"Ludzie mówią, że powinienem być urzędnikiem. Piję dużo kawy i mam wszystko w dupie."
Zanim poszedłem do urzędu myślałem, i to całkiem poważnie, że to normalne miejsce pracy jak każde inne. Że rano pójdę do pracy i po 8 godzinach wrócę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Zmęczony, ale zadowolony- ze swojego dzieła, z wkładu w rozwój lokalnej społeczności no i z pensji. Moje wyobrażenie nie mogło być chyba bardziej mylne...
Oto zapiski z mojej pracy, spojrzenie “od wewnątrz” na pracę w jednym z polskich urzędów. Przy okazji zastrzegam sobie prawo do podkolorowania moich historii, ale o nie więcej niż 10%. ;)

czwartek, 22 lutego 2018

Dzień dwieście siedemdziesiąty czwarty- 100 lat za murzynami.

Nie, nie oglądałem Czarnej Pantery. I raczej nie obejrzę. Po prostu nie lubię superbohaterów w amerykańskim “blockbusterowym” stylu. I pomimo, że widziałem ileś artykułów, które w kontekście tego filmu używały tytułów w stylu “dlaczego afrofuturyzm ma znaczenie” (Engadget) i uparcie twierdzą, że to nie jest zwykły film o superbohaterze, nie mam zamiaru się złamać. Wiecie czemu? Bo wydaje mi się, że oni wszyscy kłamią i to będzie zwykły film o superbohaterze. Tyle, że czarnym. A ja nie jestem rasistą- kolor skóry głównego bohatera nie zmieni mojej oceny filmu. Ani na lepszą, ani na gorszą.
Szef jest chory. Właściwie jest od dobrych 3 tygodni, zdążył w tym czasie zarazić mnie, przez co byłem tydzień na L4, następnie Nowego Dziada, która chora była przez weekend, aż wreszcie stwierdził, że może pójdzie do lekarza. Ten z kolei stwierdził, że przechodził i ma coś na płucach, więc zwolnienie.
A jak go nie ma, to praca idzie szybciej. Zdecydowanie. Właściwie wszystko idzie na bieżąco i tak siedząc i się trochę nudząc w robocie wróciłem myślami do miasta partnerskiego mojego miasta. To dość wyjątkowy związek, trwający już dobre 20 lat. Mimo, że to Niemcy, a każdy prawdziwy Polak powinien ich nienawidzić, to nasza współpraca kwitnie. Myślę, że nawet w skali UE byłaby całkiem niezłym przykładem. Wiele razy w ciągu roku odwiedzamy się przy różnych okazjach, nasze służby współpracują ze sobą, organizujemy nawet festiwal rock/metal/punk dla zespołów z naszych miast. Nie ma może on rozmiarów Wacken czy Woodstocka, no ale…
Co więcej, nasze miasta są niemal bliźniacze. Wielkościowo różnimy się w granicach błędu statystycznego, mamy podobne uwarunkowania geograficzne, turystyczne, przemysłowe… I kiedyś zastanawiałem się, jak wyglądają nasze budżety w porównaniu. Jak już mówiłem akurat się nudziłem, a to lepiej żebym przeanalizował budżet miasta partnerskiego niż Pudelka, no nie?
Wykorzystałem więc swoją znajomość niemieckiego mocno wspartą translatorem Google (serio nie wchodził mi w szkole ten język) i bez problemów odszukałem interesujący mnie dokument. Oczywiście PDF z ładną stroną tytułową, interaktywnym spisem treści przenoszącym do interesujących nas działów, z których kilka pobieżnie przejrzałem. Zgrabne tabelki, wykresy, mapki. Następnie użyłem Ctrl+F żeby wyszukać kilka interesujących mnie punktów w celach porównawczych. Zapisałem wszystko co potrzebowałem na kartce i szybko przeliczyłem z euro na nowe polskie złote.
Ok, czas znaleźć nasz budżet. Też obyło się bez problemów, wszystko jest w BIPie. Tak jak u kolegów Niemców też jest w PDFie. I na tym podobieństwa się kończą. Pierwsze co rzuca się w oczy, to nasz jest zwykłym, chamskim, czarno-białym skanem. I to jeszcze krzywo zeskanowanym. Ponieważ to nie jest tekst tylko obraz, to zapomnijcie o jakiejkolwiek możliwości wyszukiwania czegokolwiek. “Klikalny” spis treści? Nawet nie żartujcie. Jak coś Was interesuje to ręcznie sobie przewińcie i czytajcie aż znajdziecie. Żadnego wykresu, ale tabele jak najbardziej. W sensie- dwie. Jedna zbierająca wszystkie przychody, druga wydatki. Może dlatego nasz budżet jako dokument jest krótszy niemal dokładnie… 7 razy. Tak, 7 razy krótszy, a nie o 7 stron.
Ja wiem, ich budżet jest po przeliczeniu na złotówki 2 razy większy, ale mam mocne wrażenie, że przygotowanie dokumentu, który nie wygląda jak dwukrotnie użyty papier toaletowy nie jest kwestią finansów, a umiejętności i chciejstwa. Najzwyczajniej w świecie wszyscy zainteresowani mają wyjebane na, w sumie, najważniejszy dokument który decyduje o wszystkim co będzie robił Urząd przez cały przyszły rok.

