"Ludzie mówią, że powinienem być urzędnikiem. Piję dużo kawy i mam wszystko w dupie."
Zanim poszedłem do urzędu myślałem, i to całkiem poważnie, że to normalne miejsce pracy jak każde inne. Że rano pójdę do pracy i po 8 godzinach wrócę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Zmęczony, ale zadowolony- ze swojego dzieła, z wkładu w rozwój lokalnej społeczności no i z pensji. Moje wyobrażenie nie mogło być chyba bardziej mylne...
Oto zapiski z mojej pracy, spojrzenie “od wewnątrz” na pracę w jednym z polskich urzędów. Przy okazji zastrzegam sobie prawo do podkolorowania moich historii, ale o nie więcej niż 10%. ;)

piątek, 1 lutego 2013

Dzień sześćdziesiąty ósmy- przepracowanie.


Idąc dziś po odbiór poczty nie podejrzewałem, że te 2 kartki, które ze sobą przyniosę sprawią tyle zamieszania. Nawet przeczytanie ich nie spowodowało u mnie jakichkolwiek podejrzeń. Ot, zwykłe polecenie zrobienia tego i tamtego. Jakie więc było moje zdziwienie gdy Dziad zaczął sobie rwać włosy z głowy. Cóż się strasznego stało? Ano okazało się, że musi popracować.
Przy czym przez musi należy rozumieć musimy. “Bo tego jest tyleeeee...”, że sam nie da rady, szczególnie że jest zajęty żegnaniem się z życiem, więc musimy mu pomóc. A przez to z kolei należy rozumieć, że jako jedyny, który nie zdążył chwycić jakiejś teczki muszę to zrobić ja. Razem z Dziadem i Szefem, czyli najbardziej przeszkadzającym w pracy duetem w historii mojego urzędu.
Zaczynamy więc ostro, z kopyta. Biorę teczki z aktami, kiedy podchodzi do mnie Szef ze słowami:
-Muszę to zrobić, więc weź to zrób.
Nie no, spoko. Nawet w najśmielszych snach nie oczekiwałem, że równo podzielimy się pracą. Czy w ogóle, że się podzielimy. W międzyczasie Dziad dzwoni do nadawcy tych 2 kartek i na dzień dobry wyskakuje z:
-Dzień dobry, dzwoni bardzo niezadowolona osoba.
W tym momencie, gdybym był jego rozmówcą, od razu rzuciłbym słuchawką. No ale tam już Dziada znają, a ten zamiast podwinąć rękawy i wziąć się do roboty właśnie dyskutuje z nadawcą i negocjuje, że on nie chce tyle robić i żeby może mniej zrobić. Oczywiście negocjacje się nie powiodły i trzeba było robić.
Tzn. ja musiałem, “bo skoro już się zabrałem” za to co miał zrobić Szef i ja, to mogę zrobić całość. No bajka, aż mi ręka drgnęła w kierunku nożyczek. Wszystko przez te negatywne emocje, które rozsiewane są wokół. Tej niechęci do pracy i płaczu, gdy trzeba coś robić, bo tego jest dużo.
No nic, taki mój marny los, przynajmniej dopóki innej pracy nie znajdę, a nawet zostanie męską prostytutką wydaje mi się być bardziej nobilitujące i cieszące się szacunkiem w społeczeństwie niż praca w urzędzie. Ale dopóki się nie ociepli na tyle, żebym mógł nie przeziębić się pod latarnią muszę tu siedzieć. A to wiąże się ze znoszeniem Dziada i dodatkową robotą, za którą nie będzie dodatkowych PLNów.
Nie zdążyłem się nawet dobrze nad sobą rozczulić, gdy niespodziewanie po 30 minutach skończyłem. Patrzę na biurko- no tak, wszystko załatwiona, odpisane, wydrukowane, opieczętowane, nawet koperty już zaadresowane tylko wysyłać i zapomnieć o sprawie. Pół godziny. ⅓ tego czasu Dziad negocjował nie robienie tego, a kolejną ⅓ rwał włosy i wciskał mi swoją działkę do zrobienia.
Teraz siedzi prawie godzinę i sprawdza to wszystko, czy na pewno jest dobrze, bo przecież to miała być praca na co najmniej tydzień. Taka logika, po co robić coś 30 minut jak można tydzień i sprawiać wrażenie, że jest się do czegokolwiek potrzebnym.

3 komentarze: