"Ludzie mówią, że powinienem być urzędnikiem. Piję dużo kawy i mam wszystko w dupie."
Zanim poszedłem do urzędu myślałem, i to całkiem poważnie, że to normalne miejsce pracy jak każde inne. Że rano pójdę do pracy i po 8 godzinach wrócę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Zmęczony, ale zadowolony- ze swojego dzieła, z wkładu w rozwój lokalnej społeczności no i z pensji. Moje wyobrażenie nie mogło być chyba bardziej mylne...
Oto zapiski z mojej pracy, spojrzenie “od wewnątrz” na pracę w jednym z polskich urzędów. Przy okazji zastrzegam sobie prawo do podkolorowania moich historii, ale o nie więcej niż 10%. ;)

czwartek, 31 marca 2016

Dzień dwieście trzeci- bravissimo.

Na studiach miałem kilka żelaznych zasad. Niektórych przestrzegałem wspólnie z kumplami, niektóre były typowo moimi. Wśród pierwszej grupy była np. ta, że w ciągu tygodnia nie zaczynaliśmy pić przed 9 rano, więc dopiero 9.30 po pierwszych zajęciach meldowaliśmy się w pubie. Wśród moich prywatnych zasad była ta, że na praktykach obowiązkowo musi być aktualny numer Bravo Girl. W miarę możliwości starałem się jej trzymać, wszyscy ze mnie ciągnęli bekę, ale potem było “daj zobaczyć fotostory”, “daj przeczytać horoskop”, “poczytaj nam listy do Bravo”. Czasem zdarzały się różne kwiatki w postaci np. kalendarium imprez (z ręką na sercu- zaznaczyli dzień pamięci ofiar holocaustu czy zniesienia niewolnictwa…) albo psycho-test. I tak wspominając te wspaniałe czasy pomyślałem, że przygotuję Wam krótki test na wyczucie realiów Urzędu (po prostu wezmę małe wątki, z których nie chce mi się sklecić notki). Odpowiedzi oczywiście tradycyjnie na dole.

1.Jedyny z dostępnych dla pracowników radca prawny Urzędu idzie na zasłużoną emeryturę. Spraw jest tyle, że średnio kolejka do niego wymaga kilku godzin czekania. Jak długo więc wdraża się jego następca?
A- jakieś pół roku.
B- jakieś trzy miesiące.
C- przyszedł ostatniego dnia urzędowania poprzednika.
D- ciągle czeka na wyniki egzaminu radcowskiego.

2.Kto powinien upewnić się, że materiały dotyczące uchwał, które mają zostać podjęte przez radę na nadchodzącej sesji zostały dostarczone informatykom do umieszczenia w ePUAP?
A- 7 osobowe biuro rady.
B- wydział/urzędnik przygotowujący uchwałę.
C- odpowiednia komisja radnych.
D- któryś z 3 informatyków.

3.Zatrudniając nowego pracownika postępuje się w kolejności:
A- wynajduje zajęcia dla niego, przygotowuje miejsce pracy, zabezpiecza narzędzia pracy, zatrudnia człowieka.
B- przygotowuje miejsce pracy, wynajduje zajęcia, zabezpiecza narzędzia, zatrudnia.
C- wynajduje zajęcia, przygotowuje miejsce, zatrudnia człowieka, zabezpiecza narzędzia.
D- zatrudnia człowieka, przygotowuje miejsca pracy, zabezpiecza narzędzia, wynajduje zajęcia.

4.Najlepszym miejscem trzymania kupionych rano ryb jest:
A- lodówka piętro niżej.
B- lodówka piętro wyżej.
C- ryby kupię po pracy.
D- w biurze między oknami.

5.Za pięć trzecia:
A- ciesz się, że niedługo fajrant.
B- ostatni raz sprawdź maila.
C- umyj kubek.
D- bierz kapotę, pierdol szefa i robotę.

6.Jeśli w przypadku włączenia się alarmu instrukcja p-poż urzędu stanowi, aby zgłaszać ten fakt kierownikowi jeśli widzimy pożar lub czekać na informację o ewakuacji to:
A- zgłaszamy ten fakt kierownikowi lub czekamy na informację o ewakuacji.
B- zachowujemy spokój i profilaktycznie przygotowujemy się do spakowania i wyniesienia dokumentów.
C- oba powyższe.
D- dzwonimy każdy do każdego z pytaniem co się odpierdala blokując linie.

7.Gdy chcemy doposażyć biuro o krzesła stojące na korytarzu piętro wyżej to:
A- piszemy zapotrzebowanie.
B- zgłaszamy to ustnie odpowiedzialnemu za wyposażenie.
C- pytamy w sąsiednich biurach, czy krzesła są przypisane do tego korytarza czy można zabrać.
D- przenosimy i liczymy, że nikt nie zauważy, w końcu one i tak są tylko dla interesantów.

Jeśli we wszystkich pytaniach wybraliście odpowiedź D to gratuluję. Idealnie pasujecie do pracy w Urzędzie i powinniście szukać po BIPach ogłoszeń o pracę.
Jeśli w większości wybieraliście D to jesteście diamentami, które należy jedynie trochę oszlifować.
Mniejszość D stawia pod znakiem zapytania Wasze kompetencje.
Żadne D- idźcie pracować do prywaciarza, jesteście całkowicie niezdolni do pracy Urzędowej.

czwartek, 24 marca 2016

Dzień dwieście drugi- kółko.

