracy. Dlaczego ma on jednak stację dokującą w najdalszym kącie pomieszczenia, tak że każdy kto chce z niego skorzystać i tak musi wstać i się przespacerować? Nie wiem.

Dzisiejszy urzędnik potrzebuje też komputera. Powiem szczerze, albo tak jest wszędzie, albo jestem jakimś ponad-urzędnikiem (co przy ilości rzeczy, jakie robię nie jest takie nieprawdopodobne), bo do pracy potrzebuję nie jednego, nie dwóch a dokładnie trzech komputerów! Pewnie zastanawiacie się po jaką ciężką cholerę, skoro pewnie w Małymmiękkim mało kto używa tylu. Już tłumaczę- przede wszystkim jest komputer na którym pracuję ja (i pod tym pojęciem rozumiem też pracę, a nie tylko przeglądanie neta). Jednak nie mam na nim wszystkich potrzebnych materiałów, dokumentów, ani (o zgrozo!) Office 2007 w którym tak dla jaj zapisana jest ⅓ dokumentów. Dlatego potrzebuję dostępu do drugiego komputera na którym to wszystko jest. Dodatkowo część z tych dokumentów muszę wydrukować i do tego potrzebuję 3 komputera przez którego podłączone do drukarki są pozostałe 2. Nieoficjalnie potrzebuję jeszcze 4, mojego prywatnego komputera, na którym mam Power Pointa w przeciwieństwie do 3 pozostałych.

Z rzeczy “komputerowych” potrzebuję jeszcze Pendrive'a. Po co spytacie, skoro komputery w urzędzie połączone są ze sobą siecią? Po to, że części dokumentów/dokumentacji nie możemy nią przesłać bo są za duże...

Potrzebuję oczywiście jeszcze aparatu fotograficznego. Posiadamy jeden na stanie, którego stałem się niemal stałym użytkownikiem. Okazyjnie wykorzystywany jest do robienia zdjęć wycieczek krajobrazowo-turystycznych różnych urzędników. Jak się szybko okazało jestem jedną z nielicznych osób w moim wydziale, która umie go obsługiwać. Nie, nie- nie chodzi o to, że jestem artystą jak Hegre, chodzi o zgranie zdjęć na dysk bądź wyjęcie baterii. I nie, ja nie żartuję. Dzwonią do mnie z innych biur, żebym przyszedł wyciągnąć baterie, albo przynoszą mi aparat, żebym zgrał zdjęcia i wysłał je siecią. Dziś wyjątkowo wyjąć baterie postanowiła jakaś urzędniczka i już chwilę później była u mnie. Jakimś cudem wsadziła je z powrotem tak, że ani aparat nie działał, ani klapki nie dało się otworzyć. Nie szło sprytem? Poszło siłą, taką, że wygiąłem w 2 bateriach metalowe obudowy. Wyciągnąłem, wsadziłem poprawnie, dobrze zamknąłem. Chwila prawdy- aparat działa, klapka otwiera się bez problemów...

Przy okazji- to nie jedyna rzecz jaką potrafię wykonać jako jeden z nielicznych tutaj. Takie rzeczy jak zmiana marginesów górnych/dolnych w Wordzie czy pokazanie, że internet przegląda się wygodniej za pomocą Firefoxa/Chrome z AdBlock, Flashem i readerem PDF jest znacznie łatwiejsze niż zawalonym miliardem reklam i toolbarów IE również wchodzą w zakres tego co robię. Ostatnio jeden urzędnik krzywił się, że ma zaznaczyć na mapce pewien obszar, co mi zajęło w GIMPie dosłownie 2 minuty, a wcale się jakoś specjalnie na obsłudze programów graficznych nie znam...


___

*-żartuję, wcale tak nie krzyczał.

piątek, 25 marca 2011

Dzień dwunasty- welcome to the jungle!

“Znowu dziś widzę zachód słońca
Znowu udało się doczekać końca
Mniej szczęścia mieli, ilu ich było
Wielu, nawet ich nie liczyłem”

