"Ludzie mówią, że powinienem być urzędnikiem. Piję dużo kawy i mam wszystko w dupie."
Zanim poszedłem do urzędu myślałem, i to całkiem poważnie, że to normalne miejsce pracy jak każde inne. Że rano pójdę do pracy i po 8 godzinach wrócę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Zmęczony, ale zadowolony- ze swojego dzieła, z wkładu w rozwój lokalnej społeczności no i z pensji. Moje wyobrażenie nie mogło być chyba bardziej mylne...
Oto zapiski z mojej pracy, spojrzenie “od wewnątrz” na pracę w jednym z polskich urzędów. Przy okazji zastrzegam sobie prawo do podkolorowania moich historii, ale o nie więcej niż 10%. ;)

czwartek, 26 marca 2015

Dzień sto sześćdziesiąty pierwszy- kto bogatemu zabroni?

Pieniądze szczęścia nie dają, ale można je za nie kupić. A nawet jeśli nie można, to przyjemniej płacze się w Bentleyu niż maluchu. Urzędowi hajs się zgadzam. Urzędowi, nie mi. Wasze podatki spływają strumieniem, trochę rachitycznym, ale zawsze. I musimy je, używając słów jednego z byłych prezydentów RP, w czymś udupić. I niestety nie jest to moja wypłata, przynajmniej mielibyście pewność, że Wasze pieniądze są dobrze wydawane.
Na co więc wywalimy setki milionów złotych, którymi co roku obracamy? Jakieś 60-70% z tego idzie tylko na 2 rzeczy. Edukację i pomoc socjalną. Ogromne środki, które nie wiem gdzie się rozpływają. Resztą można szastać. I tak np. zatrudnienie Urzędu od kiedy w nim pracuję nieustannie wzrasta. Większość to tylko tymczasowi pracownicy na czas określony, ale zdarzają się prawdziwe kwiatki. Np. przed wyborami Szef wszystkich Szefów zatrudnił na swojego asystenta członka partii opozycyjnej. Teraz, kilka miesięcy później, asystent SwS doczekał się swojego asystenta…
O moich ołówkach już Wam pisałem, że w Urzędzie tylko Faber-Castell. Ja tam się cieszę, firmę cenię już od czasów używania ich rapitografów na studiach tyle, że mam świadomość ich ceny (ok 5x zwykły ołówek). Ale to akurat norma, my w przyborach biurowych używamy tylko sprawdzonych marek. Ostatnio brałem dla Dziada normalny kalkulator (bo w komputerze kalkulatora nie umie używać, a i ta maszyna do liczenia z drukowaniem też zaczęła przerastać jego zdolności pojmowania). Jego ciężkie obliczenia to jakieś 20 działań w ciągu roku, wystarczyłby więc mu jakiś gównolator za 5 zł z marketu, przecież liczy tak samo, a potrzeba mu jedynie dodawania, odejmowania, mnożenia i dzielenia do 2 miejsc po przecinku. Więc dostał Citizena z funkcją liczenia podatków za ponad 6 dych.
Dobrze się dzieje też w kwestii inwentaryzacji. Urząd zainwestował w specjalną drukarkę do naklejek i czytniki kodów kreskowych. Teraz wszystko jest oklejone i tylko zczytywane przez zespoły inwentaryzacyjne. A przynajmniej byłoby, gdyby w ogóle to wszystko działało. Tymczasem na całe moje biuro udało im się wbić tylko jedno krzesło, całą resztę trzeba było spisywać dalej ręcznie.
Ale tak się dzieje, gdy nikt nie jest odpowiedzialny. Jeden dyrektor u nas ostatnio coś tam mocno spieprzył z remontem Urzędu, roboty bez jakichkolwiek pozwoleń i nadzór budowlany kazał rozbierać. Dyrektor, jak nam wtedy się wydawało, uniósł się honorem i postanowił z własnej kieszeni pokryć szkody. Inwestycja na kilkanaście tysięcy, więc nieźle. Potem okazało się, że w rzeczywistości wydał kilkaset zł za usunięcie tego, co już robili. Materiałów i robocizny mu nie policzyli “bo i tak trzeba by było wydać”.
A jak to się stało, że w trakcie inwentaryzacji wyszedł na jaw na ścianie gówniany zegar z plastiku i szkła za 500 zł? “A on jest z przetargu”.

piątek, 20 marca 2015

Dzień sto sześćdziesiąty- powrót do zamku Wolfenstein.