Jakiś czas temu mówiłem (pisałem), że warto byłoby poświęcić Kółku Różańcowemu trochę więcej miłości. Więc oto i jest.
Jak wiecie, chłopaki (i dziewczyny) zaczęli się prężnie rozwijać. Na tyle, że przez ułamek sekundy sam myślałem, czy by do nich nie wstąpić, ale wtedy przypomniałem sobie, że mam inne rzeczy do roboty. Jednak same ich działania są ok. Od kiedy wywalili swojego Dziada i jego funkcje przejął Pan Prężny. A właściwie dla mnie po prostu Prężny, bo przez ten czas zdążyliśmy się poznać i w jakimś sensie nawiązać normalną współpracę, którą z kolei notorycznie torpeduje Szef. Z niewiadomych mi powodów.
Prężny jest zawodowcem i pasjonatem działalności Kółka. Do pomocy dobrał podobnych sobie ludzi i wspólnie głęboko przemyśleli i redefiniowali działanie organizacji. Zaczęli od wywalenia wizji ichszego Dziada do kosza i napisania jej od nowa. Realistycznie i zgodnie z opracowaną koncepcją. To spodobało się wszystkim poza Dziadem z Kółka Różańcowego i Szefem. O ile ten pierwszy może co najwyżej strzelić focha (i strzelił), o tyle ten drugi może więcej krwi napsuć (i psuje).
Zaczęło się rok temu, kiedy Kółko Różańcowe zgłosiło się do Urzędu po dotację na działalność. Szef biegał wtedy po wszystkich osobach decyzyjnych i powtarzał jak to chcą wyrwać kasę i że Dziad przed nimi tak nie chciał. Wiem po co to robił, żeby się ich pozbyć i nie powiem nie przeszkadzało mi to. Fakty jednak były takie, że ich wniosek opiewał na 8x mniejszą kwotę niż Dziada Różańcowego, a do tego skupiał się na elementach potrzebnych, a nie imprezach członków…
Następnie przez cały rok kłócił się z nimi i ze mną o każdy wydatek, jaki dokonywali. Apogeum absurdu był dla mnie konkurs, który Kółko zorganizowała, a nagrody (symboliczne) ufundowało z dotacji, do czego oczywiście mieli prawo zgodnie z zapisami umowy. Szefa cholera strzeliła, gdy dowiedział się, że konkurs wygrali ludzie spoza Kółka Różańcowego. Od razu zadzwonił do Prężnego i zrobił mu potężną awanturę, że jak on śmie dawać nagrody jakimś obcym ludziom! Potem przyszedł do mnie i mi zaczął tłumaczyć swoje zbulwersowanie, co przerodziło się w awanturę po tym, gdy zapytałem “jak mają zorganizować konkurs ogólno-jakiś i dać nagrody tylko swoim? Oszukać, żeby niezależnie co oni wygrali, czy nie dać nagród wygrywającym tylko swoim?”
Kolejną burzę w szklance wody rozpętał na jakimś ogólnym forum, na którym spotkaliśmy się z różnymi ludźmi zupełnie bez związku z Kółkiem Różańcowym. Doszedł jednak do wniosku, że skoro trwa przerwa i luźne gadki między zgromadzonymi to będzie to dobry moment, żeby im dowalić na potrzeby szerszej publiczności udowadniając jednocześnie, jak bardzo są oni niekompetentni i ogółem źli. Tym razem przyczepił się… koloru pieczątek i jakości papieru, na jakim przysyłają do Urzędu pisma. Nie wiem, czy można się do czegoś głupszego przyczepić… Choć wiem i można- bo przyczepił się też do nagłówka, który sobie zaprojektowali i drukują wraz z dokumentem nie rozumiejąc, że oni go drukują, a nie jest to zamówiona papeteria.
Innego razu męczył Prężnego, że ten ma dostarczyć sprawozdanie za półrocze z działalności. Ten się trochę opierał, ale ostatecznie coś tam naskrobał, jednak to dalece nie odpowiadało Szefowi i zaczął go dalej męczyć o lepiej zrobione, ale to już wykraczało poza cierpliwość Prężnego i spytał, po co właściwie ma to sprawozdanie robić?
-Kurwa, no jak to po co? My w Urzędzie to robimy, pokaż Młody!
Oczywiście musiałem wygrzebać z papierów nasze sprawozdanie za półrocze. Czy muszę dodawać, że Kółko Różańcowe nie ma takiego obowiązku, a jedynym argumentem Szefa było “bo my robimy”? Przy już obowiązkowym sprawozdaniu na koniec roku też wymusił na nim ileś dodatkowych dokumentów, które były zbędne i nie wymagane przez umowę, którą podpisaliśmy. Wytknęła nam to kontrola, którą Szef skwitował “człowiek prosi o kontrole i go kontrolują zamiast ich”. Tak, zgłosił to do kontroli licząc, że jedynie sprawdzą i docisną Kółko Różańcowe.
Najlepsze jednak jest podwójne podejście Szefa, czego Kółko Różańcowe i Prężny nie widzą, bo nie są obecni przy wszystkich rozmowach. Kwestia siedziby. Prężny mówi, że szukają czegoś swojego, skąd nikt nie mógłby ich już wywalić. Szef- super, ekstra, zajebiście, tu masz jeden budynek, tam drugi, a w ogóle to najlepiej weź tutaj, super sprawa, tylko jak skorzystasz z oferty masz nadać jej mój patronat.
Prężny wychodzi, przyłażą jacyś inni ludzie. Szef- kurwa, no ja nie wierzę, oni chcą swoją siedzibę! Ich chyba już kompletnie porąbało…
Przychodzi Prężny, musimy dograć jakieś kwestie finansowe, bo zgodnie z umową chcą przenieść środki z jednego zadania na drugie. Szef- spoko, zrobimy aneks tak jak w umowie i wszystko się da.
Prężny wychodzi, Szef biegnie do skarbnika- mówiłem, że tak będzie! Już chcą przenosić jakieś środki, co to w ogóle ma być, musimy im tego zakazać!
Ze wszystkim tak jest. Kolesiowi mówi jedno i tak raczej pozytywnie, no w najgorszym razie neutralnie. Prężny wychodzi, to od razu wszystkim innym ciśnie po nim, po pomyśle i po wszystkim co się da. Faktem jest, że koleś raczej zdaje sobie sprawę, że mój przełożony jest idiotą. O czym nie raz mnie zapewnił na osobności. Zastanawia mnie tylko, czy zdaje sobie sprawę jak bardzo robi im koło dupy i że człowiek, który ma się nimi najbardziej zajmować jest im najbardziej przeciwny?
A wiecie co jest najlepsze? Szef jest członkiem Kółka Różańcowego…

czwartek, 17 marca 2016

N5- o moim rozczarowaniu ludzkością.