Ta piosenka Kultu może być dla mnie hymnem dnia dzisiejszego. Co prawda z samego ranka gdy zgadzałem się na różne rzeczy jeszcze o tym nie wiedziałem, ale w tej chwili mam tego pełną świadomość. I jak się łatwo domyślić, wszystko było z początku niewinne jak gimnazjalistki zakonnice przedszkolaki.
Z samego rana przy śniadaniu zostałem spytany, czy nie chciałbym pomóc w dokonaniu skomplikowanych pomiarów geodezyjno-architektonicznych. Oczywiście bez namysłu się zgodziłem mając nadzieję wykorzystać moją wiedzę z zakresu teorii i praktyki obsługi urządzeń typu: niwelator, teodolit. Niestety mój urząd ubogi jest i do pomiarów otrzymaliśmy profesjonalny sprzęt w postaci 10 metrowej miarki, 2 kartek papieru A3 i ołowka Faber Castell. Uzbrojeni w to, oraz poczucie własnej wartości udaliśmy się na miejsce, gdzie szybko okazało się że do zmierzenia pasa zieleni o nieregularnym kształcie i wymiarach wraz z ciągiem drogowo-pieszym około 80x15 metrów trochę lepsze urządzenia byłyby niezwykle przydatne. Ale nic to, z jeszcze większym zapałem podbudowanym “kto jak nie my?” zabraliśmy się do wykreślania i pomiarów.
Czasem, w przypływach głębszego natchnienia (czyli zazwyczaj gdy ładuje mi się kolejny level w grze) rozmyślam jak to byłoby być murzynkiem Bambo i w Afryce mieszkać. Zamiast domku mieć lepiankę, zamiast komputera AK-47 i zamiast dziewczyny owcę. A nie, owca wróć, miała być Afryka nie Podhale.W każdym bądź razie ciekawe jakby moje życie potoczyło się na Czarnym Lądzie wśród topless lasek potykających się o własne obwisy i ogólnej biedy oraz ubóstwa. Kiedyś wydawało mi się, że takie życie byłoby niezwykle trudne i niebezpieczne. Teraz już wiem, że byłem w ogromnym błędzie.
Bo żaden mieszkaniec środkowej Afryki w przeciwieństwie do mnie nie musi klęczeć w zimny, marcowy poranek przy głównej drodze przelotowej Fatherla... Niemcy-3miasto trzymając pieprzoną miarkę podczas gdy kilkudziesięciotonowe ciężarówki z rykiem przemykają w odległości 10 cm. Lew? Pierdolić lwy, niech spróbują nie stchórzyć przed TIRem! Bo ich kierowcy, mordercy, psychopaci na drogach, z pewnością nie odbiją. To jest prawdziwa dżungla, to jest prawdziwe niebezpieczeństwo, a nie liżący się po jajach lew na sawannie. Przyozdabianie ciała krwią pokonanego zwierzęcia? Cieniasy. Spróbujcie zarżnąć Volvo i wysmarować się olejem.
Pomiarów udało się dokonać przy braku strat własnych. Plan wyszedł całkiem dobry, udało się go przenieść w Corela i na jego podstawie powstanie coś nowego, wspaniałego, rozwijającego lokalną społeczność i ułatwiającego jej życie. Czy więc się tu obijam? Raczej nie, szczególnie że dziś poznałem historię urzędnika, który nie jest w stanie stworzyć jednego dokumentu, właściwie planu (coś jak plan ewakuacji ludności w przypadku powodzi, ale nie chodzi o ludność ani o powódź) i nie jest w stanie tego dokonać od, fanfary, 2006.

środa, 16 marca 2011

Dzień jedenasty- urzędnicza wpadka.

