"Ludzie mówią, że powinienem być urzędnikiem. Piję dużo kawy i mam wszystko w dupie."
Zanim poszedłem do urzędu myślałem, i to całkiem poważnie, że to normalne miejsce pracy jak każde inne. Że rano pójdę do pracy i po 8 godzinach wrócę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Zmęczony, ale zadowolony- ze swojego dzieła, z wkładu w rozwój lokalnej społeczności no i z pensji. Moje wyobrażenie nie mogło być chyba bardziej mylne...
Oto zapiski z mojej pracy, spojrzenie “od wewnątrz” na pracę w jednym z polskich urzędów. Przy okazji zastrzegam sobie prawo do podkolorowania moich historii, ale o nie więcej niż 10%. ;)

czwartek, 21 grudnia 2017

N14- do stajenki przybywajcie.

Na święta dostaliśmy prezent od amerykańskiego wojska w postaci dwóch filmów z F/A-18 należących do US Navy, na których widać ich pogoń za UFO. Czy to było faktycznie UFO? Oczywiście, że tak- UFO, czyli NOL, jak sama nazwa wskazuje to Niezidentyfikowany Obiekt Latający. Nie znaczy to od razu, że są nim przybysze z kosmosu, po prostu jest niezidentyfikowany.
Trochę jak Oumuamua. Nie wiecie o czym mowa? To najgorętszy temat astronomiczny ostatnich miesięcy, pierwszy kiedykolwiek zaobserwowany gość spoza Układu Słonecznego, który jakby nigdy nic przelatuje sobie przez nasze podwórko, na tyle blisko, że wszyscy rzucili się do badania tego nietypowego gościa. Nietypowego nie tylko przez to, że przyleciał do nas spoza naszego układu planetarnego, ale też z powodu swojego wyjątkowego wyglądu. Ok 400 m długości i 40 szerokości sprawia, że na grafice wizualizującej jego wygląd jawi się niczym statek kosmiczny. 


Tak właściwie to może nim być, bo jak na razie nikt nie wie o co chodzi. Takiego kształtu nie widzieliśmy jeszcze nigdy u naturalnych obiektów na naszym podwórku, więc pisząc, że do jego badania rzucili się wszyscy piszę także o SETI czy Breakthrough Listen z Stephenem Hawkingiem. Czy to statek obcych? Prawdopodobnie nie, co jest dość smutne. Niektórzy jeszcze trzymają się nadziei, że jeśli nie statek to może choć sonda wypuszczona przez lecący gdzieś dalej i znacznie szybciej statek. Idea niestety upadła- Breakthrough Listen skorzystał z teleskopów mogących wychwycić sygnał mocy telefonu komórkowego i oczywiście niczego nie wykryli. Choć ja i tak pozostanę na stanowisku, że to po prostu skamieniały przez eony uśpienia statek obcych (a jego wiek szacuje się na do 10 mld lat). Nawet jeśli bardziej prawdopodobne są teorię o tym, że Oumuamua jest odłamkiem powstałym w wyniku zniszczenia planety gdzieś daleko stąd (Alderaan?). Zresztą o tym obiekcie strasznie ciężko pisać, bo wersje i informacje zmieniają się dosłownie w trybie godzinowym. Teraz już mówi się o zewnętrznej otoczce organicznej (węglowej) skrywającej lodowe wnętrze i może jednak będzie bardziej kometą niż asteroidą… Podejrzanie dużo ostatnio informacji o kosmitach, nie sądzicie? Wszystkie jak dotychczas to fałszywe alarmy, ale tak jakby ktoś nas do czegoś przygotowywał? Halo NASA, chcecie nam coś powiedzieć?
Szkoda, tak jak pisałem, że to jednak raczej nie jest statek obcych. Szczególnie, że to chyba jedna z ostatnich nadziei na to, żeby nasza przyszłość była space operą, a nie cyberpunkiem. Bo i to co dzieje się dookoła bardziej pasuje do dystopii. Wiedzieliście, że w San Francisco jedna z instytucji zaczęła używać robotów (konkretnie Knightscope model K5) do… wyganiania bezdomnych z otaczających ją chodników? Żeby było śmieszniej ta instytucja to SPCA czyli Society for the Prevention of Cruelty to Animals, a więc organizacja zajmująca się ochroną zwierząt i ich praw... Na szczęście nawet w USA, stolicy pierwszych megakorporacji i zapewne pierwszym miejscu, które zmieni się w cyberpunkowy koszmar, nawet tam wzbudza to kontrowersję i już zapowiedziano, że organizacja może zostać ukarana grzywną 1000$/dziennie, a sama SPCA odpuściła i zrezygnowała z robotów przeganiających ludzi z chodników. Moglibyśmy się zapytać, gdzie w tym sens i logika żeby brać roboty do odganiania bezdomnych, skoro można by np. zatrudnić część bezdomnych jako strażników. No cóż, godzina wypożyczenia robota wraz z całą obsługą kosztuje niecałe 7$, najniższa stawka w USA to 7,25$/h…
Stany Zjednoczone mają jednak potężnego kontrkandydata do pełnoskalowego wprowadzenia obaw ludzkości wyrażanych w cyberpunku- Chiny. Tam z kolei rządzący wpadli na pomysł zrobienia rankingu obywateli, który byłby powszechnie dostępny i decydował właściwie o całości ich życia. O tym jakie dostaniecie warunki kredytu, jaką pracę, na jakich zasadach wydany zostanie paszport… Oceniani będą na bieżąco i każdy przez każdego. Myślę, że oczywistością będzie, że i partia rządząca będzie mogła ingerować w te wartości wg własnego uznania. Nam, Polakom, królom kombinatorstwa, nie trzeba tłumaczyć jak potężne pole do nadużyć to generuje i jak będzie można podziękować “somsiadowi”. Widzę w tym co prawda pewne pozytywy- poziom chamstwa w Polsce pomału zaczyna osiągać jakieś dziwne wyżyny, a dzięki temu można byłoby np. ustalić, że przy -10.000 pkt automatycznie wskakuje kara śmierci. I dawać -30.000 pkt za zjeżdżanie z ronda bez kierunkowskazu. Jednak nawet ta słodka wizja wymazania z ludzkości tych wszystkich podrzędnych jednostek nie zrównoważy ogromu niebezpiecznych minusów, jakie może i będzie to generować.