Pamiętacie jak byliście mali i waliliście w kalesony oglądając Obcego? Tzn. w sumie nawet nie wiem w jakim wieku jesteście, czy nawet jaka jest średnia… Ja jestem kilka lat młodszy od pierwszego Obcego. W ogóle lata .70 i .80 obfitują w moje ulubione filmy SF. Alien, Star Wars (te dobre części), Outland, Blade Runner… Myślałem wtedy “oezu miły, jaki ten świat będzie za kilkaset lat, ludzie obesrają się na miętowo gdy to się spełni”. Jakieś kopalnie w kosmosie, na księżycach, lasery, blastery, railguny, androidy, egzoszkielety, roboty medyczne, klepnę się w klatę, powiem “mostek” i pojadę wprost ma mostek kapitański. Tzn. ja tego nie zrobię, bo nie dożyję czasów komunikowania się z pomieszczeniami. Ja pierdykam, kosmos.
Tymczasem 20 lat później dzwoni mój kieszonkowy komputer o mocy obliczeniowej większej niż komputer lądownika księżycowego dodatkowo podłączony 24/7 do sieci, że pora wstać bo 60 minut temu wydałem mu polecenie głosowe “obudź mnie za godzinę”. Nie chce mi się zwlec z wyra, więc w pościeli przeglądam najciekawsze newsy wybrane dla mnie automatycznie przez skrypt analizujący moje preferencje. NASA ostro ciśnie projekt złapania planetoidy, ściągnięcia jej na orbitę księżyca i eksplorację, żeby sprawdzić się przed wycieczką na Marsa. Inżynierowie Boston Dynamics dostają wypłatę za utrudnianie robotom pracy kijem do hokeja. US Navy już ma zaplanowany montaż railguna na DDG-1003 zaraz po tym jak użyją ich jako katapulty elektromagnetycznej na lotniskowcach klasy Ford. Elon Musk chce zbudować Hyperloop na trasie Wiedeń-Bratysława-Budapeszt, żeby móc podróżować pociągiem 1000-1200 km/h (szybciej od samolotów pasażerskich). Jakiemuś kolesiowi wszczepili protezę brakującego kawałka czaszki wydrukowaną w drukarce. Zresztą wydrukować możecie sobie buty czy pistolet. A przy okazji opracowano teoretyczne podstawy pod napęd pozwalający polecieć na Marsa w jakieś 30 minut. Nie za bardzo tylko wiadomo, jak wyhamować.
Piękna wizja Science Fiction? Tylko, jeśli newsy jakie śledzicie oscylują wokół Trynkiewicza i mamy Madzi. Tu macie po kolei linki do wiadomości: łapanie planetoidy, Boston Dynamics, railgun, katapulta elektromagnetyczna, Hyperloop, drukowana czaszka, drukowana broń i szybko na Marsa.
Do czego zmierzam. Świat przyszłości, którym podniecaliśmy się w czasach, gdy zginaliśmy się do nocników, jest światem teraźniejszości. Żyjemy w nim. Stoimy na progu największych rewolucji w dziejach ludzkości. Zmian nieuchronnych, o których nawet fantazjować jest ciężko. Są kraje, gdzie poważnie rozważa się zaprzestanie uczenia pisania ręcznego, są kraje, w których planuje się zlikwidować fizyczne pieniądze, są miejsca, gdzie chce się wprowadzić bezwarunkowy dochód podstawowy. Bo w przyszłości i tak pracować będą za nas roboty. I to w bliższej niż dalszej. Zastanówcie się chwilę, po co ma pracować taki np. … Ha, mam Was, wszyscy (czy większość) pewnie pomyśleliście o robotnikach, a ja idę dalej- taki np. urzędnik w urzędzie stanu cywilnego? Żeby wystawić Wam akt urodzenia? Proszę, nie śmieszcie mnie. To czynność tak automatyczna, że spokojnie może to wykonać zabawnie prosty skrypt/aplikacja/program. Ja jestem w stanie w tej chwili na barbarzyńsko prostym i prymitywnym poziomie machnąć Wam w html’u formularz, który po wpisaniu danych wypluje gotowy akt urodzenia. Wielu urzędników dziś pracuje jak “biologiczne skrypty”- dostają jakieś dane wejściowe, jakieś zapytanie, wyciągają z nich słowa kluczowe, porównują z jakimiś bazami danych (ustawy, rozporządzenia, akty prawa miejscowego, etc.) i wypluwają wynik na gotowcu z podstawionymi danymi.
Ale ok, znów muszę się przywołać do porządku- retrofuturyzm, transhumanizm, futurologia itp. mogę omawiać godzinami, ale nie o to w tej notce mi chodzi. Przypomnijmy więc- żyjemy w świecie, który nie tak dawno był dla nas odległą przyszłością. W świecie, stojącym u progu tak potężnych i głębokich zmian, że ich skutki wymykają się naszemu pojmowaniu. W świecie, w którym szokująca ilość ludzi jest zbyt głupia, żeby w (niemal) nieograniczonym dostępie do całej wiedzy całej ludzkości umieć wyszukać zwykłą informację. Czy choćby ocenić jej rzetelność.
Po paru miesiącach nieobecności jeden z (moim zdaniem najbardziej wartościowych) polskich jutuberów, SciFun, powraca z nowym filmem. Niemal nie mam wątpliwości, że to najważniejszy film w polskich internetach. Odłóżcie na chwilę śmieszkowanie ze Stonogi, Tigera i Kobry, Bonusa BGC, czy quasi-dziennikarskich wypocin wszyscy-wiemy-kogo i poświęćcie te 100 minut na obejrzenie ze zrozumieniem filmu, który powinien być pierwszą rzeczą, którą zobaczy człowiek pierwszy raz podpięty do sieci. A egzamin z jego zrozumienia powinien decydować, czy aby natychmiast danemu osobnikowi nie odciąć dostępu do internetu.


czwartek, 10 marca 2016

Dzień dwieście pierwszy- cytaty część kolejna.

Wiecie, kiedy są cytaty? Cytaty są wtedy, kiedy nie chce mi się napisać żadnej notki, ale połamią mi się wszystkie czarne kredki i już nie mogę bawić się kolorowankami. A koloruję tylko na czarno.
Zaczniemy więc od Dziada. Ten ciągle stara się zostać specjalistą od medycyny wszelakiej. Ostatnio musiałem nawet wysłuchać, chcąc nie chcąc, godzinnego monologu jakiegoś objawienia medycyny alternatywno-naturalnej odtworzonego z jutuba. Nie przerwałem tego głównie dlatego, że mam tak głęboko wywalone na to, co wokół mnie się dzieje w robocie, że pewnie jakby była powódź to ruszyłbym się dopiero jakby wywaliło korki. Ale ja nie o tym i nie o medycynie naturalnej. Dziad był chory na tyle, że żarcie czosnku, który podobno jest lekiem na wszystko, nie pomogło i musiał iść do normalnego łapiducha. Ten przepisał mu jakieś leki o spectrum i sile działania zbliżonym do wybuchu małej bomby atomowej, takie dobre 2 kilotony. Jak to w takich przypadkach bywa dostał też zapisane leki osłonowe. Tak jak nie chcecie stać goli i weseli przed wybuchająca bombą, tak nie chcecie brać ostrej chemii bez zabezpieczenia. Dziad jednak ma trochę inne spojrzenie na świat, które wyraził słowami:

Jak można dawać coś osłonowego, skoro człowiek się jeszcze dobrze czuje?

Chyba powinien włożyć cały akcent w “jeszcze”. A skoro jesteśmy przy tematach naukowych to od notki przy ostatnich świętach powinniście pamiętać, że jara mnie astronomia. Tamtą całą notkę pisałem z głowy, co nie jest specjalnie trudne biorąc pod uwagę jak wyrwane z kontekstu i na poziomie prostych ciekawostek były to wiadomości. O moich fascynacjach nie wiedzą jednak ludzie współpracujący ze mną, tak więc Szef wyskoczył mi dziś z newsem:

Nie wiem czy słyszałem o jakimś zaćmieniu księżyca co było wczoraj widoczne akurat w Polsce. Ja tam pierwszy raz słyszę o zaćmieniu księżyca, to dopiero ciekawostka.