Tak się składa, drogie dzieci, że urzędnik na szczęście nie zawsze ma racje. Czasem zdarza się popełnić błąd, co gorsza nawet w dobrej wierze. Co prawda nie jest on aż tak tragiczny w skutkach co błąd chirurga w czasie operacji serca, jednak może być średnio przyjemny. Jednego z nich byłem świadkiem, na szczęście nie uczestnikiem.
Wszystko zaczęło się bardzo niewinnie. Do kolegi z urzędu przyszedł klient po pozwolenie, otrzymał oczywiście wniosek do wypełnienia co uczynił na miejscu nie podając jednak dokładnej lokalizacji (odręczna mapa bez skali) oraz wymiarów (“będzie tak jak ten obok”). Zgodę otrzymał (jak się później okazało był to błąd). Kilka dni później w czasie wyprawy na moje urzędnicze łowy dostrzegłem konstrukcję, która wydała mi się nie mniej podejrzana niż ksiądz koło przedszkola (czujecie ten prostacki kawał w stylu wojującego ateizmu?). Zrobiłem więc szybkie foto i wróciłem do urzędu kierując swoje kroki do opowiedniego pokoju.
-Ty wydałeś pozwolenie na to-tamto?
-Ta.
-A widziałeś to dzieło?
-Nie?
-To patrz.
-O kurwa...
Facet czym prędzej się ubrał i ruszył w miasto. Po niemal godzinie wrócił i zdał relację z burzliwej wymiany zdań. Urzędnik prosił obywatela, aby ten zmienił ten koszmar i zrobił tak jak było mówione, obywatel nie zamierza. Popełnione więc zostało urzędowe pismo anulujące pozwolenie. Poszło oczywiście pocztą, więc kilka dni było spokoju. Do jednego z pięknych, wiosennych dni, kiedy to już prawie wybieraliśmy się do domu zadzwonił telefon. Z kilku metrów było słychać kto dzwoni i to bardzo poddenerwowany. Groził nawet ministerstwem. Gdyby mógł usłyszeć jaki ryk śmiechu nastąpił jak odłożył słuchawkę to by mu się chyba głupio zrobiło. No ale nic, umówił się na odwiedziny w urzędzie i załatwienie tej sprawy.
Nie przyszedł, za to wysłał oficjalne odwołanie i poszedł na skargę do Szefa wszystkich Szefów. Tu zaczął się kolejny urzędniczy ból. Według KPA (Kodeks Postępowania Administracyjnego) urzędnik ma obowiązek pozytywnie rozpatrzyć to odwołanie, chyba że wykarze jakiś mega zgrzyt prawny zakrawający wręcz o popełnienie przez obywatelstwa ludobójstwa. Nic takiego tutaj nie ma miejsca, facet tryumfuje. Urzędnik musi wysłać mu informacje, że jednak pozwala na to co pozwolił wcześniej, a potem cofnął zezwolenie. W skrócie wychodzi na głupka.
Ale nic z tego. W czasie pisania dokumentu pozytywnie rozpatrującego odwołanie urzędnik korzystając z wniosku i załączników zauważa, że projekt jest skserowany, a więc czarno-biały, gdy w rzeczywistości jest kolorowy. To więc oczywiste, że pozwolenie zostało wydane na coś zupełnie innego i daje asumpt do nieprzychylnego rozpatrzenia odwołania.
Sprawa trwa, o wyniku może Was poinformuję. O ile do kolejnej korespondencji nie zostanie dodany załącznik w postaci białego proszku.

wtorek, 1 marca 2011

Dzień dziesiąty- u Szefa, na imieninach...

Dziś w urzędzie wielkie święto. Może nie w całym, ale z pewności w moim wydziale- Szef ma rocznicę. Nie są to co prawda tytułowe imieniny, ani urodziny, ale jednak. Dowiedzieliśmy się rano, szybka zrzutka na tradycyjnie Polski prezent w postaci płynnego chleba o zawartości ducha (spiritus) w okolicach 40% i jesteśmy gotowi. Co prawda z rana trzeba troszkę popracować, a ruch mieliśmy dziś wyjątkowy. Zdarzało się, że symultanicznie trzeba było prowadzić dwie rozmowy na dwóch telefonach i jeszcze obsługiwać klientów. Taki młyn mieliśmy całe 20 minut, więc wielu doszło do wniosku, że około 13 czas na przerwę w pracy i świętowanie.
Udaliśmy się więc wszyscy do sali konferencyjnej, a tam już stoły zastawione, kawa, herbata, cukierki i kilkanaście ciast. Życzeń i radości co nie miara. Historie z życia wzięte, towarzystwo się rozkręca, to Szef wychodzi. WTF? Dlaczegóż to? Ano oczywiście, po lemoniadę. W końcu to nie byłaby typowo Polska impreza, gdyby zabrakło lemoniady.
"Chluśniem bo uśniem, łykniem bo odwykniem". Gdy już szklanki miały iść w górę rozdzwonił się telefon. Ktoś tam odebrał, odłożył i stwierdził "szybko, chlejemy na raz, SZEF idzie".
Łyknęliśmy aż w gardełkach nam zabulgotało od bąbelków z lemoniady. Szybkie wietrzenie pomieszczenia, chowanie szklaneczek. Bo SZEF to nie Szef. Tym razem chodziło o Szefa wszystkich szefów. Numero uno naszego urzędu. Kopnął mnie niezwykły zaszczyt zasiadania obok jego magnificencji, który wpadł na całe 7 minut wypijając pół filiżanki kawy, rzucając merytoryczny komentarz aparycji urzędniczej "ty gruby jesteś to zmarszczek nie widać" i zjadłszy jeden kawałek ciasta ruszył dalej. Choć człowiek jest na prawdę spoko, tylko w ciągłym biegu. Zaskakuje mnie jakim cudem jest w stanie spamiętać wszystkie sprawy jakie ma na głowie.
Impreza trwała dalej, choć lemoniada się skończyła i musieliśmy pić kawę bądź herbatę zagryzając 7 rodzajami ciasto. Po jakichś 2 godzinach rozeszliśmy się do biur, no bo w końcu 15, czas do domu.