A jeśli myślicie, że taką ujmą na honorze się skończy, to na zakończenie jeszcze trochę soli na ranę. Zliczyłem budżet niemieckich kolegów z ostatnich 10 lat (podają w aktualnym na wykresie ostatnie 10 lat…) i wiecie co? Są 5 mln euro na plusie. Nie regulujcie monitorów- wychodzą na plusie. Czasem mieli deficyt, czasem nadwyżkę, ale ogółem są do przodu. Ja nie pamiętam kiedy ostatnio nie mieliśmy deficytu. Nie wiem, czy kiedykolwiek?


czwartek, 15 lutego 2018

Dzień dwieście siedemdziesiąty trzeci- jeden dla Władcy Ciemności na czarnym tronie w krainie Mordor, gdzie zaległy cienie.

Nasz Human Resources to straszne miejsce. Całkowicie uprawnione jest to porównanie do Mordoru. Są tam Upiory Pierścienia, choć nie aż tyle co w oryginale, a pośród nich zasiada Sauron. To facet, którego pozycja jest całkowicie niezrozumiała w Urzędzie. Oficjalnie jest szeregowym pracownikiem ale może prawie wszystko. A wróć. Nie jest aż tak niezrozumiała, a odpowiedź podaje też Tolkien. Sauron może pod koniec 3 ery był uważany za jakiegoś turbo kozaka, ale chyba wszyscy pamiętamy, że to tylko (albo aż) sługa Morgotha. I tu macie rozwiązanie całej zagadki- Sauron ma u nas wysoką pozycję, bo jest wiernym sługą Morgotha. Tylko tyle, albo aż tyle.
To jest jedna z tych rzeczy, na które nie macie wpływu. Ja też nie mam. Szczerze, to przez długi okres czasu miałem całkowicie wylane na to. Nasze ścieżki rzadko się przecinają, wręcz nigdy. I jeśli jesteście bystrzy to już wiecie, że tak było do dnia dzisiejszego. Ja i Sauron stanęliśmy na jednej ścieżce, za wąskiej dla nas dwóch i któryś z nas musi się cofnąć, żeby przepuścić drugiego.
Pojawiła się dość śliska sprawa, którą ktoś musi ogarnąć przyjmując na siebie dodatkowe obowiązki. W pierwszej chwili padło na Saurona i ten nawet chętny był się tym zająć szczególnie, że Morgoth najwierniejszemu słudze zaoferował wynagrodzenie, o którym ktokolwiek inny może pomarzyć. I wszystko byłoby fajnie, baśń dobrze by się skończyła, gdyby nie drobny szczegół- po prostu temu nie chce się robić. Tak, to jest ten powód- nie chce mu się. Więc stwierdził, że zrzuci to na kogoś innego i znalazł “chętnego”, mnie. Rozmowa wyglądała w ten sposób, że Sauron oznajmił mi, że będę to robił i Morgoth o tym wie. Koniec rozmowy. Ja się jeszcze wykręcałem, mówiłem o dużej ilości obowiązków i w ogóle, że bym chciał jakiś piniondz za to. Ale nie, to był koniec rozmowy.
Cóż mi pozostało? Długo nad tym myślałem. Nie wykręcę się robotą, bo nikogo nie interesuje, że jestem nią zawalony jak mało kto. Nie wykręcę się właściwie niczym, ale mam dość bycia jak wszyscy tu szmatą, z którą nikt się kompletnie nie liczy, bo wydaje mu się, że na paluchu ma pierścień, którym może rządzić wszystkimi. Ponawiam więc pytanie- cóż mi pozostało? Kasa. Stwierdziłem, na razie przed samym sobą, że mogę to wziąć, ale za stawkę jaką miał dostać Sauron. I choćby mieli mnie łamać na kole- albo dostanę dodatkowo tę konkretną kasę, albo nie podpiszę żadnego porozumienia. Nawet jeśli miałoby to skończyć się wypowiedzeniem zmieniającym (choć to raczej mało prawdopodobne).
Na razie do bezpośredniej konfrontacji w tym zakresie nie doszło. Sauron domyśla się, co będzie się działo, a ja też nie widzę potrzeby przyspieszenia- z każdym dniem bez obsadzonego stanowiska to nie mi zaciska się pętla. Ale do konfrontacji wreszcie dojdzie i najgorsze jest to, że nie z Sauronem. Wyśle mnie wprost do Angbandu na spotkanie z Morgothem. I niczym Fingolfin będę musiał stoczyć swoją nierówną walkę, żywię nadzieję, że z lepszym zakończeniem.

“I’ll dare you, come out, you coward- now it’s me or you.”


czwartek, 1 lutego 2018

Dzień dwieście siedemdziesiąty drugi- trudna miłość.

Powszechnie wiadomo, że mnie i Pocztę Polską łączą bardzo trudne stosunki. Mówiąc wprost- nienawidzę ich. Za wiele rzeczy, całe zło, które mi wyrządzili i wszystkim innym. Zniszczone, zagubione paczki, które idą miesiącami do sąsiedniego miasta. Za to wszystko i wiele innych mam do nich tylko serdeczną nienawiść w serduszku. Dlatego postanowiłem zrobić im kawał.
Wielu z Was wysyłało listy. Różne, kiedykolwiek, do kogoś. A wysłaliście kiedyś list do… Poczty? “A to tak w ogóle można?” Można. Ale, spojler, nie ma większego sensu. Przynajmniej w moim przypadku.
Pech chce, że na początku roku mam sporo roboty, głównie niepotrzebnej. Jest spis kilkudziesięciu przedsiębiorstw, do których muszę wysłać mały zestaw, po 21 stron dla każdego. Zanim jednak dojdzie do wysyłki, muszę to pokserować. 21 x kilkadziesiąt, nie wszystko da się podwójnie (a szkoda, że cokolwiek) i wychodzi ponad ryza papieru. Moja drukarka by definitywnie zdechła, ksero ledwo wytrzymało wieszając i klinując się dwa razy w tak zwanym międzyczasie. Szkoda, że nie wszystko, bo Szef ubzdurał sobie, że to co się da musi być w specjalny sposób kserowane. Nawet jest mi to trudno Wam wytłumaczyć w jaki, dość powiedzieć, że zorientowanie się jak skanować kartki żeby wyszło dobrze zajmuje kilka prób. Potem ksero się wiesza i od nowa kombinowanie.
Gdy już wszystko jest gotowe, to po kolei każdy zestaw przygotowuje się jak w fast foodzie. Frytki, burger, napój, tacka, serwetki. Pismo przewodnie wypisać, załącznik jeden, drugi, trzeci, koperta, zaadresować, zakleić, kurwa czy włożyłem pismo przewodnie? I tak jedna dziesiątka, za drugą, za trzecią, za czwartą… nie, nie narzekam, że muszę pracować. Ale mógłby mi ktoś powiedzieć, dlaczego nie wysyłam tego mailem?
Wśród tych dziesiątek firmy widnieje jedna szczególna, Poczta Polska. Do nich też to wysyłam, a śmieszne jest to o tyle, że jak podejdę do okna w biurze z kawą i spojrzę na szary świat, to widzę budynek poczty. Jest dokładnie vis-a-vis Urzędu. Ot, przejść przez ulicę, plac i jestem na miejscu. Ale wiadomo, obieg dokumentu, bla, bla, bla. Wysyłamy. Biuro podawcze wypisuje wszystkie swoje głupoty, o określonej godzinie koleś bierze całą pocztę i transportuje ją na drugą stronę placyku do Poczty, gdzie nadaje całość. Dosłownie przynosimy list do budynku, do którego (i z którego) go wysyłamy.
Tydzień po terminie dzwonię naprzeciwko, stojąc zresztą w oknie mogę machać do kolesia, który miał odebrać moje pismo, żeby podniósł słuchawkę.
-Dzień dobry, pan wie, że tydzień temu był termin odpowiedzi na moje pismo?
-Jakie pismo?
-To, które wam wysłałem?
-Nie wiem, ja nic nie dostałem.
I tu się dzieje magia. Nie mówię nawet o tym, co już się wydarzyło, ale o tym, co po tych wydarzeniach następuje.
-Szefie!
-Co?
-Na poczcie nie dostał pisma.
-To wyślij mu mailem.
Bum. Nie rozumiem, czemu wcześniej nie mogłem, a teraz mogę. Tego czemu pisma nie dostał też nie rozumiem. Ale jakbym miał nad wszystkimi dziwami w urzędach się zastanawiać, to bym nic innego w życiu nie miał czasu robić.

