Dziś dopełniłem corocznej tradycji. Polega ona na tym, że gdy pada pierwszy śnieg w sezonie robię zdjęcie przez okno i wrzucam na socjale z dopiskiem „Tradycyjnie dla tych co nie mają okien informacja: pada śnieg”. Haha, hehe, suchy żarcik. Ale nie do końca. Zanim jednak do meritum to pojedźmy na chwilę za granicę.
Mój Urząd ma kilka urzędów partnerskich w różnych miastach Europy. I w tych bardziej cywilizowanych jak Niemcy czy Francja czy Holandia podjęli w ostatniej dekadzie bardzo dojrzałe, choć może też trudne decyzje. Otóż: postawili nowe budynki urzędów. Bo oni najwyraźniej rozumieją, że „tanie państwo” to przekleństwo. U nas nie rozumieją, dlatego Urząd jest i będzie w zabytkowym budynku, do którego nie wejdą osoby niepełnosprawne. Wielkie, drewniane drzwi wejściowe są tak ciężkie, że otworzyć je mają problem wszyscy. Czy jest tanio? Jest tanio. Czy jest dobrze? Jest tanio.
Ten stan rzeczy oczywiście dotyka też urzędników. Np nie ma pomieszczeń socjalnych gdzie można by spokojnie zjeść. I w ogóle nie ma miejsca. Dlatego gdy trzeba było wygospodarować miejsce na obsługę klientów związaną z nowymi przepisami dziewczyny mające to robić dostały nowe biuro. W środku budynku, bez jakiegokolwiek okna. Siedziały więc tam 8h dziennie bez choćby odrobiny światła słonecznego i nikogo to nie obchodziło. Też nikogo nic nie obchodziło jak przyszło lato i upały. A przynajmniej do momentu, gdy jedna z nich zasłabła. Wiecie, słabo się jednak pracuje w 35 stopniach bez okien. Do tego momentu też oczywiście nie miały klimatyzacji. W końcu bez przesady - dopóki nie zemdlejesz w pracy nie ma sensu się przejmować.
Moglibyście zapytać gdzie było BHP. Odpowiadam. Przypominam. Mój Szef jest BHPowcem w Urzędzie. Czy muszę coś dodawać?
Zapewne muszę, bo temat instalacji czegokolwiek w zabytkowych budynkach bez jakiegokolwiek sensownego planu i dużej przebudowy to temat na przewód doktorski. Tak więc gdy zamknięto jedyny przewód kominowy podłączeniem klimatyzacji, co też zrobiono na 30%, pojawił się nowy problem. Zbyt duża wilgotność, skraplająca się woda cieknąca po ścianie i dorodne wykwity grzyba. Więc żeby to zbalansować do klimatyzacji pomieszczenia dołączono osuszacz. Jak tak sobie o tym teraz myślę, to chyba jedno z bardziej cyberpunkowych pomieszczeń biurowych jakie widziałem. Sama esencja „high tech, low life”.
I tak by sobie żyły dziewczyny w tym dziwnym habitacie wyglądającym jak eksperyment NASA, pewnie i do końca swoich dni, gdyby nie nagły zwrot akcji. W takim nie do końca zrozumiałym dla mnie zabiegu Urząd wszedł w posiadanie kolejnego, absolutnie nieprzystosowanego do niczego budynku, na który zamienił się z jednym deweloperem oddając w zamian atrakcyjną działkę w samym centrum miasta, na której śmiałe plany lokowały nowy budynek Urzędu za lat kilkadziesiąt. Tym sposobem zamiast Urzędu będzie blok, ale za to dziewczyny dostały biuro z oknem. A interesanci od teraz żeby załatwić sprawę w Urzędzie muszą biegać między dwoma budynkami oddalonymi od siebie o ledwie 400 metrów.
Na tym jednak historia biura bez okna się nie kończy. Przyroda nie lubi pustki, więc ten habitat został zasiedlony przez kolejne okazy, tym razem informatyków, choć nie wszystkich. Informatyków w tamtym czasie w Urzędzie było 3. Jeden grał w pasjansa cały dzień, a jego jedynym zadaniem było pamiętanie haseł i odnawianie licencji (o jednym i drugim notorycznie zapomina). Drugi zajmuje się bajerowaniem urzędniczek co mu nie za bardzo wychodzi przez to, że zarzygał jedną na imprezie samorządowej. A trzeci stara się mniej więcej ogarniać wszystko. Przy czym im dłużej pracuje tym mniej się stara. I to właśnie on dostał przeniesienie do biura będącego spełnieniem mokrych snów fanów cyberpunka.
-O, czyli to ty trafiłeś do tego schowka na miotły - przywitałem się z nim przekrzykując klimatyzację i osuszacz, przeciskając się między pożółkłymi ze starości obudowami komputerów.
-A, nie jest tak źle. W starym biurze też nie miałem okna i miałem biurko koło drzwi do sracza. W sumie to nie było biuro, tylko korytarz. Więc jest progres.
"Ludzie mówią, że powinienem być urzędnikiem. Piję dużo kawy i mam wszystko w dupie."
Zanim poszedłem do urzędu myślałem, i to całkiem poważnie, że to normalne miejsce pracy jak każde inne. Że rano pójdę do pracy i po 8 godzinach wrócę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Zmęczony, ale zadowolony- ze swojego dzieła, z wkładu w rozwój lokalnej społeczności no i z pensji. Moje wyobrażenie nie mogło być chyba bardziej mylne...
Oto zapiski z mojej pracy, spojrzenie “od wewnątrz” na pracę w jednym z polskich urzędów. Przy okazji zastrzegam sobie prawo do podkolorowania moich historii, ale o nie więcej niż 10%. ;)
Zanim poszedłem do urzędu myślałem, i to całkiem poważnie, że to normalne miejsce pracy jak każde inne. Że rano pójdę do pracy i po 8 godzinach wrócę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Zmęczony, ale zadowolony- ze swojego dzieła, z wkładu w rozwój lokalnej społeczności no i z pensji. Moje wyobrażenie nie mogło być chyba bardziej mylne...