Dlatego na święta życzę Wam, żeby nigdy roboty nie przeganiały Was z chodników, a miejsce w rankingu obywateli byście mieli zawsze wysokie.

czwartek, 14 grudnia 2017

Dzień dwieście sześćdziesiąty ósmy- w którym zatrzymała się Ziemia.

Nowy Dziad zawodzi mnie. Na całej linii. Tak bardzo, że ciągle nie mam ksywy dla niej. Nie pod względem pracy, bo tu jest zajebiście. Tak jak pod względem towarzyskim. Wreszcie nie mam tych woni kiszonej kapusty i niekończących się rozmów o uprawie rzodkiewki. Ale przez to nie dostarcza lolcontentu. Za to Szef… Szef… Ten to zaczął szaleć niemal za dwóch.
W konkursie, o którym Wam jakiś czas temu pisałem, a w którym niestety wystartować i awansować nie mogłem, ostatecznie wyłoniono zwycięzcę. Gratuluję, trochę przez zaciśnięte zęby, ale mimo wszystko. Jako, że nowy człowiek musi z nami współpracować (kolejna ksywa do wymyślenia…), to prędzej czy później musiał zaprosić na wieczorek zapoznawczy. Ten nastąpił właśnie niedawno i był raczej porankiem niż wieczorem. Do tego powiązanym z omawianiem tematów bieżących, ale to dobrze. Facet przynajmniej mógł nakreślić wizję jaką ma, a jest całkiem pozytywna. Wiążę z nim pewne nadzieje, szczególnie gdy zaczął mówić o eliminacji obiegu dokumentów za pomocą faksu i technicznej współpracy z Facebookiem w różnych zakresach. Wreszcie ktoś sensowny, trzymam kciuki za te plany, choć nieoczekiwane wydarzenia mogą je pokrzyżować. M.in. jeden facet z Urzędy Gminy w Koziedupie Dolnej zaczął wyrażać swoją niechęć do ewolucyjnych zmian. Widząc, że nowy dyrektor nie chce na pierwszym spotkaniu wdawać się w głębokie polemiki, to sam postanowiłem się trochę posprzeczać:
-Ale to są dobre pomysły. Potrzebujemy trochę czasu na wdrożenie, jednak koszty będą zerowe i ułatwi nam już teraz sporo pracy. Jak zdobędziemy trochę finansowania to będziemy mogli iść jeszcze dalej i jeszcze nowsze rozwiązania adaptować.
-No tak, może i tak, ale jednak wolałbym, żebyśmy zostali przy aktualnych rozwiązaniach, sprawdzonych, łatwych.
-Ok. Ale te też są łatwe, co niby w nich jest trudnego i jest jakąś przeszkodą?
-Noooo… bo to trzeba by to ustawiać, się tym zająć, nauczyć…
-Tak, ale to jest twoja praca.
-Oczywiście, ale mam też inne zajęcia w urzędzie… jesteśmy małym urzędem.
-Obiło mi się o uszy, ale jak małym? Na bank coś tam wygospodarujecie.
-Pracuje u nas 9 osób. Łącznie z wójtem…
WOW. WOW. Co? Serio gminy? Serio są gdzieś takie mikrusy? Jak w ogóle są w stanie funkcjonować? Nie wiem, to przekracza moje zdolności pojmowania szczególnie, że tylko w moim wydziale średnio siedzi tyle co połowa całego tamtego urzędu, a mój Urząd liczy z 2-3 razy więcej samych wydziałów niż oni mają pracowników…
Ale nie to było najbardziej szokującym i niepojmowalnym wydarzeniem całego tego spotkania. O nie, ten przywilej całkowicie przywłaszczyć sobie postanowił Szef. Od samego początku jego głośna postać starała się dominować to spotkanie swoją grubiańsko głośną postacią. Nie było to trudne, mało kto ma ochotę się z nim przekrzykiwać czy licytować na chamstwo. Jednak z czasem zaczynało to być coraz bardziej irytujące. Po fali odejść i emerytur Szef niestety jest najstarszy stażem, choć niekoniecznie najwyższy stopniem, ale to mu akurat nie przeszkadza, żeby wszędzie się wcinać, wszystkim przerywać, powtarzać się w kółko, jakby był u siebie, a reszta miała go słuchać. To o tyle słabe, że witający się z nami nie ma możliwości wyartykułować jednej myśli w całości, a przez to jasno wytłumaczyć o co mu chodzi. I tak wreszcie zaczęło to być niezwykle irytujące i jeden z obecnych postanowił wyartykułować irytację wszystkich.
-Szef, ale nie jesteś tu gospodarzem, daj mu wreszcie mówić i pokierować tym spotkaniem.
I tu nastąpił zwrot, którego nawet ja się nie spodziewałem, bo Szef odpowiedział jakże parlamentarnymi słowami:
-Zamknij się pedale.
U. Nie wiem czy jesteście sobie w stanie wyobrazić jaka niezręczna cisza zapadła, nie wiem czy jesteście sobie w stanie wyobrazić jak gwałtowne procesy myślowe wybiły na twarzy naszego gospodarza, który po 3 tygodniach na stanowisku już musi w tym cyrku brać udział, ani czy jesteście sobie w stanie wyobrazić minę protokolantki, która była w ogóle spoza “ekipy”, ani nawet piekła, jakie później się rozpętało. Ale możecie próbować.
Mi było wstyd jak cholera, ale wiedziony doświadczeniem szybko wymieniłem parę porozumiewawczych min z kolegami wkoło, żeby minimalizować ilość rzuconego przez Szefa gówna, które mogłoby się do mnie przylepić. Nowy Dziad nie ma jeszcze takich doświadczeń i był pierwszy raz na jakimkolwiek spotkaniu z Szefem, więc buraka jakiego miała na twarzy nie dało się nijak ukryć. I tylko po wyjściu jak Szefa nie było akurat w pobliżu spytała:
-Z nim zawsze taki wstyd wychodzić?
-Zawsze.