czwartek, 25 stycznia 2018

Dzień dwieście siedemdziesiąty pierwszy- nie strasz, nie strasz bo się zesr...

Gdzie mój popcorn, gdy najbardziej jest potrzebny?
Mamy w Wydziale drobny problem. Może jeszcze pamiętacie, może już nie, ale pisałem kiedyś o urządzeniach porozwieszane na dachach po całym mieście. Długo nic o nich nie było, bo i nic ciekawego się z nimi nie działo, do teraz. Budynek z jednym z nich kupiła inna firma niż dotychczas, która ma zamiar całość przebudować dość mocno. I wynikła taka sprawa, że centrala sterująca jest w innym budynku niż reszta urządzenia i to akurat tym, który ma zostać wyburzony. Miło ze strony inwestora, że przysłał do nas kobietę, która to nadzoruje, żeby wszystko z nami dogadać.
Z atrakcyjnymi kobietami zawsze lubię się dogadywać. Z nie atrakcyjnymi gwoli ścisłości też się dogaduję. Przyszła, umówiliśmy się na oględziny w terenie i ok. Tzn ja wiedziałem, że ok nie będzie, bo Szef też się wybierze. I wybrał. Na miejscu rozmowę zaczął od żarciku z jej nazwiska. Super pomysł, kretynie. A dalej było już tylko lepiej.
-A gdzie to ma być przeniesione? -dopytuje.
-Tutaj, nad tą skrzynką przykręcimy. -mówi Szef.
-Ale… To środek korytarza. Nie wiem, czy to będzie wyglądało atrakcyjnie dla naszych gości (spa)...
-To nie ma wyglądać, to jest bardzo ważne urządzenie.
-Ok, ale tu trzeba pociągnąć kable z piwnicy, to będzie kosztowało.
-No tak, ale to wy tu coś przerabiacie, to zapłacicie.
I pakuje się na dach z elektrykami żeby sobie pooglądać… nie wiem, dach? Ja zostaję z kobietą na dole i staram się ratować sytuację. Mówię, że to tutaj tylko tymczasowo, że jak będą przerabiać już budynek to może wywalić do sterówki windy, bo sam też nie wyobrażam sobie, żeby taka 30 letnia skrzynka szpeciła korytarz. Niestety, o innych sprawach mówić nie mogłem, w końcu nie jestem dyrektorem. A ten mógłby zaproponować choć pokrycie kosztów materiałowych przez Urząd. Zapewnić o chęci założenia licznika o rozliczaniu się ze zużytej energii elektrycznej. Cokolwiek szczególnie, że sami do nas przyszli i byli chętni współpracować.
Słowo-klucz: byli. Nie miałem wątpliwości, że po tym spotkaniu wszystko się zmieni i gdy następnego dnia przyszło pismo z prośbą o przeniesienie urządzenia na inne budynki przy tej ulicy to w ogóle się nie zdziwiłem. W przeciwieństwie do Szefa. Ten w pierwszej chwili zadzwonił do inwestora. Ale kretyn nawet nie zadał sobie trudu, żeby zapamiętać jego nazwiska, więc przywitał się wtopą na poziomie… no nie wiem, jakby ktoś się nazywał Amalower, a Wy byście wyjechali Analower. Nie dziwne, że facet szybko się rozłączył.
Szef jeszcze bardziej podjarany wykręcił numer wspomnianej wcześniej kobiety i ją pyta co i jak, przecież się umawialiśmy. Oczywiście jak to on, drąc mordę nawet o tym nie wiedząc groził jej Szefem wszystkich Szefów i paragrafami, jakie niby na to są, czym popełnił dwa podstawowe błędy. Rozmówczyni szybko poczuła się atakowana, stwierdziła, że nie życzy sobie żeby na nią krzyczał (co go jeszcze bardziej nakręca- “JA KRZYCZĘ? JA KRZYCZĘ?”) i szybko skończyła rozmowę mówiąc, że wszystko mamy w piśmie i czeka na odpowiedź.
Pierwszy błąd już Wam zdradzę- z mojego drobnego wywiadu, który przeprowadziłem wcześniej dowiedziałem się, że ta kobieta jest adwokatem, a nie ma ani jednego § na to, co on mówił. No ale trudno, postanowił wysmażyć grube pismo powołując się na te nieistniejące (czy może istniejące, ale równie dobrze mogłyby nie istnieć) paragrafy, a żeby miały większą moc stwierdził, że tak jak groził pójdzie do Szefa wszystkich Szefów, aby to on je podpisał.
I poszedł. Szef Szefów odmówił. Drugi błąd mojego Szefa tego dnia. Inwestora już wczoraj rozmawiał z Szefem wszystkich Szefów i ugadali przeniesienie tego sprzętu. My dostaliśmy tylko polecenie do wykonania. A to pismo, to Szef Szefów sam im podyktował jak ma być napisane.
Chciałbym, bardzo chciałbym zobaczyć ich biuro, gdy ta kobieta relacjonowała im groźby Szefa, o których wszyscy wiedzieli, że są nic nie warte.