Pamiętacie Kółko Różańcowe? I Nowego Dziada, który stał na jego czele? Taka sytuacja bardzo nam odpowiadała. Nowy Dziad był, jaki był, ale kompletnie brakowało mu inicjatywy i poza paroma irytującymi zrywami nic nie robił. Kółko trwało sobie w marazmie i nie trzeba było się nim zajmować i taki stan rzeczy był przez nas porządany. Jednak nie wszystkim to się podobało i młodsi członkowie wykolegowali Nowego Dziada z funkcji prezesa. Ten oczywiście teraz wydeptuje ścieżki do nas ze swoim bólem dupy, że tak dużo dla Kółka zrobił, a Ci go wydymali. No faktycznie dużo zrobił, bo po tym jak przejęli organizację liczba członków spadła o połowę. Po prostu wykreślili nieżyjących już. Składek oczywiście nikt się nie jest w stanie już doliczyć. A skąd to wiem? Bo niestety po jego odejściu wzięli się do roboty, zaczęli porządkować papiery i przystąpili do działania. A to znaczy, że i po stronie Urzędu musi coś zacząć się dziać.
Musi, bo tak nakazuje nam ustawodawca. No i teraz trzeba znaleźć jakiegoś leszcza, który by się tym zajął. A domyślacie się już, kto nim zostanie. Tzn, w sumie jeszcze nic oficjalnie i nie muszę się zgodzić, ale takie przymiarki zaczęły być robione. Szef wszystkich Szefów wymyślił sobie, że nie będzie się tym zajmował wydział współpracy z organizacjami pozarządowymi, bo mimo tego, że to organizacja pozarządowa to jej profil lepiej pasuje do mojego wydziału. I ma ktoś z niego się nimi zająć. Więc gdy tylko to usłyszał mój Szef to przyleciał do mnie i zaczął mi kreślić mroczne wizje tego, co będę musiał robić. Jaka to nie odpowiedzialność i ile zadań. Będę musiał pracować po godzinach i weekendami, chodzić na ich zbiórki i w ogóle.
Nie powiem, nie spodobało mi się to za bardzo. Choć w mglistych obietnicach było coś o bonusach finansowych, choć w nieokreślonym wymiarze. Dlatego też chciałem się spotkać z Szefem wszystkich Szefów i porozmawiać w cztery oczy o tym wszystkim. Dreptać do niego musiałem długo, jakieś 4 dni po kilka razy dziennie zanim wreszcie znalazł łaskawie czas dla mnie. A i tak przed gabinetem musiałem przesiedzieć pół godziny, bo zanim zdążyłem dobiec do jego gabinetu z mojego biura, to już ktoś się wepchnął w kolejkę. Udało się jednak porozmawiać kilka sekund, między innymi o jeszcze jednej rzeczy, o której w którejś z kolejnych notek.
I okazało się, że sprawa wygląda inaczej, niż Szef to przedstawia. Nic o pracy po godzinach, jakiejś wielkiej odpowiedzialności i udziale w zbiórkach. Minus jest taki, że zamiast wyrównać mi pensję do poziomiu odpowiedniego dla moich obowiązków, to dołoży mi obowiązków i za nie trochę grosiwem sypnie. Może. W każdym bądź razie przekazałem mu, że tak to nie będzie wyglądało i o dodatkowych obowiązkach pogadamy jak przestanie mnie dymać na kasę.
Po tym spotkaniu zostałem w pewnym rozkroku. Z jednej strony Szef, z drugiej strony Szef wszystkich Szefów. Oboje mówią coś innego i sobie przeczą. Miałem pewne podejrzenia co do tego, jak to wytłumaczyć, ale pewności nabrałem po spotkaniu z nowym szefem Kółka Różańcowego. Przyszedł do nas pewnego dnia i chwilę porozmawialiśmy. Z tego co mówił okazuje się, że to faktycznie może nie być tak tragiczne, jak nakreślił to mój przełożony. Czyli po prostu znowu kłamał, ściemniał i starał się skłócić wszystkich (w tym momencie mnie przeciwko Kółku Różańcowemu), żeby tylko przypadkiem do wydziału nie doszły jakiekolwiek nowe zadania. Nawet najprostsze.
To było parę tygodni temu. Od tego czasu musiałem już załatwiać X rzeczy z kółkiem różańcowym związane, a decyzji (i kasy) jak nie było, tak nie ma. Daję im jeszcze czas do najbliższego spotkania Kółka Różańcowego. Jeśli po nim nadal nie będzie oficjalnych decyzji to zrobię im niespodziankę. Koniec zajmowania się przeze mnie tym tematem.