czwartek, 7 grudnia 2017

Dzień dwieście sześćdziesiąty siódmy- parufa.

Dryń, dryń, dryń.
-Wydział, słucham? -spytałem grzecznie.
-Dzień dobry panie Młody, pamięta mnie pan?
Niestety, pamiętałem. Szczerze liczyłem, że facet nie zadzwoni. Sprawa ciągnie się od lutego i wstrzymaliśmy ją na prośbę samego dzwoniącego, od którego chcieliśmy kupić parę rzeczy. W trakcie ustalania szczegółów stwierdził, że chce trochę lepiej wszystko przygotować bo to też będzie świadczyło o jego firmie, więc odezwie się później. Odezwał się, w grudniu. Gdzie cały budżet już właściwie trzeba domykać, a babki z finansów zmieniają się w pieprzone behemoty pragnące Cię zmiażdżyć, gdy usłyszą “o takiej tam fakturce”.
-Panie złoty, przerzućmy to już na nowy rok, hm? Nowy rok, nowy ja, nowy budżet.
-Ok, ok, zadzwonię do księgowych i się odezwę.
No, sprawa załatwiona. Szczególnie, że mam akurat pierdyliard innych spraw. A no właśnie, czas chwycić za telefon.
-Dzień dobry, Młody z tej strony, dobrzy słyszeć panią, pani Krysiu z Wysokiego Urzędu, jak zdrowie?
-A dziękuję, dobrze, dobrze. Co się stało?
No wyczuła. Nie dziwne, dzwonię do niej rzadziej niż raz w roku, tylko z problemami.
-Ta umowa na wsparcie materiałowe, które nam przysłaliście…
-Tak, tak…
-Te, które chcieliśmy przekazać potrzebującym…
-Tak, tak, pamiętam.
-No, to widzi pani, mam takie pytanie. Czemu zapisaliście w niej, że nie możemy przekazywać ich osobom trzecim? Przecież to kompletnie przeczy całemu celowi tej akcji…
-Hm… No tak, poszło gotowcem z automatu. Sorry.
-To co z tym robimy?
-Niech pan spyta swojego radcę prawnego. Aha i osoba, która ją podpisuje z naszej strony jest na urlopie, ciao.
No trudno, sprawę się załatwi. Już chcę się za nią brać, gdy Szef wyległ ze swojej pieczary.
-Zajęty jesteś?
-Tak.
-To zostaw to, są ważniejsze rzeczy. Jutro jest kontrola, nie?
-No tak mówiłeś, 3 tygodnie temu. I dzwonili od kontrolującego tydzień temu.
-No, właśnie. To ten plan tutaj jest nie aktualizowany od 2 lat i tak jakby się nie zgadza, mógłbyś go przerobić? Możesz sobie ode mnie skopiować pliki z rysunkami pięter, mam otwarte na pulpicie.
Kuźwa… No nic, biorę je i bawię się w GIMPie w dorabianie jakichś brakujących oznaczeń i innych wg jego rysunków. Dobra godzinka, dwie i mam gotowe. Wreszcie poszedłem do radcy, pogadaliśmy, pomyśleliśmy, stwierdziliśmy naukowo, że trzeba by zmienić jeden zapis na pierwszej stronie, ta z podpisami mogłaby zostać, podesłali by mailem, druk, autograf. Wracam.
-Słuchaj Młody, sorry…
-Za co Szefie?
-Te plany, które ci dałem, to była jakaś stara wersja i tam więcej braków niż kazałem ci dorobić, ale już znalazłem nowe, weź zrób od nowa…
Usiadłem, myślę, wpierw zadzwonię do Krysi…
-Pani Krysiu…
-No witam Młody, masz na mailu poprawioną pierwszą stronę umowy, sobie wydrukuj.
-Ale… Tzn. to ok, miałem właśnie pani o tym mówić, bo specjalnie poszedłem do radcy i stałem w kolejce do niego, żeby… Eh, nie ważne.
Ja pieprzę, no nic, biorę się za nowe plany, w trakcie których znów odbieram telefon.
-Witam, witam panie Młody, poznaje pan?
-Tak, poznaję, już pan rozmawiał z księgowymi?
-Tak. Musimy się rozliczyć do końca grudnia, więc fakturka niedługo pójdzie. Do usłyszenia!
No tak, to jest ten dzień. Nic w nim nie może pójść dobrze. Choć te plany przerobię na tip-top.
-Młody, młody!
-Co jest Szefie?
-Zrobiłeś już te plany?
-Kończę.
-To nie kończ, bo zapomniałem poprawić na nich drugiego skrzydła!
OK. Już mi dziś wszystko jedno.