Mam nadzieję, że wyjaśniam tylko pro-forma. Zaćmienie księżyca jest średnio 2-3 razy w roku i jest widoczne wszędzie tam, gdzie w tym czasie jest widoczny księżyc. W tym roku jeszcze nie było, najbliższe będzie 23 marca. To o czym mówił Szef to zaćmienie słońca, całkowicie widoczne tylko w Indonezji. Ale w sumie słońce-księżyc, Polska-Indonezja, co za różnica?
A jak o tym, co za różnica to od razu mi się przypomina, że po co przepłacać? Jak wiecie, Dziad ma wiele sprawdzonych sposobów na oszczędzenie paru złotych. Czasem jego pomysłowość wprawia mnie w niemałe zdumienie. Siedzę wtedy nie wiedząc jak to skomentować i po prostu kiwam w uznaniu głową. Ostatnio uraczył mnie takim pro-tipem:

I widzi pan, ja jak robię pranie to mam wąż z pralki wyprowadzony do wanny i zatykam w niej korek. Jak się skończy robić to tam w wannie jest ta cała woda z prania i ja mogę w niej spokojnie umyć różne rzeczy, np. ociekacz do naczyń.

Także tego. Myślę, że na tym po prostu skończę. A może jeszcze rzucę jakimś linkiem do muzyki, cobyście posłuchali sobie czegoś normalnego.


czwartek, 3 marca 2016

Dzień dwusetny- zemsta sithów.


Ale najgorzej, gdy zaczyna “pracować”. Może na inseminatora w chlewie się nadaje, może taka praca byłaby odpowiednia dla jego możliwości intelektualnych i motorycznych. W biurze? E-e. Mamy do wysłania pismo. 20 stron w 100 egzemplarzach do 100 adresatów. Wiecie, ile z tym jest pierdolenia? Każdy egzemplarz potrzebuje 5 pieczątek + 2 na każdej kopercie. To jest 700 pieczątek do przybicia. A wiecie ile trwa dwustronne kserowanie 2000 stron? I żeby było śmieszniej ksero, którym się posługuje, stoi w ruchliwym korytarzu, więc nie mogę go zostawić, żeby chodziło. Nawet nie dlatego, że ktoś z odwiedzających Urząd mi coś ukradnie, ale choćby dlatego, że inni urzędnicy chcąc coś skserować, a nie widząc przy maszynie strażnika po prostu mi je przerwą. A potem będę musiał ręcznie liczyć ile egzemplarzy już mam, a ile jeszcze potrzebuję. Do tego każde pismo muszę jeszcze ręcznie opisać i każdą kopertę ręcznie zaadresować. Wcześniej oczywiście jeszcze to pismo musiałem napisać. I zapamiętajcie to, co teraz napisałem, bo jeszcze ten temat powałkujemy trochę.
Szef w tym całym zamieszaniu miał do zrobienia 1 rzecz. JEDNĄ rzecz. Skserować 100 razy jedną kartkę. Nic innego, po prostu wrzucić ją na swoją drukarkę, wklepać w menu przy pozycji ilość kopii “100” i chwilkę poczekać ewentualnie dokładając papieru. Myślicie, że mu się to udało? Oczywiście, że spierdolił i dał mi za mało kopii.
W czasie gdy ja walczyłem z tym co opisałem wyżej + robiłem jakieś głupoty dla Dziada (200 stron ksera, kilkadziesiąt pieczątek) Szef postanowił trochę nadrobić i samodzielnie przygotować jedno pismo o niesamowitej objętości 4 stron. A nawet możemy powiedzieć śmiało, że mniej bo jechał na gotowcu. Zajęło mu to (dosłownie, z ręką na sercu) 2h więcej niż mi moje zadanie. A gdy potem (oczywiście, bo jakże by inaczej…) sprawdzałem jego wypociny, to jeszcze mu zakreśliłem kilka błędów.
Umniejsza swoją pozycję na własne życzenie. Robi z siebie kretyna na własne życzenie. Do roboty ma dwie lewe ręce, ale od innych wymaga przenoszenia gór. A może nawet nie. Wymaga każdej pierdoły. Wracamy znów do mojego zadania z kserowaniem 2000 stron. W trakcie gdy je wykonywałem, a zajęło mi to dobre 2 dni roboty zasypywał mnie kompletnymi pierdołami. Ja ogarniam jak to wszystko zgrać ze sobą i zgrywam, mija 6 godzina picia herbaty zaparzonej tuż po 7 rano, bo nawet jej dopić czasu nie mam, a ten do mnie podchodzi:
-Weź przerwij na chwilę, ok? Tylko napisz mi to pisemko, żebyśmy to zamknęli.
Pismo liczy 1 zdanie, 3 linijki i termin, jaki na nie mamy to 2 miesiące. Na to, co mi przerywa mam 3 dni. Wkuriowny napisałem mu to, a ten za chwilę daje mi do poprawki, bo mu coś nie pasuje. Dwie godziny później przychodzi do mnie i kładzie mi jakieś pismo na biurko:
-Sorry, że zarzucam cię starociami.
No do chuja Wacława. Daje mi pismo sprzed prawie roku, które gdzieś trzymał zachomikowane w biurku, żeby wpiąć je do teczki. Wyobraźcie sobie to proszę. Siedzę przy biurku na którym mam parę tysięcy kartek i kilkaset kopert, nie ma milimetra wolnej przestrzeni, myszki nie mogę ruszyć żeby zapobiec wygaszeniu ekranu, a on mi kładzie dwie kartki z zeszłego roku do wpięcia do teczki, która leży w szafie za jego plecami. To nawet nie chodzi o to, że ja w tej chwili nie mam na to czasu, ale wystarczyłby, żeby obrócił się na pięcie i sprawa załatwiona.
Albo to męczenie i mnie i Dziada o każdą kropkę i przecinek. Ok, ja rozumiem, nie róbmy ortów i błędów gramatycznych. Ale odległość między nagłówkiem i treścią? Połknięta gdzieś kropka? Przecinek? Przypadkowo wstawiona podwójna spacja? Połknięty ogonek? Proszę Was… Ale niech będzie, niech ja będę perfekcyjny. W tym momencie prawie płaczę, że nie mogę pokazać Wam zdjęcia pism, które on tworzy. Trzy różne fonty w dwóch różnych wielkościach i do tego jeden akapit zamiast wyjustowania wyrównany do lewej, a połowa pisma z interlinią 1,5. Druga 1. Wcięcia edytowane spacjami, nie da się poprowadzić po nich prostej linii. Ale nie, nie ma problemu. Pismo idzie, dumny jak paw. Palant.
Ja nie mam nic przeciwko wymagającym przełożonym. Ja nie mam nic przeciwko wymaganiu w stosunku do mnie. Tak zostałem wychowany, mam wymagającego ojca- cała klasa mogła dostać pały, a ja tróję i nie było dobrze, bo liczył się tylko mój wynik w stosunku do maksymalnego możliwego. Ale każdy kto wymagał ode mnie, wymagał też od samego siebie. Teraz jestem pierwszy raz w życiu w sytuacji, gdy ktoś stara się mnie cisnąć do oporu, samemu robiąc wszystko na odpierdol. Przygotowuję pismo, 6 kartek A4. Fakt, że część ściągam z gotowca trochę psuje wizję mojego głębokiego zaangażowania w ciężką pracę, ale to jest 2 albo 3 pismo z kolei tego dnia, a Szef już sapie nade mną, żebym kończył bo trzeba kolejne pisać. Drukuję i daję mu do sprawdzenia. I słyszę z sąsiedniego biura, że błąd jest. Po chwili, że kolejny i że w ogóle się nie przykładam i muszę bardziej uważać, bo tu mam straszne błędy i nie mogę takich robić. Oddaje mi pismo do poprawy- na 6 stron mam 2 błędy, przez pośpiech zapomniałem 2 daty zmienić z 2015 na 2016. To wszystko, to są te dwa straszne błędy. Gdy dzień wcześniej oddałem mu jego jednostronne wypociny, w których zakreśliłem jednego orta, dwa gramatyczne i poprawiłem nieaktualne podstawy prawne.
Raz chciał dojebać mi “strasznym błędem” w piśmie przy gościach. Przyszła do nas jakaś laska (z Urzędu), a akurat dawałem mu wydrukowane pismo do sprawdzenia. I sprawdza przy niej i już do mnie leci, że źle. Kładzie i pokazuje mi “o tutaj”. A ja na to- “to jest dobrze”. Nie dał sobie czasu na zastanowienie się i ponowne przeczytanie całości i dalej ciśnie i już głos podnosi. Ja cicha “kurwa” pod nosem i tłumaczę mu po kolei całe zdanie jeszcze pokazując długopisem. Chwila ciszy. “Aha, to jest dobrze”.
Ok, coś jest źle, trzeba to poprawić, ale mógłby sobie odpuścić komentarze w stylu nie przykładania się i strasznych błędów. I tak jest zawsze też, gdy mam jakiś pomysł racjonalizatorski, czy w ogóle cokolwiek robię. Szczyty władzy łaskawie chcą mi wymienić sprzęt na nowszy, tylko stary mam zostawić i napisać pismo. Super, zgadzam się, wielkie dzięki. Dzwonię do Szefa- “co, ale jak to? Po co? Dlaczego go zostawiłeś? Nie masz go zostawiać!”. Najlepiej żebym się cofnął, powiedział im, że zabieram te śmieci, bo pewnie mi je ukradną i w ogóle nie ufam im bo są oszustami. X godzin później “dobrze zrobiłeś z tą wymianą”.
Pamiętacie wysłanie umowy mailem, o którym pisałem wcześniej? 5 minut słuchałem jego darcia mordy z szaleństwem w oczach, żeby później stwierdził “albo wiesz co? Wyślij mu, to w sumie dobry pomysł, przynajmniej mamy podkładkę pisemną, że coś zrobiliśmy”.
Układanie sprzętu w magazynie. Mój kręgosłup wysyła do mózgu oficjalne pismo, że jeszcze 5 minut i bez wizyty na pogotowiu się nie obejdzie, 11 godzina roboty, sobota, nie tylko ja ale wszyscy rzygają już tym magazynem. Szef sobie wymyślił, żeby jeden szajs nie ułożyć na stos, tylko na regał. Żeby go tam włożyć, trzeba go wsuwać z boku, bo od przodu za mało miejsca, do tego ciężkie cholerstwo, pełno wystających dyngsów, które zahaczają o dyngsy egzemplarzy już leżących. Kłócę się z nim, że to nie ma sensu, w odpowiedzi słyszę, że on rozumie, że mi się nie chce robić (!!!!!), ale mam to wykonać. Kurwuję pod niebiosa i staram się wpierdolić ten szajs na regały, to jeszcze mi zwraca uwagę, że mam ostrożniej kłaść (100% składu- metal, metalowe śruby, metalowe nity). Jestem dosłownie na granicy między przywaleniem mu w ryj, a kucnięciem sobie w kącie odcinając mózg od wszystkich bodźców zewnętrznych, gdy wraca ze słowami “wiesz co? Jednak lepiej ułóżmy to w stos, weź wyciągnij je z regału i ułóż”.