czwartek, 18 stycznia 2018

Dzień dwieście siedemdziesiąty- szczyt szczytów.

Niedawno mój Urząd postanowił zmienić sobie dane do płatności. Zmienił się NIP, odbiorca i takie tam. Jest to o tyle głupie, że wszyscy nasi kontrahenci mają stare dane i każda faktura jaka przychodzi jest do poprawki. Nie wiem jak to działa gdzie indziej, ale wyobrażam sobie, że w normalnym miejscu faktury płaci wyznaczona do tego komórka. U nas teoretycznie też jest taka. Teoretycznie, bo praktycznie to robią to 4. Wydział finansowy, który dokonuje płatności, księgowość, która księguje te wszystkie płatności, wydział organizacyjny, który teoretycznie powinien rejestrować i opisywać faktury, a w rzeczywistości tylko rejestruje i wydział, który jakoś można powiązać z wydatkiem, który de facto opisuje faktury, przygotowuje zapotrzebowania, etc.
Ja mam fakturkę do rozliczenia. Oczywiście błędne dane i krótki termin płatności, a od firmy, która bardzo szybko lubi naliczać odsetki i najwyżej potem zwracać. I co teraz? Zapłacić tą i podmienić potem na poprawioną? Nie płacić i napisać o poprawki i przedłużenie terminu?
Idę do organizacyjnego: Załatw to z finansowym.
Idę do finansowego: Nie wiem, załatw to z organizacyjnym.
Co więc mam zrobić? Poszedłem do BOK firmy z papierami i pogadałem na miejscu. Wszystko ok, tylko musiałbym napisać im oficjalne pismo z pieczątkami i w ogóle, oni to prześlą do centrali… No ok, ale to zajmuje czas, muszę więc dowiedzieć się czy płacimy tak jak jest czy czekamy? Idę do finansowego, pomijam drobnicę wbijam do dyrektora.
-Jest taka sprawa.
-Nie mam teraz czasu, proszę jutro.
-Ale to dość ważne, mam fakturę z krótkim terminem i jest z nią problem.
-Powiedziałem już, że nie mam dziś czasu, proszę jutro.
Do jutra to ja przygotowałem pismo z nowymi danymi i prośbą o wyznaczenie nowego terminu, które zaniosłem do BOK żeby w miarę możliwości jak najszybciej przesłali. Następnego dnia idę do dyrektora.
-No jest ta sprawa.
-No, o co chodzi?
-Że jest ta faktura taka na złe dane i płacimy ją jak jest i podmieniamy, czy czekamy?
-Nie wiem, załatw to z organizacyjnym…
Nie wiem, czy tam wszyscy odpowiadają to samo na każde pytanie? Idę do organizacyjnego, ale po drodze łapię kogoś z księgowości i wyciągam niemal torturami, że w sumie to powinniśmy zapłacić, bo oni wolą zapłacić ze złymi danymi niż potem się pieprzyć z odsetkami.
Dobra. Jakiś konkret, ale na zapotrzebowaniu nie mam wszystkich podpisów. Stary zwyczaj jest taki, że je się po prostu zostawia w organizacyjnym. Wszyscy podpisujący o tym wiedzą, więc co przechodzą to zaglądają i przynajmniej nie trzeba za nimi ganiać. O ja naiwny postanowiłem tak to załatwić i ruszyłem dalej do organizacyjnego.
-I co z tą fakturą.
-Chyba ogarnięte, ale brakuje mi podpisów na zapotrzebowaniu, to ja je tu zostawię.