czwartek, 30 listopada 2017

Dzień dwieście sześćdziesiąty szósty- time to say goodbye.

Dziad odszedł do krainy wiecznego wypatrywania listonosza z emeryturą. Po 40 latach pracy w Urzędzie wreszcie nastąpił ten moment, o którym słyszę już od paru lat. W związku z tym należało go pożegnać. Był, jaki był. Zdecydowanie nie najgorszy element mojego Wydziału. Tym oczywiście jest i niestety pozostanie Szef. Pod koniec dnia gdy zostaliśmy sami z Dziadem w biurze zebrało mu się na szczerość i usłyszałem parę nowych faktów o przełożonym łącznie z wyznaniem, że tak jak Dziad miał wielu szefów, tak Szef jest najgorszym kiedykolwiek. Okazuje się, że nasz świeżo upieczony emeryt poinformował o tym Szefa, gdy byłem na urlopie. Dobrze. O reszcie może kiedyś napiszę.
Tak więc Dziad odchodzi, od dziś jeśli się pojawi gdzieś tutaj, to będziecie wiedzieli, że notka jest retrospekcją. Zresztą nie zawsze lecimy tutaj zgodnie z chronologią. Tymczasem wróćmy do imprezy pożegnalnej. Z samego ranka Szef z nowym-Dziadem (jeszcze nie wybrałem ksywy) próbowali wymyślić jakieś życzenia. A właściwie wyszukać w necie. Taki u nas jest zwyczaj, że Szef wszystkich Szefów chętnie przyjdzie z jakimś dyplomem, tylko wpierw ktoś musi mu go przygotować i podsunąć gotowy pod nos do podpisania. Nigdy wcześniej nie sądziłem, że życzenia emerytalne są tak czerstwe i idiotyczne. Ja jestem grafomanem, ale to? A skoro już ustaliłem, że jestem zdecydowanie lepszy w te klocki niż randomowe stronki z 1000 życzeń na każdą okazję to po prostu usiadłem i w minutę napisałem pół strony od siebie, sformatowałem i wydrukowałem.
Nie miałem jednak czasu zachwycać się swoim dziełem, bo zaraz musiałem monitor schować, czas rozwinąć papierowy obrus i nakryć dla gości, którzy muszę przyznać ze sporym zdziwieniem walili drzwiami i oknami. Czegóż to nie robi darmowa kawa i ciasto? Pierwszy oczywiście Szef wszystkich Szefów ze swoim sekretariatem. Prezent, kwiaty, życzenia, kawa, ciasto, opowiastki o życiu i śmierci. Gdy wyszli Dziad odpakował co dostał, w tym życzenia, które po przeczytaniu z wilgotnymi oczami podał mi, żebym i ja zobaczył jak ładnie Szef wszystkich Szefów napisał. Z pokerową twarzą po raz kolejny dzisiejszego dnia przeczytałem swój tekst i z “miło z jego strony” na ustach podałem go dalej. Od tego czasu z każdą grupą musiałem tego słuchać. W sumie nie robiło mi za bardzo, jestem próżny, ale nie aż tak żeby zacząć się domagać właściwego zaadresowania tych ochów i achów.
To co mi przeszkadzało, to potrzeba słuchania Szefa. On lubi, choć nie umie brylować. Skupia się na negatywnym przekazie, potrzebuje kogoś cisnąć, z kogoś sobie żartować, żeby postawić się w dobrym świetle. Dziada dziś nie mógł, z oczywistych względów. Nowego-Dziada jeszcze nie może, bo nie jest na stałe i boi się, że się jeszcze rozmyśli. Został więc jeden pracownik. Jednak ku jego zdziwieniu i w sumie mojemu też, co nowa grupa urzędników zjawiająca się na kawę, ciasto i życzenia, to zawsze ktoś mniej lub bardziej brutalnie kontrował każdą jego próbę. Dziwi mnie, że często ludzie, których bym o to nie podejrzewał. I nie powiem, ale bardzo miło się tego słuchało i tylko stawiało ostatnią kropkę nad i. To serio niereformowalny idiota, który z każdą zmianą ekipy przy stole próbował jakimś żarcikiem mi dopiec, właściwie nie wiem nawet czemu. Nie był jakoś specjalnie na mnie obrażony, niczym ostatnio go nie wkurzyłem. Jednak ciągle próbował i w końcu opuścił imprezę na 2h po tym, jak Skarbnik po złożeniu życzeń Dziadowi przeszedł obok Szefa i usiadł koło mnie z typowym dla nas powitaniem:
-No cześć Młody.
-Siema Skarbnik.
Ceną tego było wypłukanie całego magnezu z organizmu. Co grupa, to nowa kawa i nowa porcja ciasta, a jak już ktoś o mnie ładnie mówi, to wspólnego wychylenia kawki nie odmówię. I tak koło południa, gdy kończyłem 7 kawę i 5 kawałek ciasta naszła mnie głęboka refleksja, że jednak praca w Urzędzie to potrafi być niezła harówa. Szczęście, że Dziad już nie będzie w niej uczestniczyć. 
Czasy się zmieniają. Po Dziadzie jak dobrze myślicie płakać nie będę, swoje za uszami miał. Ale też dostarczał trochę lolkontentu, a już widzę że jego następca nie dostarczy zbyt wielu tematów do notek. Cała nadzieja w tym, że nie daje sobie dmuchać w kaszę i z niedorozwiniętym Szefem, który nie wie kiedy odpuścić żeby nie doznać klęski własnego rozumu i godności, może coś tam wygeneruje. Trzymajcie kciuki.