Oto zapiski z mojej pracy, spojrzenie “od wewnątrz” na pracę w jednym z polskich urzędów. Przy okazji zastrzegam sobie prawo do podkolorowania moich historii, ale o nie więcej niż 10%. ;)
czwartek, 12 grudnia 2024
środa, 11 grudnia 2024
Dzień dwieście dziewięćdziesiąty dziewiąty - hello darkness my old friend.
Witam po długiej przerwie. Szybko wyjaśnijmy sobie parę kwestii zanim zaczniemy.
Pierwsze primo- tak, długo nie pisałem. Lata pracy w urzędzie były dla mnie pogarszającym się piekłem i nie miałem już chęci do tego wracać. O tym kiedy indziej.
Drugie primo- jak się domyślacie od paru lat nie pracuje już w Urzędzie, więc wpisów będzie dosłownie parę, żeby zamknąć temat tak jak na to zasługuje.
Trzecie primo- wiem, że niewłaściwie używam słowa „primo”.
Ostatnio skończyliśmy na Covidzie. Na szczęście świat się od tego czasu trochę ogarnął. Jednak w naszej linii czasowej Covid nadal trwa w najlepsze, a Urząd zapada się w chaos.
Pierwszą z decyzji Szefa wszystkich Szefów po idiotycznym rozdawnictwie przepłaconych maseczek było zamknięcie Urzędu na gości z zewnątrz. Oj to była tragedia.
Po pierwsze dla urzędników - drzwi są zamknięte na klucz i monitorowane. A więc nie da się już niezauważonym wyjść po zakupy spożywcze na cały tydzień czy do pobliskiego lumpeksu.
Po drugie dla klientów - bo jednak chcą czasem załatwić coś istotnego. No np urodziło się komuś dziecko czy bardziej w tym czasie prawdopodobne - komuś się zmarło.
Wymyślono więc wspaniały pomysł. Ustawiono przy drzwiach stażystkę, która uzbrojona w jedną z maseczek z poprzedniego wpisu obsługiwała drzwi z wykorzystaniem niewielkiego okienka obok nich. Wejście do Urzędu wyglądało więc jak zdobywanie Linii Zygfryda. Manewrując pomiędzy kaszlącymi ludźmi trzeba było podejść do szczeliny zza której stażystka zarzucała Was serią pytań żeby ustalić czy Wasz problem jest serio na tyle ważny, żeby wpuścić Was do Twierdzy Urząd.
Działało to jak wszystko - jako tako. Przynajmniej do czasu aż ciągłe zakluczanie i odkluczanie zabytkowych drzwi do Urzędu spowodowało ich uszkodzenie. I już się ich nie dało zakluczyć więc do środka wchodził każdy, a stażystka próbowała ich wyganiać. Także stróż miał więcej roboty z pilnowaniem tego całego bałaganu w nocy.
Pomysł nie wyszedł, sięgnięto więc po kolejny. Wyjątkowo nie aż taki głupi. Szef wszystkich Szefów stwierdził, że słabo będzie jeśli któryś wydział w 100% rozłoży epidemia. Prawdopodobnie wpadł na to po tym, jak całe szefostwo poszło na kwarantannę gdy jeden z nich zachorował, a codziennie spotykali się wspólnie na kawce - też o tym pisałem w poprzednich notkach. Kazał więc wydziałom podzielić się po pół i chodzić do biura na zmianę tygodniami- raz zdalnie, a raz na miejscu. Piękny jeden tydzień mojego życia. Siedziałem w brudnej żonobijce i grałem w gierki. Jedyne co miałem do zrobienia w ciągu dnia to sprawdzenie maila, więc już w poniedziałek wieczorem to zautomatyzowałem.
Dlaczego był to tylko tydzień? Bo Sekretarz w rodzącej się już chyba wtedy niechęci do mnie (oooo, poczekajcie na finał tego wątku za parę odcinków) stwierdził, że ja nie mogę pracować zdalnie. Wszyscy wliczając w to osoby z biura podawczego mogą pracować zdalnie (biuro podawcze- JAK???), ale mój wydział nie mający na codzień kontaktu z klientami i w tym momencie krytycznie potrzebny do funkcjonowania - nie.
Zdradzę Wam teraz jedną rzecz. Ja przez te wszystkie lata ściemniałem, w raczej oczywisty sposób, że zajmuje się takimi około środowiskowymi rzeczami. Wy to już wiecie, a co bardziej przenikliwi już się domyślili. W rzeczywistości robiłem w zarządzaniu kryzysowym. Teraz sobie przypomnijcie historie o Szefie i Dziadzie i pomyślcie, że ta ekipa odpowiadała (Szef ciągle jest na swoim stanowisku) za bezpieczeństwo w Gminie.
Więc sprzątaczki, biuro podawcze czy Urząd Stanu Cywilnego pracuje na zmianę, ale zarządzanie kryzysowe jest w czasie Covidu na tyle nieistotne, że może iść całe na kwarantannę. A może plan był taki, żeby zrobić jak z szefostwem. Ten z najkrótszą słomką siedzi w robocie i stara się nie zarażać innych, a reszta na kwarantannę…
Pierwsze primo- tak, długo nie pisałem. Lata pracy w urzędzie były dla mnie pogarszającym się piekłem i nie miałem już chęci do tego wracać. O tym kiedy indziej.
Drugie primo- jak się domyślacie od paru lat nie pracuje już w Urzędzie, więc wpisów będzie dosłownie parę, żeby zamknąć temat tak jak na to zasługuje.
Trzecie primo- wiem, że niewłaściwie używam słowa „primo”.
Ostatnio skończyliśmy na Covidzie. Na szczęście świat się od tego czasu trochę ogarnął. Jednak w naszej linii czasowej Covid nadal trwa w najlepsze, a Urząd zapada się w chaos.
Pierwszą z decyzji Szefa wszystkich Szefów po idiotycznym rozdawnictwie przepłaconych maseczek było zamknięcie Urzędu na gości z zewnątrz. Oj to była tragedia.