Czasem, żeby coś naprawić, trzeba użyć bardzo wyrafinowanego sposobu. Np. jeśli w ogródku pająki założyły swoje gniazda, to zalewacie całość 30 cm warstwą napalmu i stojąc w oknie śmieszkujecie pod nosem popijając kawę i wspominając Wietnam. A gdy z ogródka zostanie tylko wypalona ziemia to zasypujecie jeszcze całość środkiem owadobójczym. Tak dla pewności. Dokładnie to samo trzeba by było zrobić z Szefem. Zalać napalmem i posypać środkiem owadobójczym. Tu nie ma miejsca na moją pracę organiczną, na koronkową robotę z przeciąganiem go na właściwą stronę Mocy, na prostowanie jego skrzywień. To człowiek, którego nie tylko kompetencje zawodowe na zajmowanym stanowisku budzą spore wątpliwości, ale także umiejętności interpersonalne czy ogółem przygotowanie do życia. Wyobrażacie sobie, że dyrektor wydziału zarabiając w okolicach średniej krajowej (na ten moment to ca. 4,5k plnów) idąc do sklepu po cukier waży jego paczki na wadze do warzyw/owoców, żeby sprawdzić, w której jest najwięcej. Czy ja coś jeszcze muszę dodawać o tym człowieku? Serio, w najśmielszych snach (a bywają bardzo śmiałe) nie wyśniłbym takiego indywiduum i w najmniejszym stopniu nie jestem zadowolony, że trafiłem na nie na swojej drodze. I to w sposób solidnie mnie udupiający w dogłębnym poznawania go przez 40 godzin tygodniowo.

czwartek, 25 lutego 2016

Dzień dwusetny- atak klanów.