czwartek, 16 listopada 2017

Dzień dwieście sześćdziesiąty piąty- jak cię widzą, tak cię piszą.

Szef żyje w błogiej nieświadomości otaczającego go świata. Głównie dlatego, że jest zbyt tępy żeby zrozumieć przyczyny i skutki. Ale nie tylko. Widzicie, ja jestem jak sejf- żeby wydobyć ze mnie informacje trzeba użyć palnika. Szef z kolei jak pudło rezonansowe, najdrobniejszy szept wzmocni i puści w eter. I ludzie o tym wiedzą, a to ma swoje konsekwencje.
Ostatnio mieliśmy duże spotkanie z naszym Kółkiem Różańcowym, trzeba było wyjaśnić parę nieścisłości między Urzędem, a nimi. Coraz bardziej się do nich przekonuję, od kiedy zarząd zmienił się z 70-latków na 30-latków. A i oni regularnie mnie męczą, żebym do nich wstąpił, ale nie wiem czy bym wtedy brody nie musiał golić. A tą mam całkiem obfitą. Kiedyś, gdy nie miałem gdzie odłożyć długopisu wsadziłem sobie go w brodę, po czym kwadrans go szukałem.
Ale wracając- spotkanie. Przebiegło całkiem owocnie, gdyby nie Szef oczywiście. Wszyscy się ze sobą zgadzali, poza Szefem, i dochodzili do konstruktywnych wniosków, poza Szefem. Kółko Różańcowe wyszło zadowolone, bo otworzyła się przed nimi nowa droga finansowania. Urząd wyszedł zadowolony, bo otworzyły się przed nim nowe możliwości pozyskania darmowej siły roboczej. Szef wyszedł niezadowolony, bo wszyscy jednomyślnie odrzucili jego debilne pomysły.
To spotkanie zachęciło Kółko do jeszcze intensywniejszego działania. Don’t tell me sky is the limit, when there are footprints on the moon. Zamknęli się więc w gabinetach na parę tygodni i gdy z nich wyszli zorganizowali spotkanie ze mną i Szefem wszystkich Szefów. Oczywiście przed samą rozmową dali mi wszystkie swoje materiały, ładnie opracowane w postaci zbindowanej książeczki.
-Zobacz co myślisz bo nie wiemy, czy to nie za daleko?
Zobaczyłem. Wyciągnąłem kalkulator, bo tak dużych liczb nie lubię liczyć w pamięci. Gdy przekroczyłem sześć zer już wiedziałem co na ten temat myślę.
-O jasny chu…
Nie dokończyłem, bo drzwi do gabinetu się otworzyły i zaproszono nas do środka. Choć tyle wystarczyło, żeby i oni zrozumieli, że trochę z motyką na słońce startują. Koko, koko, wykresy spoko, ale budżet nie jest z gumy.
-No, to co was tu sprowadza?
-Panie Szefie wszystkich Szefów, tu mamy taki projekt, jakby mógł pan na niego spojrzeć, co pan o nim myśli. Ale to tak spokojnie, bo to dużo się wydaje i jest. Ale to plan na lata, może i dziesięć.
-Yhm, yhm, yhm. -zamyślił się, przejrzał, po czym chwycił połowę kartek.- Na to daję wam 50%, resztę wpisuję do programu wyborczego i po wyborach.
Chwilę nam zajęło dojście czyja szczęka gdzie leży pod stołem. Szybko zerknąłem na kalkulator i jakbym tych całek nie liczył wychodzi kilkaset tysięcy nowych polskich złotych.
-Wiecie już, skąd weźmiecie pozostałe 50%?
-Noooooo… Tak myśleliśmy i sondujemy pana Dariusza z Dużego Urzędu… Podobno może się zgodzi dołożyć?
-Darek? Czekajcie -wyciąga telefon i wybiera numer.- No cześć Daro, są u mnie ludzie z Kółka Różańcowego, słyszałeś co chcą? No. No. No to dej, bo majom chorom curke. No, dzięki, czółko.
Nawet już mi się nie chciało schylać po szczękę.
-Młody, weź z kolegami napiszcie do Darka pismo, że ja tą kasę daję, on też da. W przyszłym roku to macie, a do reszty może też się dołoży. Ale to po wyborach. A, tylko nic Szefowi nie mów na razie, nie chcemy żeby ktoś nas ubiegł w złożeniu wniosku, nie?
Wyszliśmy, pogratulowaliśmy sobie i chwilę jeszcze pogadaliśmy.
-Nie spodziewałem się, że aż tak dobrze wam pójdzie.
-My też nie.
-A może bym wziął sobie jeden egzemplarz planu, to może Szefowi bym pokazał, żeby nie srał ogniem, że siedziałem godzinę i nic nie ma.
-Wiesz co… Może nie. Przyślemy ci to na maila prywatnego jak potrzebujesz do pisania, ale Szefowi na razie nic nie mów… Nie chcemy, żeby inni podpatrzyli i nas uprzedzili…
-Ok, ok. Kumam.
Ruszyłem więc pisać pismo. W połowie schodów zaczął mi telefon wibrować.
-Halo?
-Darek z tej strony.
-Ten Darek?
-Ten. Słuchaj, rozmawialiśmy jeszcze raz z Szefem wszystkich Szefów, żebyś to tam sensownie opisał. Macie potrzeby i faktycznie warto byłoby doinwestować. Wola jest, chęci są, tylko ładny wniosek musi być, kumasz?
-Kumam.
-I nie mów nic Szefowi. To robimy na razie bez hałasu.
To teraz tym bardziej będę musiał się sprężyć i dobrze go napisać. Mimo, że o Kółku to ja tak między Bogiem, a prawdą za dużo nie wiem… Szczęśliwie chłopaki stwierdzili, że machniemy to wspólnie, bo im zależy i to bez wątpienia bardziej niż mi.
Tymczasem w biurze Szef już od progu:
-I co?
-Nic. Pogadaliśmy z szefostwem, takie ogólniki, może coś z tego się wykluje.
-Ta, wykluje. Gówno. Nic nie robią, tylko przeszkadzają. Wszyscy to wiedzą (bo łazi i rozsiewa ferment), nikt ich poważnie nie traktuje. Musimy się tego pozbyć z Wydziału bo tylko się ośmieszamy.