Po pierwsze dla urzędników - drzwi są zamknięte na klucz i monitorowane. A więc nie da się już niezauważonym wyjść po zakupy spożywcze na cały tydzień czy do pobliskiego lumpeksu.
Po drugie dla klientów - bo jednak chcą czasem załatwić coś istotnego. No np urodziło się komuś dziecko czy bardziej w tym czasie prawdopodobne - komuś się zmarło.
Wymyślono więc wspaniały pomysł. Ustawiono przy drzwiach stażystkę, która uzbrojona w jedną z maseczek z poprzedniego wpisu obsługiwała drzwi z wykorzystaniem niewielkiego okienka obok nich. Wejście do Urzędu wyglądało więc jak zdobywanie Linii Zygfryda. Manewrując pomiędzy kaszlącymi ludźmi trzeba było podejść do szczeliny zza której stażystka zarzucała Was serią pytań żeby ustalić czy Wasz problem jest serio na tyle ważny, żeby wpuścić Was do Twierdzy Urząd.
Działało to jak wszystko - jako tako. Przynajmniej do czasu aż ciągłe zakluczanie i odkluczanie zabytkowych drzwi do Urzędu spowodowało ich uszkodzenie. I już się ich nie dało zakluczyć więc do środka wchodził każdy, a stażystka próbowała ich wyganiać. Także stróż miał więcej roboty z pilnowaniem tego całego bałaganu w nocy.
Pomysł nie wyszedł, sięgnięto więc po kolejny. Wyjątkowo nie aż taki głupi. Szef wszystkich Szefów stwierdził, że słabo będzie jeśli któryś wydział w 100% rozłoży epidemia. Prawdopodobnie wpadł na to po tym, jak całe szefostwo poszło na kwarantannę gdy jeden z nich zachorował, a codziennie spotykali się wspólnie na kawce - też o tym pisałem w poprzednich notkach. Kazał więc wydziałom podzielić się po pół i chodzić do biura na zmianę tygodniami- raz zdalnie, a raz na miejscu. Piękny jeden tydzień mojego życia. Siedziałem w brudnej żonobijce i grałem w gierki. Jedyne co miałem do zrobienia w ciągu dnia to sprawdzenie maila, więc już w poniedziałek wieczorem to zautomatyzowałem.
Dlaczego był to tylko tydzień? Bo Sekretarz w rodzącej się już chyba wtedy niechęci do mnie (oooo, poczekajcie na finał tego wątku za parę odcinków) stwierdził, że ja nie mogę pracować zdalnie. Wszyscy wliczając w to osoby z biura podawczego mogą pracować zdalnie (biuro podawcze- JAK???), ale mój wydział nie mający na codzień kontaktu z klientami i w tym momencie krytycznie potrzebny do funkcjonowania - nie.
Zdradzę Wam teraz jedną rzecz. Ja przez te wszystkie lata ściemniałem, w raczej oczywisty sposób, że zajmuje się takimi około środowiskowymi rzeczami. Wy to już wiecie, a co bardziej przenikliwi już się domyślili. W rzeczywistości robiłem w zarządzaniu kryzysowym. Teraz sobie przypomnijcie historie o Szefie i Dziadzie i pomyślcie, że ta ekipa odpowiadała (Szef ciągle jest na swoim stanowisku) za bezpieczeństwo w Gminie.
Więc sprzątaczki, biuro podawcze czy Urząd Stanu Cywilnego pracuje na zmianę, ale zarządzanie kryzysowe jest w czasie Covidu na tyle nieistotne, że może iść całe na kwarantannę. A może plan był taki, żeby zrobić jak z szefostwem. Ten z najkrótszą słomką siedzi w robocie i stara się nie zarażać innych, a reszta na kwarantannę…
poniedziałek, 15 sierpnia 2022
Dzień dwieście dziewięćdziesiąty ósmy - dzięki Puchatek.
No więc jak już wiecie z poprzedniej notki zaczął się COVID. Tzn., o ile nie żyjecie w jaskini wiecie o tym już od jakiegoś czasu. Ale w mojej czasoprzestrzeni niedawno się zaczął i wszystkich zdawało się ostro popierdolić w jedną lub drugą stronę. Jedni absolutnie ignorowali zagrożenie (np. całe kierownictwo mojego Urzędu), inni z kolei wróżyli już koniec świata.
Cóż, z perspektywy czasu wiemy, że dla wielu był to koniec świata. Dziesiątki tysięcy ludzi zmarło przedwcześnie. Ja osobiście COVID uważałem i uważam nadal za zbiorowy test na inteligencję, który zbiorowo oblaliśmy. Było tylko parę prostych rzeczy do zrobienia, które zresztą w większości powinniśmy stosować i tak na codzień.
Na pierwszy ogień paniki poszedł papier toaletowy. Chciałbym kiedyś przeczytać jakąś analizę w tym temacie dlaczego pierwsze, po co ludzie się rzucają, to rolka papieru do rozsmarowywania kupy po dupie. Może kiedyś. Tymczasem drugim celem stały się wszelkiego rodzaju maseczki. Wszyscy pewnie pamiętamy, jak bardzo deficytowym towarem były. Mój Urząd oczywiście włączył się w pomoc ze zdobyciem maseczek i szybko weszliśmy w posiadanie wielu tysięcy ich sztuk. Byłem tym aż zaskoczony, jak on mógł tak sprawnie działać. Sprawa mi się szybko wyjaśniła - maseczki były po prostu śmieciowej jakości, dostarczone przez nieprzypadkową firmę w cenie jak za złoto. Kojarzy Wam się to z jakimiś respiratorami? No właśnie...