czwartek, 12 marca 2015

Dzień sto pięćdziesiąty dziewiąty- powtórka z rozrywki.

Zdawanie archiwum. O jak ja to lubię. Przez te ostatnie lata udało mi się wypracować odpowiednią pozycję w archiwum urzędowym i teraz gdy coś jest źle nie jestem już witany tradycyjnym skrzekiem “co to ma być?!”, a podszytym szacunkiem “wiem, że to nie twoja wina, ale trzeba trochę poprawić”. Teraz zdaje mi się milej, ale meritum problemu nie zniknęło, a jest nim jak się domyślacie Szef i Dziad.
Szef ostatnio zaczyna przeginać z zarzucaniem mnie robotą. Wszystko już ląduje na mojej głowie, a on siedzi jak wujek dobra rada przeglądając Allegro i rzucając pytania czy zrobiłem to i tamto.
-Zrobiłeś wykaz?
-Nie zrobiłem.
-Dlaczego?!
-Bo miałem go zostawić, żeby zrobić spis.
-Aha. A spis zrobiłeś?
-Nie.
-No czemu, przecież mówiłem, żebyś zrobił!
-I w jego połowie usłyszałem, że mam go zostawić, bo mam napisać pilnie pismo.
-No właśnie i jak to pismo?
-Nijak, bo ledwo jak zacząłem je pisać to miałem awaryjnie dzwonić do X i właśnie jestem z nim na linii…
I tak w kółko. Największym problemem nie jest to, że mam dużo roboty ale, że Szef całkowicie się opierdala. Nie robi nic. Kompletnie nic. Jest w 100% bezużyteczny. Mu się wydaje inaczej, bo “pisze pisma”. Gówno pisze. Na kartce ołówkiem, co ja później muszę przenieść do kompa i poprawić wszystkie błędy ortograficzne, stylistyczne i rzeczowe. Więc robotę, którą mógłby zrobić sam, gdyby nie był pozbawiony inteligencji i umiejętności, robimy we dwóch. I jeszcze wydaje mu się, że to super pomysł. Więc równie super pomysłem wydało mu się zdanie teczek:
-Zdasz moje teczko co, hehehe?
Spierdalaj utknęło mi na końcu języka, bo doskonale zdaję sobie sprawę, że jeśli zostawię je mu do roboty, to i tak będę musiał po nim poprawić i tylko wkurzę archiwistę, że znów teczki z błędami od nas. Jakbym się nie obrócił, tak mam dupę z tyłu. Jedynym wyjściem z sytuacji byłoby zmuszenie Szefa do przyswojenia wiedzy niezbędnej w pracy albo zastąpienie go kimś bardziej kompetentnym. Jedno i drugie raczej się nie wydarzy.
Już Dziad jest bardziej reformowalny mimo, że minimum 10 lat starszy. Może nie nauczył się jak poprawnie prowadzić teczkę (nie wiem, czy Wasze rozumy w tym momencie ogarniają co napisałem, więc trochę rozpiszę ten wątek- urzędnik z ponad 30 letnim stażem pracy nie potrafi prowadzić teczki ze swoimi pismami co jest opisane krok po kroku w odpowiedniej instrukcji), to jednak nie miga się od poprawiania pod moje dyktando. A i tak musiałem poprawiać i to rzeczy, o których Dziadowi mówiłem.
Więc jestem trochę w kropce i zastanawiam się, jak to zrobić, żeby za rok sami się tym zajęli. A może nie będę musiał się tym za rok martwić? Dziś 7 mln, trzymajcie za mnie kciuki.

czwartek, 5 marca 2015

Dzień sto pięćdziesiąty ósmy- trzepanie.