Szef produkował się dalej, podczas gdy ja klepałem wniosek na setki tysięcy, który ma wyjść z mojego Wydziału bez wiedzy Szefa. Do tego stopnia bez wiedzy, że podpisze go bezpośrednio Szef wszystkich Szefów, a Szef dowie się po wszystkim.

czwartek, 9 listopada 2017

Dzień dwieście sześćdziesiąty czwarty- Netflix.

Oglądaliście House of Cards? Jeśli tak, nie spojlerujcie mi- jestem w trakcie. Długo się wzbraniałem przed Netflixem, z wielu powodów. Gdy wreszcie założyłem konto zacząłem szukać rzeczy, które chciałbym obejrzeć. 0 wyników. Więc postanowiłem obejrzeć choć House of Cards, żeby darmowy miesiąc się nie zmarnował. Nie powiem, że mnie wciągnęło, ale po 2 dniach kończę 3 sezon. Tak więc tak…
Ale dziś mam dla Was historię, którą od dłuższego czasu chciałem opowiedzieć. Szukałem tylko natchnienia, a okazało się, że jej przebieg to właściwie dokładnie to, co spotkało Underwooda w pierwszym odcinku. Co prawda jaki kraj, taki House of Cards, no ale cóż. Cytując klasyka- “oni znają swoją wartość przyjaciele, dlatego BFF nie obiecuje zbyt wiele”.
Jakiś czas temu przez moje województwo przetoczyło się tsunami. Potężna fala, która wymyła multum ludzi w jednostkach, wydziałach, inspektoratach zajmujących się tym samym, co ja. Wiele z nich odeszło całkiem słusznie, biorąc pod uwagę ich wiek to najprawdopodobniej zatrudnił ich jeszcze Mieszko I, gdy wraz z dworem i drużyną objeżdżał włości. To czego nikt się nie spodziewał (głównie dlatego, że nie zapytał mnie…) to prosty fakt, że jak wymieni się kilkunastu ludzi w skali województwa z dość wysokich lub wyspecjalizowanych stanowisk, to nie będziecie w stanie znaleźć dla nich zamienników. Nie na raz, nie w tym samym czasie. Powstała potężna próżnia, która aż się prosiła, żebym w nią wszedł całym sobą. I nad tym pracowałem.
Najlepszą możliwością było wolne stanowisko kierownicze, rzut beretem od mojego “kochanego” Urzędu. Awans potężny, właściwie od razu na dyrektora. Moje ptaszki, niczym Varysowi, doniosły mi o tym, że będzie konkurs i kiedy. Niestety nie wiadomo było, jakie zostaną postawione wymagania formalne. Gdy wreszcie go ogłoszono byłem, oczywiście, pierwszym, który o nim wiedział. Szybko zerknąłem w BIP i dałem cynk reszcie, żeby wiedzieli kto tutaj jest najlepiej poinformowany. No i problem, choć Szef już się gorączkował, że tylko ja spełniam wymagania formalne. Byście widzieli jak był zdenerwowany i podpytywał, mało subtelnie, czy mam zamiar startować.
Nie, nie oburzajcie się, że moje znajomości ustawiły konkurs pode mnie. Szef jest po prostu idiotą i nie rozumie pewnych sformułowań- nie spełniałem wymagań. Ale wiedziałem, że nikt nie spełni. W ogóle sądziłem, że nikt się nie zgłosi- pomyliłem się. Zgłosiły się trzy osoby, minutę po otwarciu kopert wiedziałem, że żadna nie spełniła wymagań formalnych. Nawet mnie to nie dziwi, jedną z nich znam osobiście i nie mam jakiegokolwiek zawodowego szacunku do niej. Miałem nawet pisać jej pracę magisterską, ale rzuciłem zaporową cenę, żeby się ode mnie odpieprzyła.