Ok. Mamy tysiące maseczek w magazynie, nad którym jak może pamiętacie pełniłem pieczę. Co dalej? Pomysłów było parę, wzorców z innych miast też, wybrano najgorszy z możliwych, przeciwko któremu ostro protestowałem, ale powiedziano mi wprost, że albo plan wykonam albo mnie zwolnią. Ustalono więc, że mam wydawać maseczki osobiście w drzwiach Urzędu najbardziej narażonym, a więc seniorom. A priori uznano, że senior to każda osoba 60+. I te wszystkie osoby najbardziej narażone, mają naraz przychodzić i ustawiać się w jedną wielką kolejkę, aby stać po parę godzin dla 2 okropnej jakości maseczek materiałowych. Skąd mam wiedzieć, że dana osoba faktycznie jest seniorem? Otóż miałem każdemu sprawdzać dokument tożsamości. Było to też o tyle istotne, że miałem też spisać imię i nazwisko, żeby sprawdzać, czy nie bierze może drugi raz. W zeszycie. W tym momencie kogoś olśniło, że RODO i dodatkowo mam od każdego brać podpis pod informacją o RODO. Wisienką na torcie niech będzie zabezpieczenie mnie przez Urząd przed COVID - żadne. Wygrzebałem gdzieś stare maseczki FFP-2, które kupiłem X lat temu do jakiegoś małego lakierowania i wziąłem z domu rękawiczki nitrylowe, których używałem do klejenia w czasie budowania cosplayowych propsów. Do pomocy dostałem Szefa.
To co ja wiedziałem zanim zaczęliśmy całą tą idiotyczną akcję, potwierdziło pierwsze 10 minut pierwszego dnia. Wyszukiwanie nazwisk trwało wieki, zapisywanie też, kolejka liczyła ponad 100m, nikt oczywiście nie przestrzegał żadnych dystansów, w większości 60+, w zimie... Coż mogłoby pójść nie tak? Widząc co się dzieje na chwilę zamknąłem pierdolnik i pobiegłem do Szefa wszystkich Szefów, któremu dość ostro powiedziałem co o tym myślę i jak bardzo to nie działa. Jedyne, co udało mi się wynegocjować, to rezygnacja z zapisywania opartą o wiarę w ludzką uczciwość. Ja w nią nie wierzę i się nie pomyliłem, ale przynajmniej zaczęło szybciej iść. Do czasu. Aż nagle wpadł Sekretarz Urzędu i zaczął mnie opierdalać, że wydaję bez zapisywania. Stwierdził, że Szef wszystkich Szefów go nie obchodzi i mam znów zapisywać. Więc znów szło wolno. Po kolejnej godzinie Szef wszystkich Szefów jechał do domu i wpadł do mnie pooglądać moje cierpienie oraz spytać jak idzie. Powiedziałem zgodnie z prawdą, że wolno bo znów zapisuję wszystko. I kazał mi przestać zapisywać...
Ten cyrk trwał łącznie parę tygodni, dzień w dzień. Jak się niektórzy z Was domyślili oczywiście zachorowałem w międzyczasie. Na szczęście tylko przeziębienie, ale przynajmniej tydzień odpocząłem sobie na kwarantannie. I jedyne co mnie w tych mrocznych dniach rozweselało, to świadomość, że Szef jest idiotą. I tak jak Wam kiedyś chyba mówiłem w momencie, w którym dostał służbowy numer to zrezygnował z prywatnego. A teraz dostawał setki telefonów na godzinę przez całą dobę, bo jego służbowy numer podano jako oficjalny do uzyskania informacji odnośnie wydawania maseczek.
Cóż, z perspektywy czasu wiemy, że dla wielu był to koniec świata. Dziesiątki tysięcy ludzi zmarło przedwcześnie. Ja osobiście COVID uważałem i uważam nadal za zbiorowy test na inteligencję, który zbiorowo oblaliśmy. Było tylko parę prostych rzeczy do zrobienia, które zresztą w większości powinniśmy stosować i tak na codzień.
Na pierwszy ogień paniki poszedł papier toaletowy. Chciałbym kiedyś przeczytać jakąś analizę w tym temacie dlaczego pierwsze, po co ludzie się rzucają, to rolka papieru do rozsmarowywania kupy po dupie. Może kiedyś. Tymczasem drugim celem stały się wszelkiego rodzaju maseczki. Wszyscy pewnie pamiętamy, jak bardzo deficytowym towarem były. Mój Urząd oczywiście włączył się w pomoc ze zdobyciem maseczek i szybko weszliśmy w posiadanie wielu tysięcy ich sztuk. Byłem tym aż zaskoczony, jak on mógł tak sprawnie działać. Sprawa mi się szybko wyjaśniła - maseczki były po prostu śmieciowej jakości, dostarczone przez nieprzypadkową firmę w cenie jak za złoto. Kojarzy Wam się to z jakimiś respiratorami? No właśnie...
Ok. Mamy tysiące maseczek w magazynie, nad którym jak może pamiętacie pełniłem pieczę. Co dalej? Pomysłów było parę, wzorców z innych miast też, wybrano najgorszy z możliwych, przeciwko któremu ostro protestowałem, ale powiedziano mi wprost, że albo plan wykonam albo mnie zwolnią. Ustalono więc, że mam wydawać maseczki osobiście w drzwiach Urzędu najbardziej narażonym, a więc seniorom. A priori uznano, że senior to każda osoba 60+. I te wszystkie osoby najbardziej narażone, mają naraz przychodzić i ustawiać się w jedną wielką kolejkę, aby stać po parę godzin dla 2 okropnej jakości maseczek materiałowych. Skąd mam wiedzieć, że dana osoba faktycznie jest seniorem? Otóż miałem każdemu sprawdzać dokument tożsamości. Było to też o tyle istotne, że miałem też spisać imię i nazwisko, żeby sprawdzać, czy nie bierze może drugi raz. W zeszycie. W tym momencie kogoś olśniło, że RODO i dodatkowo mam od każdego brać podpis pod informacją o RODO. Wisienką na torcie niech będzie zabezpieczenie mnie przez Urząd przed COVID - żadne. Wygrzebałem gdzieś stare maseczki FFP-2, które kupiłem X lat temu do jakiegoś małego lakierowania i wziąłem z domu rękawiczki nitrylowe, których używałem do klejenia w czasie budowania cosplayowych propsów. Do pomocy dostałem Szefa.