-Nie, nie, chodź tutaj.
Cóż, podszedłem. Kobieta wzięła ode mnie kartki, przewertowała do zapotrzebowania i pokazuje tłustym palcem na ich numer sprawy.
-Widzisz? Ja to zarejestrowałam i od tego czasu nie obchodzi mnie, co się z tym dzieje.
-Ale ja tylko chcę zostawić do podpisów…
-Nie. Weź to sobie i sobie załatw podpisy.
Żeby własnoręcznie zdobyć podpisy to zamiast położyć papiery na biurku trzeba iść na piętro -1 jednego skrzydła, 1 budynku głównego i 5 drugiego skrzydła. Oczywiście je załatwiłem, bo ktoś to zrobić musiał. Naszło mnie jednak pytanie. Co jakbym tego nie zrobił. W sensie kto dostałby za to zjeby? Organizacyjny, który ma to sprawę zarejestrowaną pod siebie? Finansowy, który odpowiada za puszczenie płatności? Księgowość, która zbiera i rozlicza papierki? Czy ja, który ma tyle z fakturą wspólnego, że ogólnie można powiązać przedmiot zakupu z moim wydziałem (ale nie ja kupuję)? Kusi mnie, żeby przeprowadzić drobny eksperyment...

czwartek, 11 stycznia 2018

Dzień dwieście sześćdziesiąty dziewiąty- Nowy Rok, nowy ja.

Też tak się oszukujecie? Ja siebie przestałem dawno temu, ale ciągle gdzieś w głębi serduszka liczyłem, że jednak zadziała to na Szefa. Nie zadziała. W ogóle rok wydaje się jak ogrom czasu, a gdy minie zastanawiacie się, gdzie się podział. To zdecydowanie za mało czasu, żeby z Szefa zrobić porządnego człowieka. Jakiś czas temu powstała organizacja postulująca budowę zegara, którego 1 godzina trwała by 10.000 lat. W skrócie chodzi o to, żeby uzmysłowić ludzkości, że musi myśleć w perspektywie całej historii, a nie życia jednostki. I może cała historia to byłaby odpowiednia ilość czasu, żeby z Szefa zrobić coś sensownego. Może.
Tymczasem znów byliśmy na naradzie z całym moim ulubionym składem tytanów intelektu. Ja wiedziałem, że będzie cyrk. Pan policjant, który naradzał się wyjątkowo z nami brał w czymś takim udział po raz pierwszy. Myślę też, że ostatni.
Zaczęło się całkiem normalnie. Nikt by nic nie podejrzewał ogółem, może poza głupotą mojego przełożonego, bo od niego akurat bije aż specyficzna aura. Ale cała reszta? No normalna, urzędowa narada. Kawa, herbata, ciastka, sala w urzędzie, jacyś bardziej formalnie ubrani ludzie… Do czasu. Bo jeśli myśleliście, że mój Szef to jedyny składnik problemu, to nie moglibyście być bardziej w błędzie. On jest najjaśniejszym składnikiem, ale są też inni. I to tylko im dziś poświęcę temat. Temat, który się zaczął od zagadania policjanta o wymianę informacji. W skrócie- my potrzebujemy pewnych informacji, które oni mają, ale nie mają obowiązku ich przekazywać. Co prawda mają chęć, ale nie żeby zrobić to za wszelką cenę, a porządnie. Ostatecznie więc niby będą przekazywali, ale nie wiadomo właściwie kiedy. I się zaczęło.