Ale ja w tym czasie pracowałem, m.in. pisząc niezbędną papierologię. Teraz przynajmniej wiedziałem, jakie mają fantazje, a do tego wystarczająco dużo czasu, żeby wszystko ładnie przygotować. Nowy konkurs został ogłoszony następnego dnia i tak jak oczekiwałem zmieniono wymagania, bardzo je obniżając. Ale niestety jedyny punkt, jaki mnie wykluczał- zaostrzono.
Smutek. Tym razem wiedziałem, że zgłosi się multum osób, w tym większość całkowicie przypadkowych z ulicy. To koniec. Kogoś na bank wybiorą (wybrali), tak to jest jak pali się grunt pod nogami. Co jednak ja zauważyłem, już w czasie czytania, to fakt, że z obniżonymi wymaganiami łapie się Szef. Akurat nie było go w biurze, ale telefon z sekretariatu urzędu, o którym mówimy w kontekście tego konkursu z prośbą o pilny kontakt powiedział mi wszystko.
Mają nóż na gardle. Chcą podebrać mojego Szefa. Jeśli on by wyniósł się z Urzędu, to próżnia by się nie zmniejszyła. A jakby tam poszedł, to oczywiste jest, że tu nikt by się sensowny też nie zgłosił. Szczególnie, że tam oferowano większą kasę (pi razy oko o 2k/m-c). W Wydziale zostałbym ja, Dziad miesiące przed emeryturą i praktykant z umową czasową. Matematykę zostawiam Wam.
Pytanie zasadnicze, czy Szef przejdzie? Gdyby mnie złożono ofertę, nie zastanawiałbym się ani sekundy. Powody mogę wymieniać długo, zaczynając od wspomnianych finansowych, bardziej prestiżowe stanowisko, łatwiejsza robota, całkowicie ogarnięta dzięki poprzednikowi (dosłownie wystarczy działać, według gotowych wytycznych). Ale ja nie jestem przyspawany do stołka przez strach tak jak Szef. I dobrze zgadujecie- nie skorzystał z oferty. Oferty przekazanej osobiście przez kierownika urzędu z zaznaczeniem możliwości negocjacji wynagrodzenia. Daleko idącej negocjacji.
Tym ruchem spierdolił sobie karierę całkowicie. Do emerytury taka możliwość zapewne mu się już nie przytrafi. W najmniejszym nawet stopniu. Spadło mu to jak ślepej kurze ziarno. I to chyba wszyscy wiemy, że dosłownie- w końcu jest kretynem. Rozmawiałem nawet jeszcze przed końcem drugiego konkursu w kuluarach z paroma osobami, które delikatnie sondowały, czy się zgłosi. Na moje “raczej nie” zazwyczaj słyszałem “to dobrze, pewnie by się i tak nie sprawdził”.
Tym ruchem jednak także spierdolił karierę mi. Nie całkowicie jak sobie, a po prostu w najgorszym razie odsunął ją w czasie. I nie miejcie wątpliwości, że o tym nie wiedział- przy mnie powiedział, gdy toczyliśmy rozmowę starając się zachęcić go do startu, że nie pójdzie bo wtedy ja wskoczę tu na jego miejsce. Oczywiście to miał być kolejny jego super zabawny żarcik. Nikt się nie śmiał, nawet Dziad miał nadzieję się go pozbyć, choć jak pisałem zostało mu parę miesięcy. Nawet ja cieszyłbym się, choćby i nie zrobili mnie p.o. i dyrektorem w konsekwencji.
Możliwość była jeszcze trzecia, o której początkowo nie myślałem, ale usłyszałem ją, jakże by inaczej, w zakulisowych rozmowach:
-Skoro nie chciał, to mógł choć nakręcić temat na ciebie. Wiedzieliby, że mogą spokojnie znów nikogo nie wybrać i trzeci konkurs jeszcze lepiej ułożyć.
I tak jak wątła nadzieja przysłoniła mi na chwilę logiczne myślenie, tak na szczęście ktoś pomyślał za mnie i ściągnął mnie na ziemię:
-Pojebało cię? Szef w życiu by tego nie zrobił, bo kto będzie za niego tutaj zakurwiał jak nie Młody?