To co ja wiedziałem zanim zaczęliśmy całą tą idiotyczną akcję, potwierdziło pierwsze 10 minut pierwszego dnia. Wyszukiwanie nazwisk trwało wieki, zapisywanie też, kolejka liczyła ponad 100m, nikt oczywiście nie przestrzegał żadnych dystansów, w większości 60+, w zimie... Coż mogłoby pójść nie tak? Widząc co się dzieje na chwilę zamknąłem pierdolnik i pobiegłem do Szefa wszystkich Szefów, któremu dość ostro powiedziałem co o tym myślę i jak bardzo to nie działa. Jedyne, co udało mi się wynegocjować, to rezygnacja z zapisywania opartą o wiarę w ludzką uczciwość. Ja w nią nie wierzę i się nie pomyliłem, ale przynajmniej zaczęło szybciej iść. Do czasu. Aż nagle wpadł Sekretarz Urzędu i zaczął mnie opierdalać, że wydaję bez zapisywania. Stwierdził, że Szef wszystkich Szefów go nie obchodzi i mam znów zapisywać. Więc znów szło wolno. Po kolejnej godzinie Szef wszystkich Szefów jechał do domu i wpadł do mnie pooglądać moje cierpienie oraz spytać jak idzie. Powiedziałem zgodnie z prawdą, że wolno bo znów zapisuję wszystko. I kazał mi przestać zapisywać...
Ten cyrk trwał łącznie parę tygodni, dzień w dzień. Jak się niektórzy z Was domyślili oczywiście zachorowałem w międzyczasie. Na szczęście tylko przeziębienie, ale przynajmniej tydzień odpocząłem sobie na kwarantannie. I jedyne co mnie w tych mrocznych dniach rozweselało, to świadomość, że Szef jest idiotą. I tak jak Wam kiedyś chyba mówiłem w momencie, w którym dostał służbowy numer to zrezygnował z prywatnego. A teraz dostawał setki telefonów na godzinę przez całą dobę, bo jego służbowy numer podano jako oficjalny do uzyskania informacji odnośnie wydawania maseczek.
środa, 22 czerwca 2022
Dzień dwieście dziewięćdziesiąty siódmy - śmieciarka.
Wierzcie mi lub nie, ale za kółkiem zmieniam się w potwora. Szokuje mnie to niezmiernie, bo jestem bardzo spokojnym człowiekiem. Bardzo spokojnym. Moglibyście się mi zrzygać na buty i pewnie nie zobaczylibyście nawet drobnej zmiany w mojej mimice. Wbrew pozorom to nie jest dobra cecha.
Ale gdy wsiadam do samochodu przechodzę metamorfozę. Myślałem o tym stojąc w korku za śmieciarką, szczególnie, że dziwnie mi to nie przeszkadzało. Stałem trzy minuty, przejeżdżałem pięć metrów i znów czekałem aż śmieci zostaną załadowane do śmieciarki i będziemy mogli podjechać do kolejnych drzwi tej jednokierunkowej drogi. A mimo to jestem oazą spokoju. I chyba nawet wiem dlaczego. Akurat jestem w podróży służbowej z powrotem do Urzędu.
Jakiś czas temu zaczął się COVID i całkiem niedawno doszło do sytuacji, od której moja chęć do pracy spadła do wartości nieistniejących. Choć zapewne i ja i Wy nie podejrzewaliśmy, że jest to możliwe. Do tego jeszcze wrócimy w postaci retrospektywy. Na razie jesteśmy tu i teraz, powoli dojeżdżając do parkingu Urzędu.
Zaparkowałem jak zawsze gdy biorę wóz do roboty na parkingu publicznym, bo na ten urzędowy dostęp mają tylko nieliczni wybrani według klucza prywatnych koneksji i znajomości. Wchodzę na podwórze i witam się z Szefem wszystkich Szefów mijając go na parkingu. Coś mi jednak nie pasowało i zaprzątało mój zmęczony umysł.
-Ej -kulturalnie zagadałem dziewczyny w Biurze Podawczym- czy przypadkiem Szef wszystkich Szefów nie jest pozytywny?
-No jest, a co?
Właśnie, to mnie męczyło. Przecież od dwóch dni jest na kwarantannie po pozytywnym wyniku wymazu. Na kwarantannie jest też jego zastępca, z którym miał codzienne narady i jedna z dwóch sekretarek. Druga ciągle w pracy, tak jak Sekretarz tego całego cyrku, który też w tych naradach uczestniczył. Akurat Sekretarza rozumiem trochę czemu nie zgłosili do Sanepidu - rowerek by się wywalił, jakby totalnie wszystkie osoby decyzyjne zostały wycięte w tym samym momencie na tydzień-dwa. Te same osoby decyzyjne, które jakieś dwa tygodnie wcześniej totalnie wyśmiały moją propozycję, żeby kluczowe pozycje w Urzędzie pracowały w trybie wymiennym bez kontaktu ze sobą. Ale czemu sekretarka?
Tą tajemnicę szybko rozwikłałem dzięki swoim wyjątkowym umiejętnością detektywistycznym i ogromnym zaufaniu jakim się cieszę. Po prostu buduje dom i powiedziała Szefowi wszystkich Szefów, żeby jej nie podawał bo nie będzie mogła jeździć kontrolować postępów. Tak więc po prostu pro-forma unikałem obu szerokim łukiem. Ale czemu Szef wszystkich Szefów jest dziś?
-Ale czemu Szef wszystkich Szefów jest dziś? -wyraziłem na głos swoją zagadkę.
-Pewnie przyjechał śmieci wywieźć.
-Co?
-Śmieci.
Dalsze śledztwo trwało jakieś dwa miesiące pilnych obserwacji i o raju. Faktycznie przez te wszystkie lata nie zauważyłem, że Szef wszystkich Szefów faktycznie regularnie przywozi śmieci do Urzędu i wywala do naszych kubłów, żeby przypadkiem nie płacić za wysokich opłat za wywóz śmieci. Opłat, których stawkę sam ustalał...