Ostatnimi czasy siedzę w robocie i co chwile trzepię pod biurkiem. Domyślacie się już, że nie chodzi o to, co poniektórzy mogliby pomyśleć, ale po kolei.
Dawno, dawno temu pisałem Wam o urządzeniach, które mam rozsiane po całym rewirze, m.in. PKP. Do tych urządzeń mam jedną kontrolkę w biurze szefa, która została wymieniona ze starego kloca na laptopa. Cud, miód i w ogóle. Oczywiście Szefowi i Dziadowi się nie spodobało, bo zbyt skomplikowane. Nie potrafią się zalogować (login i hasło są takie same…), a do tego nie ogarniają idei gładzika, więc w obawie o wszystkich mieszkańców wyłączyłem klikanie nim, żeby więcej przypadkowo nic nim nie włączali.
A na początku zdarzało im się to dość często, bo pomimo niechęci do nowości, jednak się nią wszystkim chwalili, żeby było widać, że wydział pracuje. I faktycznie pokazali, gdyż zazwyczaj kończyło się to w ten sposób, że nie potrafili się nawet zalogować, więc po nieudanych próbach wołali mnie, żebym ja pokazał. Po pewnym czasie na szczęście nauczyli się choć logować, ale uruchomienie czegokolwiek nadal pozostaje czarną magią.
Pech chciał, że pewnego dnia system wysiadł. Nie wiem co się stało, bo akurat byłem na urlopie. Ale Szef się zajął i niby działa, tak mi zameldował jak przyszedłem i uwierzyłem mu na słowo. Godzinę później usłyszałem od strony zamkniętego laptopa z sąsiedniego biura stłumiony przez zamkniętą klapę i odległość, ale dość charakterystyczny dźwięk systemowy wyciąganego i wkładanego kabla USB. Zostawiłem to na jakiś czas zastanawiając się, czy i kiedy Szef zwróci na to uwagę. Po dwóch dniach doszedłem do wniosku, że dłużej moja przyzwoitość nie pozwala na to, więc zakomunikowałem mu, że sprzęt nie działa.
-Ale jak to, przecież było wszystko dobrze?
Otwieram kompa, patrzę, wszystkie znaczki przy każdym sprzęcie wyświetlają “brak łączności”, patrzę na niego wymownie.
-No, widzisz. Jest dobrze, to czemu nie działa.
Nie wierzę. Pokazuje mu palcem już na ikonki i legendę w rogu. Wreszcie do niego dotarło. Wpierw kazał mi wzywać naszego elektryka-złotą rączkę, co naprawia ten poradziecki sprzęt w terenie, następnie informatyków urzędowych, a na końcu po prostu to załatwić. Idę o zakład, że tak było cały czas i niczego sam nie zrobił przy tym, a nawet jak robił, to nie był w stanie sprawdzić, czy działa. No bo spojrzenie na legendę przekracza jego zdolności umysłowe.
Złotą rączkę od razu sobie odpuściłem, nie będzie mi nic grzebał przy laptopie na gwarancji. Zadzwoniłem do informatyków, czy coś majstrowali przy sieci, bo mój sprzęt musi mieć wszystko przypisane na stałe. Bez jakichkolwiek zmian IP, bramek, czegokolwiek. Mówią, że nie. To spróbowałem przełączyć na inny port USB. Też nic. W tym momencie już podejrzewałem jakie będzie rozwiązanie problemu, ale dla świętego spokoju postanowiłem potruć dupę ludziom z helpdesku montującej mi to firmy.
-Dzień dobry, nie działa.
-Yhm. A jakie diody świecą się przy sprzęcie XXX.
-Zasilanie.
-No tak ma być. Hm… A net chodzi?
-Chodzi.
-No tak, przecież sam to widzę. Hm...
-Wydaje mi się, że w tym momencie powinien mi pan doradzić tradycyjną mantrę, ale chciałbym to usłyszeć po raz pierwszy w życiu…
-Też tak sądzę. No cóż. Proszę wyłączyć i włączyć ponownie komputer, jak nie zadziała to zadzwonić znów.
Zadziałało. Wiem, że mogłem to od razu zrobić, ale chciałem to usłyszeć na żywo, a nie w IT Crowd. Poza tym sprzęt pod moim dotykiem ma dziwną tendencję do nie uruchamiania się ponownie gdy natrafi na jakiś problem, więc w domu sam zazwyczaj w takim momencie pierwsze co robię, to kopia zapasowa wszystkich ważnych danych, a potem restart.