Tak więc cóż… Francis, wiem jak się wtedy poczułeś.

czwartek, 26 października 2017

Dzień dwieście sześćdziesiąty trzeci- Tak tak tak, to Pan Tik-Tak.

Jesteście punktualni? Ja bardzo. Pamiętam, jak kiedyś poproszono mnie, żebym choć raz się spóźnił. Przyszedłem więc punktualnie, zrobiłem dodatkowe kółko wokół osiedla i dopiero zadzwoniłem do drzwi. Może to i trochę dziwne, no ale ordnung muss sein. Czuję niemal fizyczny ból, gdy nie dotrzymuję terminu. Urząd ma wszelkie możliwości, żeby ostatecznie z bycia punktualnym mnie wyleczyć.
Terminy to jest po prostu to, co kocha. Mocno mi się wydaje, że im wyżej urząd jest położony, tym bardziej oderwani od rzeczywistości ludzie tam pracują. Czasem gdy dostaję jakieś pismo zastanawiam się, czy ten ktoś piszący to jest takim idiotą, czy ma mnie za boga. Biorę papier i czytam- proszę w ciągu tygodnia przedstawić dane liczbowe wg załączonej tabeli z określonych zakładów pracy. Może gdyby to były 2-3 miejsca, czy gdybym takich w ogóle nie miał jak na jakichś wioskach. Ale wyciągam spis, który kończy się na pozycji 348. Pół tygodnia to mi zejdzie na wysyłanie zapytań do nich (90% nie ma/nie podaje maila). No ale jaśnie państwo życzy sobie odwalić to w tydzień.
Choć akurat tydzień to jeszcze łaskawy termin. Najbardziej kocham terminy “czterodniowe” i z doświadczenia wiem, że wielu urzędników stojących nade mną w drabinie urzędowej też je uwielbiają. A jak się wściekają, jak informujesz ich, że nie zdążysz. “Przecież miał pan CZTERY dni”. Aha, jeszcze żebyście wiedzieli jak to się czyta- dostajecie pismo faksem w piątek odpowiedź ma przyjść w poniedziałek. Macie więc cztery dni- piątek, sobotę, niedzielę i poniedziałek. No ja nie wiem, gdzie tutaj jakiś problem?
Problem zaczyna się przy terminach 24-godzinnych. Tzn. teoretycznie 24, bo pismo przychodzi tak 13-14 “proszę o odpowiedź do jutra, godz. 9.00” czyli de facto są dobre 4h na zebranie potrzebnych informacji, przetworzenie ich i wysłanie. W tym konkretnym przypadku pan urzędnik poprosił o dokumentację fotograficzną. Około 500MB zdjęć na maila, max załącznik 40MB mamy. Jeśli zrobicie szybką matematykę wysłałem to spakowane i podzielone na 13 części. Samo wysyłanie zajęło mi sporą część godziny, niestety w trakcie nie zauważyłem, że odpisał na jeden z pierwszych maili informując mnie, że moje pliki się nie otwierają… No niemożliwe, jakim cudem?
To też jeszcze jednak nie jest złe. W końcu wystarczy, że będę siedział nadgodziny i mogę mieć nawet 20h na przygotowanie odpowiedzi, a to już 2,5 dnia roboczego. Nie jest to złe, bo mogą tak jak dziś przysłać faks o 11, o 11.02 zadzwonić, że wysłali pilny faks, a w treści pisma “odpowiedź przysłać do godziny 14.00”. W takich wypadkach zawsze, ZAWSZE pismo ma datę wczorajszą. I tak samo zawsze zastanawiam się, czy to jest celowa złośliwość, że czekają z nim do następnego dnia, czy celowe udawanie, że jest więcej czasu, niż w rzeczywistości jest. A spróbuj im powiedzieć “trochę mało czasu…” Najlepsza odpowiedź jaką dostałem brzmiała “no tak, no tak… ale otrzymaliście polecenie, ktoś to musi wykonać”. Zgadnijcie gdzie przed wczesną emeryturą pracował mój rozmówca i uargumentujcie dlaczego akurat w wojsku…
Ale to wszystko i tak nic. Nawet te 3h to i tak komfortowe warunki jeśli macie zamiar wyrobić się w zadanym terminie w stosunku do rekordu. Absolutnego mistrzostwa świata w wykonaniu urzędników, których nie tak dawno widziałem fotografujących się z aktualną premier (gdzie i kiedy oczywiście Wam nie powiem). Prawdopodobnie wtedy, udając ciężką pracę, wpadli na błyskotliwy pomysł. Po tylu próbach wreszcie znaleźli sposób jak być w 100% pewnym, że nie dam radę zmieścić się w terminie, choćbym stanął na rzęsach. Wypchnęli do mnie faks z prośbą o odpowiedź tego samego dnia do godziny 17.00. Faks wysłali o 20. W piątek.
Plus był taki, że zaczynając rozmowę w poniedziałek od “odnośnie waszego faksu z godziny 20…” nie usłyszałem ani jednego słowa wyrzutu czy nagany.