Jest też potwornie głośny. I nawet nie chodzi o to, że generuje ogromną ilość decybeli drąc mordę, bo inaczej mówić nie potrafi, ale o to co w porzekadle- dzwon jest głośny, bo w środku pusty. I niestety nie przyjmuje do wiadomości nawet nie tego, że jest głupi tylko, że nie ma racji. A zazwyczaj nie ma. Jakim absurdem to jest miałem przykład dosłownie w tej chwili, gdy to piszę. Szef wpada do biura i wskazując palcem na kwiat mówi do Dziada:

-Wiesz jak to jest trujące?
-Co?
-No to.
-No dobra, ale jak to się nazywa?
-Nie wiem.
Nie wiesz co to jest, to skąd wiesz, że to jest trujące, kurwiu? W tym stylu to co chwilę do Dziada ma sapy. Ten (wreszcie) napisze jakieś pismo i daje mu do podpisania.
-Ale to jest źle.
-No jak źle?
-Poczytaj ustawy.
-Ale jakie ustawy?
-No poczytaj!
-No ale jakie ustawy? Konkretnie, jaka ustawa, w którym miejscu jej jest napisane, że to źle?
-Nie wiem, ale poczytaj bo to jest źle.
Jeśli nie wie gdzie jest to napisane, to na bank nigdzie nie jest to napisane, a on nigdy nie czytał takiej ustawy. Czy w ogóle jakiejkolwiek ustawy mimo, że wszystkie każe sobie drukować i jedyne co z nimi robi to odkłada do segregatora.
Ale ja wiem czemu tak jest i już Wam mówię. Bo jest zakompleksiony, szczególnie na punkcie swojej pozycji społecznej. Ponieważ jak pisałem wcześniej jest idiotą, który nie przyjmuje tego faktu do wiadomości i jeszcze się z nim obnosi, to każdy robi go jak dziecko. Każdy dyrektor Urzędu przegada go bez najmniejszych problemów i nawet niezbyt się starając spowoduje, że Szef zrobi z siebie debila. Więc ten stara się to odbić na tych, na których choćby jako-tako może. Dlatego każe Dziadowi coś poprawić, bo jest “źle” i odsyła go do czytania ustaw. Jednak przy okazji wychodzi, że nie ma zielonego pojęcia o czym pieprzy, bo sam tych ustaw nie czytał. Mimo wszystko będzie się kłócił, darł ryja i ciągnął tą szopkę tak długo, aż Dziad dla świętego spokoju powie, że to poprawi, a po jego kolejnym wyjściu na śniadanie/plotki/prywatne biznesy powie do mnie “dlaczego on jest taki pojebany?”. 
Jeszcze jakiś przykład tego? Piszemy umowę dla jednego kolesia. Przed ostateczną wersją chcemy, żeby wszystkie strony ją przejrzały i jeszcze ewentualne poprawki zasugerowały- radca, skarbnik, oczywiście obie strony. Więc Szef dzwoni do kolesia i mówi, że ma dziś przyjść. Ten odpowiada, że słabo bo córkę ma chorą (1 klasa podstawówki) i nie wie czy się da wyrwać, ale spróbuje. A ten wierci mu dziurę w brzuchu, o której będzie, tak jakby Urząd nie pracował 8h dziennie. Kilkanaście minut później facet dzwoni do mnie, akurat byłem u radcy z tą umową i pyta, czy w sumie nie dałoby się wysłać mu jej mailem, bo to jednak za dużo komplikacji, żeby córkę teraz zostawiać. Nawet o tym nie myślałem, tylko się zgodziłem. Wracam do biura i mówię, że radca wszystko w tym kształcie zaakceptował i dodaję:
-Aha i dzwonił, że nie da rady zostawić dziś córki, żebyśmy mu na maila wysłali.
-Co kurwa? Pojabało go? Nigdy! Nigdy! Nic mu nie wysyłamy, ma tu przyleźć!
-Ale w sumie czemu? Przecież to żaden problem.
-Jak to żaden problem? Jak to żaden problem! Jak się ze mną umawia to tak ma robić, możesz mu tylko napisać, że ma do mnie zadzwonić i się zapytać czy prześlemy mu na maila!
Nawet w tym momencie nie ściemniam, pomijam tylko pozostałe 5 minut kłótni, gdzie staram mu się wytłumaczyć, że to co robi jest nie tylko bez sensu, co też po prostu dość chamskie. Inny przykład- wyżywa się na sprzątaczkach starając się je ustawiać po kątach. Z poprzednią mógł sobie pozwolić, to w ogóle była dziwna kobieta. Kompletnie bez swojego zdania, mówisz jej skacz to nawet nie pyta jak wysoko tylko zaczyna podskakiwać. Z nową próbował, ale szybko ustawiła go do pionu. Przeganiał ją, ciągle narzekał, że źle sprząta, wytykał jej wszystko co mógł cały czas jak sprzątała, czy na jej “dzień dobry” odpowiadał >w żartach< “spierdalaj” (i nie ważne jak nie moglibyście tego ogarnąć- to co napisałem nie jest żartem). Kobieta się nie brandzlowała z tym i po prostu zgłosiła to sekretarzowi Urzędu, a ten w krótkich i nieparlamentarnych słowach wytłumaczył Szefowi na dywaniku co i jak. Od tego czasu dalej próbuje wbić gdzieś szpilę, ale już nie tak chamsko, a tłumaczy to tym, że to tylko sprzątaczki, więc jak mogą się stawiać.