Ale gdy wsiadam do samochodu przechodzę metamorfozę. Myślałem o tym stojąc w korku za śmieciarką, szczególnie, że dziwnie mi to nie przeszkadzało. Stałem trzy minuty, przejeżdżałem pięć metrów i znów czekałem aż śmieci zostaną załadowane do śmieciarki i będziemy mogli podjechać do kolejnych drzwi tej jednokierunkowej drogi. A mimo to jestem oazą spokoju. I chyba nawet wiem dlaczego. Akurat jestem w podróży służbowej z powrotem do Urzędu.
Jakiś czas temu zaczął się COVID i całkiem niedawno doszło do sytuacji, od której moja chęć do pracy spadła do wartości nieistniejących. Choć zapewne i ja i Wy nie podejrzewaliśmy, że jest to możliwe. Do tego jeszcze wrócimy w postaci retrospektywy. Na razie jesteśmy tu i teraz, powoli dojeżdżając do parkingu Urzędu.
Zaparkowałem jak zawsze gdy biorę wóz do roboty na parkingu publicznym, bo na ten urzędowy dostęp mają tylko nieliczni wybrani według klucza prywatnych koneksji i znajomości. Wchodzę na podwórze i witam się z Szefem wszystkich Szefów mijając go na parkingu. Coś mi jednak nie pasowało i zaprzątało mój zmęczony umysł.
-Ej -kulturalnie zagadałem dziewczyny w Biurze Podawczym- czy przypadkiem Szef wszystkich Szefów nie jest pozytywny?
-No jest, a co?
Właśnie, to mnie męczyło. Przecież od dwóch dni jest na kwarantannie po pozytywnym wyniku wymazu. Na kwarantannie jest też jego zastępca, z którym miał codzienne narady i jedna z dwóch sekretarek. Druga ciągle w pracy, tak jak Sekretarz tego całego cyrku, który też w tych naradach uczestniczył. Akurat Sekretarza rozumiem trochę czemu nie zgłosili do Sanepidu - rowerek by się wywalił, jakby totalnie wszystkie osoby decyzyjne zostały wycięte w tym samym momencie na tydzień-dwa. Te same osoby decyzyjne, które jakieś dwa tygodnie wcześniej totalnie wyśmiały moją propozycję, żeby kluczowe pozycje w Urzędzie pracowały w trybie wymiennym bez kontaktu ze sobą. Ale czemu sekretarka?
Tą tajemnicę szybko rozwikłałem dzięki swoim wyjątkowym umiejętnością detektywistycznym i ogromnym zaufaniu jakim się cieszę. Po prostu buduje dom i powiedziała Szefowi wszystkich Szefów, żeby jej nie podawał bo nie będzie mogła jeździć kontrolować postępów. Tak więc po prostu pro-forma unikałem obu szerokim łukiem. Ale czemu Szef wszystkich Szefów jest dziś?
-Ale czemu Szef wszystkich Szefów jest dziś? -wyraziłem na głos swoją zagadkę.
-Pewnie przyjechał śmieci wywieźć.
-Co?
-Śmieci.
Dalsze śledztwo trwało jakieś dwa miesiące pilnych obserwacji i o raju. Faktycznie przez te wszystkie lata nie zauważyłem, że Szef wszystkich Szefów faktycznie regularnie przywozi śmieci do Urzędu i wywala do naszych kubłów, żeby przypadkiem nie płacić za wysokich opłat za wywóz śmieci. Opłat, których stawkę sam ustalał...
-CASED CLOSED-
czwartek, 7 kwietnia 2022
Dzień dwieście dziewięćdziesiąty szósty - elektromobilność.
Pamiętacie, że mieliśmy mieć milion aut elektrycznych? Ja mam już ich szesnaście i pomału kończy mi się miejsce pod każdym z moich mieszkań z tego miliona mieszkań, które mieliśmy mieć. Ale ok, kończę z biciem leżącego, czyli nas wszystkich...
Faktem jednak pozostaje, że samochody elektryczne to przyszłość. Sam chętnie bym kupił, no ale praca w Urzędzie nie łączy się z wystarczającym poziomem zarobków. Poziomie, który zresztą akurat żywo dyskutowałem z pracownikami Strefy Płatnego Parkowania siedząc z nimi w palarni.
-Te wynagrodzenia, kto to widział... - zamyślił się Jaś, wgryzając zęby w kanapkę z serem.
-Ej, Młody, a słyszałeś?- zaczął zmieniać temat Janusz, popijając kawę. To niesamowite, ale wszyscy pracownicy Strefy mają imiona zaczynające się na tą samą literę...
-Nie, nie słyszałem, co się dzieje?
-Bambochu upija nam.- wyrzucił Jaś wraz z kawałkami przeżutego chleba z serem.
-Co?
-Samochód kupują nam. -poprawił Janusz.
Temat z samochodem Strefy był dość intensywny. Ich aktualny Strefomobil ma dobre dwadzieścia lat i moglibyśmy go nazwać starym, gdyby nie to, że wymieniono w nim chyba już wszystko co się psuło. Czyli wszystko... Ostatnio, a więc parę tygodni temu, wymieniono koło. Miało ono taką czelność, że w czasie pokonywania przez chłopaków ronda po prostu wzięło i odpadło od wozu. Prawdopodobnie z głodu, bo kierując się siłą pędu wpadło w lokalny przybytek kuchni tureckiej. Żadnej osobie, budynkowi oraz kebabowi na szczęście nic się nie stało. Wydarzenie to jednak zmusiło nawet moje szefostwo do poczynienia inwestycji w Urząd. Jak tak dalej pójdzie, może pożegnam się z moją igłową drukarką w biurze...
-O, serio? To świetnie.
-Serio. I wiesz jaki? ELEKTRYCZNY.
Co prawda nie miała to być Tesla (która nie płaci mi za promocję, a mogłaby...), a Skoda (również nie płaci, a skoda), ale mimo wszystko im pogratulowałem. Jako miłośnik elektryków nie mogę chyba znaleźć wielu lepszych zastosowań niż samochód dla Strefy Płatnego Parkowania, który cały swój żywot spędzi jeżdżąc tylko i wyłącznie po mieście. Aż byłem w szoku, że Urząd mógł wymyślić coś sensownego i nowoczesnego. Dosłownie nie brzmi jak pomysł Urzędu.