Aktor 1:
-Ale wy macie system do wysyłania SMSów z informacjami.
-Mamy, ale to wewnętrzny do wysyłania informacji często niepotwierdzonych. Takich informacji nie chcemy wypuszczać na zewnątrz. Ani zapychać systemu zbyt dużą ilością numerów.
-To ja się tam dopiszę.
-Mówię panu, że to wewnętrzny system. Nie może się pan dopisać…
-Ja rozmawiałem już z kolegą policjantem z mojej miejscowości i powiedziałem, żeby to załatwił.
-To ja chyba nie chcę wiedzieć, jak pan zamierza to zrobić…

Aktor 2:
-(Policjant)- Ale możecie poprosić przełożonych o służbowe smartfony, wtedy bez większych problemów można ściągnąć aplikację i część informacji będziecie dostawali szybko.
-Ja tam nie zamierzam mieć żadnego smartfona.
-Czemu?
-Bo w tradycyjnym to już jestem przyzwyczajony i mi się łatwiej pisze SMSy jak jadę.
-Nie wiem, czy mam udawać, że to żart?

Aktor 3:
-(Policjant)- Ja w sumie też do końca nie wiem, po co państwu te wszystkie informacje. No np. jeśli mamy informację o martwej sarnie na drodze. Czy dowiecie się o niej później, czy wcześniej, co za różnica?
-Lepiej wcześniej. Bo wtedy można np. przyjechać i ją przeciągnąć w las.
-Słucham?
-No przeciągnąć. Wiadomo, zwierz na pasie drogowym to zmartwienie administratora drogi, ale jak w lesie… Ogrom papierków i wydatków oszczędzony.

Pan policjant miał oczy jak 5 zł gdy wychodził ze spotkania po takich i innych kwiatkach. A do tego trzeba doliczyć jeszcze “inteligentne” wstawki mojego przełożonego. Koniec końców, nie wiem czy współpraca z komendą nie skończy się na sprawdzaniu, czy jeżdżenie i pisanie SMSów to był żart, czy na poważnie.

czwartek, 21 grudnia 2017

N14- do stajenki przybywajcie.

Na święta dostaliśmy prezent od amerykańskiego wojska w postaci dwóch filmów z F/A-18 należących do US Navy, na których widać ich pogoń za UFO. Czy to było faktycznie UFO? Oczywiście, że tak- UFO, czyli NOL, jak sama nazwa wskazuje to Niezidentyfikowany Obiekt Latający. Nie znaczy to od razu, że są nim przybysze z kosmosu, po prostu jest niezidentyfikowany.
Trochę jak Oumuamua. Nie wiecie o czym mowa? To najgorętszy temat astronomiczny ostatnich miesięcy, pierwszy kiedykolwiek zaobserwowany gość spoza Układu Słonecznego, który jakby nigdy nic przelatuje sobie przez nasze podwórko, na tyle blisko, że wszyscy rzucili się do badania tego nietypowego gościa. Nietypowego nie tylko przez to, że przyleciał do nas spoza naszego układu planetarnego, ale też z powodu swojego wyjątkowego wyglądu. Ok 400 m długości i 40 szerokości sprawia, że na grafice wizualizującej jego wygląd jawi się niczym statek kosmiczny. 