I to było najlepsze co mogła zrobić. Bo Szef przez swoje zakompleksienie, które oczywiście odczuwa choć nie wiem czy jako kompleks, boi się wszystkiego związanego z przełożonymi czy prasą. Te dwa słowa wywołują u niego czystą panikę. Wszystko co robimy w wydziale, kompletnie wszystko jest podporządkowane tylko temu, żeby dało się wytłumaczyć przełożonym lub mediom. Nic więcej się nie liczy- żaden dokument nie musi być poprawnie zrobiony, żaden nie musi mieć sensu, byleby te dwie grupy nie mogły się do niego przyczepić, a najlepiej, żeby w ogóle go nie zauważyły. Dlatego tak cholernie czepia się tych wszystkich nieistotnych kropek czy innych ozdobników nijak nie wpływających na wartość merytoryczną dokumentu. Bo ta wartość jest nieistotna dla niego. Mamy zebrać na wypadek awarii mojego wspaniałego sprzętu rozsianego po całym mieście 3 ekipy zdolne do jego szybkiego naprawienia. Człowiek, który nam to nakazuje sugeruje, żeby dodatkowo wziąć 3 ludzi żeby byli w rezerwie. Sensowne, logiczne, powiem więcej- właściwe działanie celem poprawnego zabezpieczenia tego bajzlu. Ale nie dla Szefa, bo 3 osoby więcej to 3 możliwości więcej, że o całości akcji dowie się Szefostwo lub prasa i przyjdą o to zapytać. Więc już na spotkaniu temu poświęconym urządził wielką awanturę, którą rozdmuchiwał za każdym razem na nowo, gdy wykładający mu mówił “sugeruje jak ma pan poprawnie zabezpieczyć potrzeby kadrowe urzędu”. Ja też się nasłuchałem swojego, bo ośmieliłem się później z tym zgodzić.
Ten strach wychodzi też przy samych przełożonych. Nienawidzę z nim do nich chodzić, bo zawsze jest mi głupio. Ja myślę o szefostwie Urzędu co myślę, szczególnie w kontekście ostatnich wydarzeń kadrowo-finansowych, ale jak w kontaktach ze wszystkimi zachowuję się normalnie, czyt. przyjmując do wiadomości, że to mój przełożony ale zdając sobie sprawę, że nie mój właściciel. Szef z kolei odwala szopkę, jakby niewolnik przyszedł na audiencję do faraona lub cesarza. Cały czas kłania się w pas, przeprasza za wszystko, liże dupy tak, że aż ja czuję niesmak w ustach.
Szef wszystkich Szefów mówi siadajcie. Ja siadam. Szef po drodze na fotel zdąży się 5 razy pokłonić w pas i wyrecytować “dziękuję, dziękuję, przepraszam, dziękuję”. Mówię dokładnie jak jest, a nie zmyślam. Ale jazda dopiero się zaczyna, bo pyta nas z czym przyszliśmy. Ponieważ Szef trzęsie dupą o wszystko i nie podejmuje żadnych samodzielnych decyzji o większej wadze niż jaką puszkę rybną zje na śniadanie, to z tym wszystkim biega do przełożonych. I ciągnie mnie tam ze sobą. Np. dostaje pismo z dekretacją Szefa wszystkich Szefów, które wcześniej z nim obgadaliśmy, które wcześniej czytał w wersji roboczej, potem w wersji ostatecznej, którą zatwierdził ustnie nam, zatwierdził ludziom, którzy pismo pisali, zatwierdził je po wpłynięciu do niego ostatecznej wersji, a teraz biegnę za Szefem, żeby ten zapytał, czy na pewno zatwierdza…
Więcej- jeśli tworzymy jakieś pismo, które może być kłopotliwe, a robimy takie, to nigdy się pod nim nie podpisuje. Są pisma, które ludziom je otrzymującym z różnych powodów się nie podobają, ale dostać je muszą. Ale Szef już kombinuje, co byłoby jeśli pójdą z tym do prasy lub poskarżą się naszym przełożonym, więc pomimo tego, że dysponuje pieczątką “z up. Szefa wszystkich Szefów” to biegnie do niego, żeby sam to podpisał. Dziwi mnie to, bo z doświadczenia wiem, że jeśli dał komuś upoważnienie to goni jak psa gdy taki ktoś przychodzi do niego po podpis, więc pewnie po prostu nie ma pojęcia o istnieniu w szafie Szefa takiej pieczątki.
Szczyt tej paranoi osiągnął parę dni temu (zrozumcie, że tą notkę piszę dorywczo kilka tygodni, gdy raz piszę wczoraj to mogło być dawniej niż parę dni temu) po jednej z narad. Okazuje się, że pismo, które wysłaliśmy pozostałym wydziałom Urzędu dobre dwa lata temu, zostało już przez nich zapomniane. Ja je ciągle mam, oryginał i kopię, z podpisami wszystkich adresatów i datami odebrania. Wystarczyłoby je wziąć, przejść się po biurach i im najzwyczajniej przypomnieć. Zapomniałeś? Zgubiłeś? Jutro dostaniesz ksero. Co mój wspaniały przełożony wymyślił? Ano, że mam wydrukować to pismo jeszcze raz i jeszcze raz im zanieść dokładnie to samo, tylko tym razem podpisane przez Szefa wszystkich Szefów. Bo tak, bo w jego opinii to coś zmienia, bo jak sam (!!!!!!!!!!!!!!) powiedział z nim mogą się nie liczyć.
Bardzo często od niego słyszę “co ja mogę, jak nie mam pleców”, “tak jest, jak się nie ma pozycji”, etc. Kurwa, nie ma pozycji bo sam stawia się na miejscu śmiecia, którym można tylko pomiatać. Pracuje w tym burdelu dobre 20 lat i ja nie wiem, czy jest jedna osoba, która by go szanowała. Może ci zupełnie nowi, dopiero co zatrudnieni. Reszta traktuje go dosłownie jak wioskowego głupka. I nie ma się czemu dziwić. Ekstremalnie rzadko spotyka się takich debili, do których możesz mówić i widzisz w ich oczach, że nie rozumieją.