Przy okazji jak odwiedził mnie nasz dział IT postanowiłem poruszyć dość irytującą kwestię. Wiatrak w moim kompie co jakiś czas zaczyna hałasować. Nie wiem czemu, ale jest to mega irytujące szczególnie, że żeby przestał muszę go restartować. Pożaliłem się im, że może by coś z tym zrobili. Wymienili, wyczyścili, może czymś przesmarowali. Koleś usiadł na moim miejscu, spojrzał na akurat wariującego PCta wydającego z siebie odgłos zbliżony do startującego CH-53. Zastanowił się chwilę, po czym pieprznął pięścią w górę obudowy.
-No i gotowe. Jak znowu zacznie, to po prostu trzep.

czwartek, 26 lutego 2015

Dzień sto pięćdziesiąty siódmy- o zalewaniu.

Rano herbatę i kawę zalewa Dziad. Taka świecka tradycja, choć o bardzo twardych podstawach. Pamiętacie jak bardzo dawno temu opowiadałem, jak kiedyś zalałem przed przyjściem Dziada, a potem ten z rozpędu podlał sobie kwiaty wrzątkiem? To właśnie dlatego, gdy jest w robocie ja się rano czajnika nie tykam. Stawiam swój kubek z suchą zawartością i wszystko na raz jest zalane przez Dziada. Dosłownie wszystko, bo nie za bardzo radzi sobie z obsługą tego wyspecjalizowanego urządzenia i rozlewa po wszystkim wkoło. Poza tym, nie wiem czemu, i Szef i Dziad nie odkładają czajnika na podstawkę, jakby myśleli, że to ona grzeje.
W każdym bądź razie, pewnego dnia zrobiłem jak zawsze i czekam. Zazwyczaj przychodzę pierwszy do biura, na minutę przed oficjalnym rozpoczęciem pracy. Reszta przychodzi zdecydowanie po. Jakieś 5 minut później przychodzi Szef i pyta, czemu nie robię herbaty. To mu tłumaczę, że nie mam zamiaru się za to brać i czemu. Przy okazji powiedziałem, że przyszedł mail i wydrukuje go jak przylezie Dziad i włączy swój komputer.
A ten przyszedł już godzinę później… Nie dzwonił po niego organizacyjny, a to znaczy, że Szef podpisał się na liście za niego i wiedział, że ten w najlepszym razie się spóźni. Oczywiście ani słowa nie powiedział.
Następnego dnia też siedzę czekając na resztę i po raz trzeci restartując komputer, żeby wreszcie normalnie zaskoczył i wentylator normalnie chodził. Informatycy odmawiają zajęcia się tym. Wchodzi Szef i już na dzień dobry rzuca:
-Czemu herbaty nie robisz cholero? Przez Ciebie będę głodny.
-A czemu miałbym robić?
-Hehehehe.
Po jego głupawym śmiechu już się domyśliłem, że Dziad dziś też się bardziej spóźni. Ani wczoraj, ani przedwczoraj, ani dzisiaj nikt jakoś nie mógł mi o tym normalnie powiedzieć. Bo kretyn w postaci mojego Szefa wymyślił sobie, że to dobry moment na jego głupawe żarciki. A te oparte są zawsze na głupocie, chamstwie lub pretensjach. Najlepiej na wszystkim na raz. I nigdy nie są śmieszne. Ogółem wszyscy w Urzędzie tego nienawidzą. W tej chwili sam nie żartuję i nie zmyślam. Po prostu każdy jeden pracownik Urzędu, wliczając w to sprzątaczki, ma serdecznie dość jego podśmiechujek. Każdy lubi się pośmiać, no prawie każdy, ale żarty w stylu:
-Co ty kurwa robisz?!
-Co?
-Hehehehe.
Nikogo nie bawią. A ponieważ straciłem do Szefa chyba resztki szacunku, to już nawet nie kryję jego głupoty, gdy rozmawiam z kimś na korytarzu (czyt. kawie). I dowiaduję się ciekawych rzeczy, które tylko potwierdzają moją opinię. Ale o nich kiedyś następnym razem.

czwartek, 19 lutego 2015

Dzień sto pięćdziesiąty szósty- nowoczesność w domu i zagrodzie.