Tydzień póżniej przechodzę przez palarnię i widzę, że siedzą chłopaki ze skwaszonymi minami.
-Co się stało piękni panowie?
-Nie kupują nam elektryka.
-Ale jak to?
-Powiedzieliśmy dyrektorowi, że znaleźliśmy samochód i zostawiliśmy mu ofertę. Powiedział, że chyba nas pojebało, że za drogi i w ogóle mamy poszukać jakiegoś używanego.
-Przecież to miało akurat sens, chyba najsensowniejszy pomysł w Urzędzie od lat...
-Chuj. -powiedział Jaś memłając kanapkę z mortadelą. Tym razem Janusz nie musiał mi tłumaczyć.
No nic. Czyli na zachodzie bez zmian. Chujowo, ale stabilnie. Miałem nadzieję, że coś się zmieni, ale może to i dobrze, że ciągle mam nadzieję. Znaczy, nie wszystko we mnie jeszcze umarło. Kolejny tydzień minął, gdy ponownie mijałem chłopaków w palarni. Ich miny były jakieś takie... Ni to zadowolone, ni to smutne.
-Co jest?
-Kupują nam elektryka.
-Jednak? Jak to?
-Szef wszystkich Szefów opierdolił dyrektora, że on chce mieć elektryka w Urzędzie i chyba go pojebało, że powiedział, że nas pojebało, że za drogo. Dzięki temu kupujemy.
-To super. Ale czemu tacy niezbyt zadowoleni.
-Nie mamy gdzie go ładować.
-Jak to nie macie?
-Ała uje w gagagu. - wypluł Jaś kawałki, trochę zgaduję, krakowskiej suchej.
-Miało być w garażu - tłumaczy Janusz - chcieliśmy, żeby zamontować nam tam stację do szybkiego ładowania, w ogrzewanym, z dala od deszczu.
-A to czemu nie będzie?
-Szef wszystkich Szefów będzie tam teraz trzymał zepsuty samochód swojego wujka, który miał wypadek. Stary jest, więc nie wiadomo czy z tego wyjdzie, a jeśli to czy będzie dalej jeździł. Więc samochód będzie czekał, jeśli nie to będą go tu naprawiać i sprzedawać, bo zajmie się tym Szef wszystkich Szefów, a mu nie chce się jeździć z tym po mieście.
poniedziałek, 4 kwietnia 2022
Dzień dwieście dziewięćdziesiąty piąty - usprawiedliwienie.
Ostatnią notkę dodałem prawie dokładnie 3 lata temu, 28 marca 2019 r. Chyba wszystkim tym, którzy jeszcze pamiętają ten blog należy się trochę wyjaśnień co się działo, dzieje i dziać będzie. I pewnie w tej kolejności pojedziemy.
Co się działo.
Działo się źle. Bloga zacząłem pisać jako swoisty detoks od Urzędu, ale z czasem stał się kolejną porcją trucizny. Dla Was może dającą jakąś rozrywkę, ale dla mnie będącą kolejnym kamieniem u szyi. Absolutnie nie byłem w stanie tego kontynuować, szczególnie wiedząc, że ciągle zapadam się głębiej i głębiej w ten syf.
Rady żebym to rzucił były spoko, ale to nie znaczy, że były łatwe w realizacji. To co Wy widzicie, to tylko wycinek wycinku mojego życia. Wiele rzeczy musiałem zrobić, żeby w ogóle móc zacząć coś robić w kierunku zmiany pracy. I to właśnie robiłem przez ostatnie ponad 2 lata przetykane COVID i "przyjaznym" sąsiedztwem Rosji.
Co się dzieje.
Dzieje się tyle, że rzuciłem papierami Szefowi wszystkich Szefów i za porozumieniem stron, gdy czytacie te słowa od paru dni, nie jestem już urzędnikiem. Dwa lata, o których pisałem wyżej zaprocentowały i właściwie od razu przechodzę do innej pracy, w zupełnie innym sektorze gospodarki, z zupełnie innymi warunkami pracy i otaczającymi mnie ludźmi. Raczej nie będę o tym pisał zbyt wiele, a właściwie nic.
Co dziać się będzie.
W sposób oczywisty ilość nowinek z Urzędu od teraz jest ograniczona. Ale z drugiej strony, minęły trzy lata od kiedy po raz ostatni dla Was pisałem. Historii trochę się zebrało, szczególnie ostatnie miesiące w nie obfitowały. Chciałbym je dla Was opisać. Z paru powodów. Przede wszystkim będzie to dla mnie detoks. Teraz już mogę swobodnie się z tego śmiać, ta część mojego życia jest szczęśliwie za mną. Następnie uważam, że ten blog jednak zasługuje na jakieś normalne zakończenie. Nie miejcie wątpliwości- ten koniec definitywnie nastąpi, bo faktycznie nie ściemniałem Wam za dużo w notkach i tak jak nie pracuję już w Urzędzie, tak ilość urzędowych odlotów jest liczbą skończoną. A ostatecznie noszę się z luźnym pomysłem, żeby zrobić z tego bloga książkę. Już w czasie blogowania moi znajomi kręcący się wokół rynku wydawniczego sugerowali ten krok, może warto byłoby postawić kropkę w ten sposób? Na pewno nie usłyszycie o niej ponownie dopóki nie będzie gotowa, lub prawie gotowa.
Nie będę też obiecywał gruszek na wierzbie, z systematycznością notek zawsze był u mnie problem, ale na pewno się pojawią. Muszę tylko odświeżyć sobie na czym skończyłem i od którego miejsca zacząć pisać dalej. Właśnie nad tym siedzę, więc nowej notki, takiej już konkretnie urzędowej, możecie się spodziewać niedługo.
czwartek, 28 marca 2019
Dzień dwieście dziewięćdziesiąty czwarty- inwestycja w kadry.