czwartek, 18 lutego 2016

Dzień dwusetny- mroczne widmo.

Dzisiejsza notka może zawierać odrobinę więcej wulgaryzmów niż zazwyczaj, czyli mniej-więcej 1/100 tego, co normalnie używam. To tak w kwestii informacyjnej we wstępie.

Jakiś czas temu spotkałem się z zarzutem, że sytuacja w moim wydziale to też moje dzieło. I to jest racja. Że mogłem przez lata ustawić Szefa. Nie da się ukryć. Problem jest tego typu, że zarabiając mniej niż ½ średniej krajowej (brutto ofc) mam na to kompletnie wylane. Nikt nie płaci mi za dodatkowe zadania, które otrzymałem od czasu przyjęcia mnie tu, nikt też nie zapłaci za poświęcony czas i energię na naprawianie wydziału. Ba, nawet nie podziękuje czy nie uściśnie dłoni. A poświęcić musiałbym sporo i nawet nie żałuję, że nie staram się zostać męczennikiem. Mam milion swoich problemów i drugi milion ciekawszych rzeczy niż próba wyprowadzenia Szefa na prostą. Choćby oglądanie jak trawa rośnie.
I tak. Specjalnie mówię o Szefie, bo Dziad jest dowodem na to, że jest tylko jeden problem w tym wydziale. I jest nim mój przełożony. Dziad wolno łapie, cokolwiek mu się powie to właściwie następnego dnia można powtarzać. Ale kropla drąży skałę i dziś, po 4 latach mojego wpływu, wreszcie zaczyna rozumieć ideę folderów i plików. WOW. Po 4 latach tłumaczenia mu różnic, tłumaczenia dlaczego, tłumaczenia działania wyszukiwania, tłumaczenia obsługi myszki wreszcie rozumie, mniej-więcej, folder i plik. Choć nadal nie potrafi go użyć poprawnie. I to mimo, że nie ma całego ogromu minusów Szefa.
A ten jest po prostu zjebem. Kompletnym, całkowitym, niezaprzeczalnym kretynem. Człowiekiem, którego istnienia w życiu bym nie podejrzewał. Który powoduje, że zaczynam rozumieć słowa Krula o “ludzkich śmieciach”, choć szukać ich powinien znacznie bliżej niż na tratwach do Europy. Żałuję, że nikt z moich wcześniejszych współpracowników mnie o nim nie ostrzegł, a ja naiwnie dałem mu taki sam kredyt zaufania jak każdemu. Ale zacznijmy od początku i pamiętajcie, że ciągle mówimy o dyrektorze wydziału, w którego rękach w ekstremalnej (i na szczęście mało prawdopodobnej) sytuacji będą leżały losy dziesiątek tysięcy ludzi.
Jest niewykształconym kretynem. Nie porozumiewa się w żadnym obcym języku, a i z polskim ma bardzo duże problemy. Ja rozumiem, że kiedyś były inne czasy i nie mam co oczekiwać po nim znajomości angielskiego czy łaciny. Choć moi rodzice, chodząc do tego samego liceum, uczyli się tam rosyjskiego czy francuskiego i do dziś mniej-więcej potrafią coś powiedzieć. Ale wiecie co jest śmieszne? Że skończył kurs angielskiego zorganizowany przez Urząd. Z wyróżnieniem. Wszystko ściągał, żadnego zaliczenia i egzaminu nie napisał sam, czym się jakiś czas temu chwalił.
Problemy sprawia mu matematyka na każdym poziomie, nic nie wie z geografii (ani najwyższych szczytów, ani państw, stref klimatycznych), historię gwałci na każdym kroku, kompletnie nie rozumie chemii, fizyki, a z biologii to chyba tylko rozmnażanie tych swoich ukochanych świń. Ma problemy z czytaniem (podkreślam- czytaniem, nie czytaniem ze zrozumieniem, choć tego też nie opanował), z pisaniem (słowo honoru- na jednym dokumencie wpisał kobietę imieniem Pałlina i mam tego zdjęcie), a nawet z czytaniem tego co napisał.
To wszystko chyba wynika z faktu, że ma bardzo ograniczoną ilość RAMu w mózgu. Po prostu w pewnym momencie wyłączają mu się niektóre procesy. Mówię to zupełnie poważnie, początkowo byłem tym przerażony, ale teraz już z tego tylko śmieszkuję. Szef nie jest w stanie robić dwóch rzeczy na raz. Np. rozmawiać przez telefon i iść. Albo jedno, albo drugie. Wierzcie lub nie, ale miałem już sytuacje, że zatrzymywał się na środku przejścia dla pieszych bo zadzwonił do niego telefon. Musiałem go dopingować, żeby z niego zlazł i idąc przestawał rozmawiać przez telefon, zatrzymując się wracał do rozmowy. Albo kojarzycie jak się z kimś idzie chodnikiem? To tak jakbyście jechali samochodem- macie świadomość, że z Waszego boku jest teraz dodatkowa przestrzeń, którą bierzecie pod uwagę wymijając przeszkody. Szefowi to nie wskakuje. Idąc z nim gdziekolwiek muszę albo tańczyć wkoło omijając wszystkie latarnie, słupy i śmietniki, które wymija na styk, albo co teraz praktykuję idę trzymając się w pewnej odległości od niego. Co ma dodatkową zaletę- mniejszy wstyd, jeśli bezpośrednio z nim ludzie mnie nie widzą.
Jak to w urzędzie używamy dużo pieczątek. Chyba pisałem już to Wam kiedyś, ale powtórzę- możecie bez problemu sprawdzić, którą stroną je przybijać bez patrzenia na jej spód bo te plastikowe mają kolorową kropkę wskazującą górę, drewniane jakieś wcięcie, a mechaniczne wsadzony wzór na grzbiecie tak samo jak odbije się po jej przystawieniu. Ja tego dowiedziałem się po 2 tygodniach pracy w Urzędzie. Szef po 20 latach ciągle mnie o to pyta i sprawdza przed przystawieniem. Ale to nie problem, do którego chcę się odnieść. Do pieczątek potrzeba czego? Gąbki z atramentem. My naszą trzymamy zawsze w jednym miejscu. Tzn ja i Dziad, bo Szef to… no właśnie. Przystawia pieczątki. Przy mnie, przy moim biurku. Przystawił jeden wzór. Patrzy na pismo, chce przystawić drugi. Pyta mnie:
-Gdzie jest gąbka?
-No jeśli nie leży tam gdzie zawsze, to nie wiem.
-Nie ma, no gdzie jest?
-Skąd mam wiedzieć? Przecież nie ja 2 sekundy temu przystawiałem pieczątki.
I on serio szuka gąbki, której używał no najdalej 30 sekund temu i nikt od tego momentu jej nie dotykał. Ale włożył chuj wie gdzie i nie można znaleźć, a sam już tego nie pamięta. To samo z kluczami do szaf. Zawsze kładziemy je w jedno miejsce, żeby nie szukać. Szef położy zawsze gdzie indziej, a potem szuka ich w miejscu tym co zawsze i się wścieka, że nie może znaleźć. Idzie do radcy zapytać jak napisać jedno pismo. Ten mu naszą propozycję pokreśli i pozmienia wg swojego uznania. Ogółem radca minął się z powołaniem, patrząc na jego pismo to powinien być lekarzem. Szef wraca, kładzie mi i mówi, żebym poprawiał. Ja patrzę i nie mogę się rozczytać pojedynczych słów, pytam więc go. Nie pamięta. Minutę temu wyszedł od radcy i już nie pamięta co on mówił.
Czasem do niego ja coś mówię, koleś patrzy na mnie i jak skończę odpowiada “ok”. Ja myślę, że sprawa jest załatwiona, wszyscy myślą tak, a dwa dni później robi wielką awanturę, że miało być inaczej. Mówi, żeby coś zrobić w konkretny sposób, a potem pół godziny kłótni, dlaczego tak zrobiliśmy. I w jej trakcie całkowicie pomija argumenty, że przecież sam tak chciał. I odnosi się do wszystkich argumentów i ciśnie po wszystkim, tylko nie do tego jednego. Tak jakby tego nie słyszał, albo raczej udawał, że ten problem nie istnieje i że to jego myślenie życzeniowe się ziści.
Jestem pewien, że chodzi o to drugie, bo robi tak bardzo często. Udaje, że niewygodnego dla niego faktu nie ma, że nie miał miejsca. Tak było jakiś czas temu, gdy Wam pisałem o zdawaniu teczek do archiwum. Archiwista kazał mi przynieść zaginiony załącznik i dał pismo przewodnie do niego, żeby było łatwiej. Rozwiązanie Szefa, który nie mógł go znaleźć? “Wypierdol”. W tym momencie mój mózg zwiesił się, bo nie mógł ogarnąć co on w ogóle do mnie powiedział. Koleś czeka na to jedno pismo, a mój przełożony każe je wypierdolić do śmietnika licząc, że nie będzie tematu.