Jestem młody, więc staram się być na bieżąco ze wszystkimi nowinkami technologicznymi i nie tylko. Dzień standardowo w robocie zaczynam od sprawdzenia maila i Dziennika Ustaw, po czym od razu przechodzę do przyjemniejszych rzeczy jak Engadget czy Dobre Programy. Możecie teraz po mnie jechać, jako typowym urzędasie, ale nie będzie to prawda. Szef i Dziad nie sprawdzają ani maila ani Dziennika Ustaw. Nigdy. Nawet, gdy mnie nie ma w robocie. Zresztą, nie raz Wam pisałem, że w tą pierwszą godzinę niewiele zdziałacie w Urzędzie. Dlatego sprawdzam tylko, czy tych trybów nie trzeba ruszyć awaryjnie, a jeśli nie, to głową muru rozbijał nie będę. Stosunek wartości mojej głowy do wartości pracy bezapelacyjnie wskazuje, że nie warto.
Poza tym, to nie zawsze jest zmarnowany i bezproduktywny czas. Okazjonalnie trafiają się na tych i innych portalach ciekawostki urzędnicze. Rzadko, bo rzadko, ale jednak można poczytać o tym co się planuje, jak na świecie działa e-administracja, czy jak nie działa ona na naszym podwórku. I tak trafiłem np. na wpis o ePUAP co ucieszyło mnie o tyle, że akurat mam dokument do wysłania przez tą platformę.
O problemach z nią możecie przeczytać sobie w tekście powyżej. Pewnie dlatego w moim urzędzie obsługuje ją tylko sekretariat Szefa wszystkich Szefów, nikt inny nie ma profili zaufanych. Cała korespondencja przychodzi tam i papierowo rozdzielana jest dalej. Podobno niedługo mamy wprowadzać Elektroniczny Obieg Dokumentów, ale znajomy z innego urzędu, który już to wprowadził, każe bronić się rękoma i nogami. Podobno teraz obiega cyfrowo, a mimo to też papierowo, więc roboty jest więcej i jest wolniejsza niż przedtem. Czy tak jest? Nie wiem. Równie prawdopodobne jak to, że nie umie jej używać jest to, że to kolejny spieprzony system wprowadzany za grubą kasę do administracji.
W każdym bądź razie pierwszy raz w historii mamy coś wysłać przez ePUAP. Więc oczywiście uderzają z tym do mnie, bo przecież znam się na wszystkim od prawa konstytucyjnego Mozambiku, a na odbieraniu porodów kończąc. Ale o ePUAPie nic nie wiedziałem.
-To jak z tym ePUAP?
-Nie wiem.
-No ale jak nie wiesz?
-Normalnie nie wiem. Nigdy nie używałem, nigdy nie czytałem, nigdy nie widziałem. Nie wiem.
-No ale jak z tym ePUAP?
-Mówię, że nie wiem.
-Ale czemu nie wiesz?
-Przecież przed chwilą powiedziałem, czemu…
I tak kilka minut, zanim dotarła do nich informacja, że nie wiem jak to się robi. A wtedy zaczęła się panika, strach i przerażenie. Bo jeśli ja czegoś nie wiem, to jesteśmy skończeni, rozwiążą Wydział, a nas wszystkich zwolnią. Pozwoliłem im panikować, bo już od dłuższego czasu mam wylane na to, czego boją się w robocie. Ja mimo dwóch kłód pod nogami (Szef i Dziad) staram się robić swoje.
-I co my teraz zrobimy?
No, gdy napoili się swoimi lękami i samonakręcającą spiralą głupoty zadali wreszcie sensowne pytanie.
-Damy sekretariatowi Szefa wszystkich Szefów, niech to załatwią.
-Czemu?
-Tylko oni odbierają ePUAP. Tylko oni wysyłają. To chyba logiczne, żeby im to zanieść do zrobienia.
Szef zebrał papiery i poszedł z duszą na ramieniu. Ja w międzyczasie popijam drugą kawę i czytam sobie o ePUAP i zalinkowany wcześniej wpis i inne rzeczy, żeby dowiedzieć się, jak to dokładnie działa i czy mógłbym to jakoś wykorzystać do polepszenia swojej pracy. Po kwadransie wrócił Szef.
-No, zostawiłem im, zrobią.
-A jak to robią? Kto podpisuje? - dopytywał Dziad. W sumie dobrze, bo sam chętnie bym usłyszał, wg jakich schematów to u nas przebiega, żeby wiedzieć na przyszłość jakby co.
-A ja tam wiem? Dałem im i szybko uciekłem.
Taaaa… Tego się spodziewałem. Po co poszerzać kompetencje, jak można unikać wiedzy i odpowiedzialności i jakoś się ślizgać.

czwartek, 12 lutego 2015

Dzień sto pięćdziesiąty piąty- Sasha Grey.