Długo mnie nie było, więc na początek szybie parę słów wyjaśnień. Z pisaniem bloga jest jak z moim Szefem. Całkiem sporo osób mówi, że lubi jak do nich przychodzi bo mogą się z niego pośmiać. Co innego, jak nie masz wyboru i musisz z nim spędzić więcej czasu niż chcesz. A nie, chwila- przecież mam wybór. I dlatego zrobiłem sobie przerwę w pisaniu, która dała mi też świeże spojrzenie na temat. Wcześniej wszystko co pisałem było chronologiczne, czasami powodowało to zatwardzenie twórcze. Kończę z tym, chyba że będzie to miało jakiekolwiek znaczenie dla logiki opisywanych wydarzeń. Kończę też z “obowiązkowym” cotygodniowym wpisem, to też prowadziło do patologii kiedy zmuszałem się do pisania i tworzenia czegoś z niczego. Do tego moja sytuacja pracowa jest dynamiczna i zaczynająca odchodzić od Urzędu, stąd czasem mogę mieć po prostu mniej czasu na pisanie. Tyle.
Sytuacja w Urzędzie przez ostatnie miesiące bardzo się pogorszyła. Głównie za sprawą Szefa wszystkich Szefów. Przez długi czas go szanowałem, bo bądź co bądź potrafi, czy może raczej potrafił zarządzać. Ostatnimi czasy wszystko zaczyna mu się trochę rozjeżdżać. Zmęczenie materiału? Czy może po prostu kumulacja lat olewania tematu i płynięcia na fali. W każdym bądź razie aktualne podziały w Urzędzie przekroczyły jakiekolwiek zdrowe granice i lecą na łeb na szyję- nikt chyba już tego w jakimkolwiek stopniu nie kontroluje.
Niecałe pół roku temu miałem szkolenie z instrukcji kancelaryjnej, trwało siedem godzin w jednym ciągu. Tragedia dla całego Urzędu, już chyba wolałbym szybkie biczowanko- 15 minut i problem z głowy. A tak siedzisz i myślisz czy umiesz odpowiednio dobrze grać, żeby skutecznie udawać zawał. Niestety nie jestem zbyt dobrym aktorem, więc musiałem przesiedzieć całość. Jak wielu innych. Brakowało właściwie tylko kilku osób, a konkretniej- wszystkich którzy zajmują się archiwum zakładowym, czyli wydziału organizacyjnego. No ale ok.
Za to miesiąc po szkoleniu musiałem udać się do nich z pytaniem o problem, który narodził się w tzw. “międzyczasie”. Mam zestaw spraw, który nie za bardzo wiem gdzie rejestrować. Najchętniej od razu bym je kierował “ad niszczarka”, ale niezbyt mogę. Kompletnie do niczego mi też nie pasują. Trudno, znów co prawda wolałbym być biczowany, ale nie rozwiązałoby to mojego problemu. Muszę więc się zmusić i iść do organizacyjnego zapytać.
-Mam pytanie odnośnie archiwum.
-To miałeś je zadać na szkoleniu.
-Ale pojawiło się dopiero teraz.
-Teraz to za późno.
-I co, nie odpowiesz mi?
-Nie. Ale możesz powiedzieć o co chodzi, to może kiedyś sprawdzę.
Cóż robić, powiedziałem i poszedłem. Dwa tygodnie później znalazłem w swojej skrzynce pismo z wydziału organizacyjnego. Skierowanie na szkolenie z instrukcji kancelaryjnej do miasta 120 km stąd. Ponieważ organizacyjny jest po sąsiedzku z biurem podawczym to postanowiłem się przejść.
-Co to jest?
-Szkolenie, na które pojedziesz.
…
Dwa miesiące później siedziałem znudzony i niewyspany w sali konferencyjnej hotelu. Niewysłowioną nudę przerwało wejście prowadzącego szkolenia.
-Witam państwa serdecznie, zacznijmy od tego, że po kolei się przedstawimy i powiemy, czy jesteśmy pracownikami archiwum czy kancelarii. Zaczniemy od pana.
-Dzień dobry, ja się nazywam Młody i nie jestem pracownikiem ani archiwum ani kancelarii.
-A-ha… To przyjechał pan tu na zastępstwo za kogoś?
-Nie, to ja byłem zgłoszony.
-Ale po co się pan zgłosił na szkolenie dla archiwistów i pracowników kancelarii, skoro nie jest pan jednym z nich?
-Nie, to nie ja się zgłosiłem, ja zostałem zgłoszony.
-Przez kogo?!
-Archiwistę Urzędu.
-Ale… to pan trochę marnuje swój czas, bo to szkolenie pana nie dotyczy.
-Wiem. Mówiłem to archiwiście.
-I co on na to?
-Nic, a właściwie, że ma to w dupie i jak mi się nie podoba to mogę sobie porozmawiać z sekretarzem Urzędu.
-Jak to? Dlaczego w ogóle akurat pana wyznaczyli, żeby tu przyjechał?
-Nie wiem. Ale wydaje mi się, że dlatego, że zapytałem archiwistę o problem z instrukcją kancelaryjną. Bo od kiedy mnie zgłosił za każdym razem gdy wracałem do mojego problemu odpowiadał “zapytasz się na szkoleniu”. Więc od kilku miesięcy nie mogę rejestrować części przychodzących do mnie pism, na szczęście nie muszę nic specjalnego z nimi robić, więc mogły sobie leżeć do dziś.
-To… To niewyobrażalne…
Cóż. Bardziej niewyobrażalne jest to, że nadal nie mam co z tymi pismami zrobić, bo okazało się, że w sumie mój Urząd nie posiada swojej instrukcji kancelaryjnej, w związku z czym najzwyczajniej w świecie nie mam możliwości jakiegokolwiek sensownego działania. Zastanawiam się, jak teraz o tym powiedzieć naszemu archiwiście, żebym nie musiał po tym jechać na szkolenie gdzieś na podlasie.
Ah, a samo szkolenie kosztowało Urząd niecałe 700 zł. No ale kto bogatemu zabroni.
Subskrybuj:
Posty (Atom)