Tak właściwie to może nim być, bo jak na razie nikt nie wie o co chodzi. Takiego kształtu nie widzieliśmy jeszcze nigdy u naturalnych obiektów na naszym podwórku, więc pisząc, że do jego badania rzucili się wszyscy piszę także o SETI czy Breakthrough Listen z Stephenem Hawkingiem. Czy to statek obcych? Prawdopodobnie nie, co jest dość smutne. Niektórzy jeszcze trzymają się nadziei, że jeśli nie statek to może choć sonda wypuszczona przez lecący gdzieś dalej i znacznie szybciej statek. Idea niestety upadła- Breakthrough Listen skorzystał z teleskopów mogących wychwycić sygnał mocy telefonu komórkowego i oczywiście niczego nie wykryli. Choć ja i tak pozostanę na stanowisku, że to po prostu skamieniały przez eony uśpienia statek obcych (a jego wiek szacuje się na do 10 mld lat). Nawet jeśli bardziej prawdopodobne są teorię o tym, że Oumuamua jest odłamkiem powstałym w wyniku zniszczenia planety gdzieś daleko stąd (Alderaan?). Zresztą o tym obiekcie strasznie ciężko pisać, bo wersje i informacje zmieniają się dosłownie w trybie godzinowym. Teraz już mówi się o zewnętrznej otoczce organicznej (węglowej) skrywającej lodowe wnętrze i może jednak będzie bardziej kometą niż asteroidą… Podejrzanie dużo ostatnio informacji o kosmitach, nie sądzicie? Wszystkie jak dotychczas to fałszywe alarmy, ale tak jakby ktoś nas do czegoś przygotowywał? Halo NASA, chcecie nam coś powiedzieć?
Szkoda, tak jak pisałem, że to jednak raczej nie jest statek obcych. Szczególnie, że to chyba jedna z ostatnich nadziei na to, żeby nasza przyszłość była space operą, a nie cyberpunkiem. Bo i to co dzieje się dookoła bardziej pasuje do dystopii. Wiedzieliście, że w San Francisco jedna z instytucji zaczęła używać robotów (konkretnie Knightscope model K5) do… wyganiania bezdomnych z otaczających ją chodników? Żeby było śmieszniej ta instytucja to SPCA czyli Society for the Prevention of Cruelty to Animals, a więc organizacja zajmująca się ochroną zwierząt i ich praw... Na szczęście nawet w USA, stolicy pierwszych megakorporacji i zapewne pierwszym miejscu, które zmieni się w cyberpunkowy koszmar, nawet tam wzbudza to kontrowersję i już zapowiedziano, że organizacja może zostać ukarana grzywną 1000$/dziennie, a sama SPCA odpuściła i zrezygnowała z robotów przeganiających ludzi z chodników. Moglibyśmy się zapytać, gdzie w tym sens i logika żeby brać roboty do odganiania bezdomnych, skoro można by np. zatrudnić część bezdomnych jako strażników. No cóż, godzina wypożyczenia robota wraz z całą obsługą kosztuje niecałe 7$, najniższa stawka w USA to 7,25$/h…
Stany Zjednoczone mają jednak potężnego kontrkandydata do pełnoskalowego wprowadzenia obaw ludzkości wyrażanych w cyberpunku- Chiny. Tam z kolei rządzący wpadli na pomysł zrobienia rankingu obywateli, który byłby powszechnie dostępny i decydował właściwie o całości ich życia. O tym jakie dostaniecie warunki kredytu, jaką pracę, na jakich zasadach wydany zostanie paszport… Oceniani będą na bieżąco i każdy przez każdego. Myślę, że oczywistością będzie, że i partia rządząca będzie mogła ingerować w te wartości wg własnego uznania. Nam, Polakom, królom kombinatorstwa, nie trzeba tłumaczyć jak potężne pole do nadużyć to generuje i jak będzie można podziękować “somsiadowi”. Widzę w tym co prawda pewne pozytywy- poziom chamstwa w Polsce pomału zaczyna osiągać jakieś dziwne wyżyny, a dzięki temu można byłoby np. ustalić, że przy -10.000 pkt automatycznie wskakuje kara śmierci. I dawać -30.000 pkt za zjeżdżanie z ronda bez kierunkowskazu. Jednak nawet ta słodka wizja wymazania z ludzkości tych wszystkich podrzędnych jednostek nie zrównoważy ogromu niebezpiecznych minusów, jakie może i będzie to generować.

Dlatego na święta życzę Wam, żeby nigdy roboty nie przeganiały Was z chodników, a miejsce w rankingu obywateli byście mieli zawsze wysokie.