Pochwalę się. Jest początek lutego, a ja mam już za sobą 2 książki, ponad 1200 przeczytanych stron. Na pierwszy ogień poszła “Niewierni” Severskiego (IMHO- gorsza od “Nielegalnych”), a tego samego dnia, co odłożyłem ją wziąłem “Tygrysy w błocie” Otto Cariusa. Trochę pechowo, bo kupiłem ją 2 dni przed tym, jak Carius wyzionął ducha. Czy przeczytanie dwóch książek w miesiąc to powód do samozadowolenia? W kraju, w którym według badania CBOS 40% mieszkańców w zeszłym roku nie przeczytało żadnej książki, mogę chyba czuć się dobrze, choć to dość gorzka radość. W USA nawet ex-gwiazda porno, Sasha Grey, bierze udział w promocji czytelnictwa w szkołach (czym wywołała mały skandal), a u nas? Nie wiem czy nawet ona byłaby w stanie zachęcić Szefa i Dziada do przeczytania książki, gdyż jak się domyślacie należą oni do tych 40%.
Ale to już wiecie, bo kiedyś pisałem, że Szef szczyci się tym, że nie czyta. A ja specjalnie do tego nawiązuję i nie bez powodu wspominam o Cariusie, wybitnym pancerniaku III Rzeszy świecącym największe triumfy na froncie wschodnim. W swoich wspomnieniach często broni Wehrmachtu mówiąc “byliśmy żołnierzami, wykonywaliśmy rozkazy, walczyliśmy dla ojczyzny”. Stąd nie jest to lektura dla każdego, a głównie dla zainteresowanych II wojną, a przede wszystkim bardzo konkretnym jej elementem. Czołgiem PzKpfw VI, potocznie zwanym Tygrysem, jednym z najbardziej ikonicznych czołgów tej wojny. Przeczytałem tą książkę w 2 dni, bo oba wspomniane tematy mnie interesują.
Może przez to zrozumiecie, jakiego zdziwienia doznałem, gdy Szef na marginesie rozmowy o czym innym rzucił, że II wojna światowa zaczęła się od ataku ZSRR na Polskę 15 sierpnia 1939 r. Delikatnie mu przypomniałem, że chyba porąbało mu się z 17 września, a wojna zaczęła się 1 września od ataku III Rzeszy, no jeśli chce to możemy przerzucić na sierpień i uznać, że np. prowokacja Gliwicka też jest już II wojną. Na co usłyszałem, żebym sobie sprawdził w historii jak było.
Nie jesteście w stanie sobie wyobrazić jak krew mnie zalała. Od razu rzuciłem się w wir poszukiwań, czy coś mi umknęło? Jaki atak 15 sierpnia, tydzień przed podpisaniem paktu Ribbentrop-Mołotow? Jeśli zaczęli wtedy, to dlaczego przerwali i czekali aż do 17 września, żeby ruszyć dalej? Może powinienem napisać do Wołoszańskiego? Kolegów z wydziału historycznego mojego “alma mater”? Kolegów rekonstruktorów biegających w mundurach czerwonoarmistów?
Nic nie znalazłem. Oprócz pewności tego, że mój Szef jest kretynem. W związku z tym postanowiłem nie przejmować się więcej tym i w ogóle nie wchodzić w dyskusję z kimś, kto przeczytał w swoim życiu łącznie mniej książek, niż ja przerobiłem o samej Panzerwaffe. A kolejne dni utwierdziły mnie w przekonaniu, że II wojna światowa jest kolejną z jego słabych stron. No chyba, że faktycznie Normandia jest w Niemczech, a w 1939 ruszaliśmy z szablami na Tygrysy.