"Ludzie mówią, że powinienem być urzędnikiem. Piję dużo kawy i mam wszystko w dupie."
Zanim poszedłem do urzędu myślałem, i to całkiem poważnie, że to normalne miejsce pracy jak każde inne. Że rano pójdę do pracy i po 8 godzinach wrócę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Zmęczony, ale zadowolony- ze swojego dzieła, z wkładu w rozwój lokalnej społeczności no i z pensji. Moje wyobrażenie nie mogło być chyba bardziej mylne...
Oto zapiski z mojej pracy, spojrzenie “od wewnątrz” na pracę w jednym z polskich urzędów. Przy okazji zastrzegam sobie prawo do podkolorowania moich historii, ale o nie więcej niż 10%. ;)

czwartek, 14 czerwca 2018

Dzień dwieście osiemdziesiąty czwarty- ptaszek.

Wypełnialiśmy dziś ankiety, wszyscy, dla kontroli wewnętrznej. Ankiety trochę bezsensowne z jednej strony- anonimowe, więc co im niby da, że 69% odpowie, że ich przełożony nie przykłada się do nadzoru nad wykonywanymi przez wydział zadaniami. No poza tym, że wiedzą że jakaś część dyrektorów się nie przykłada. Z drugiej strony kontrola wewnętrzna żyje zbyt dobrze z szefostwem, więc szczera odpowiedź na pytanie o etykę pracy szefostwa urzędu mogłoby się zakończyć wezwaniem do odpowiedzi “co kurwa znaczy, że nie mam etyki?” Paradoks, że tym pytaniem w sumie sami by sobie odpowiedzieli na nie.
Więc może i dobrze, że jednak była anonimowa. Choć nie dla wszystkich, o czym za chwilę. Bo wpierw musimy się przyjrzeć, jak ankietę wypełnia Szef. A on robi to tak, jakby pisał sprawdzian. W sensie, że na każde pytanie jest dobra i zła odpowiedź. Np. pytanie czy obieg informacji wewnątrz urzędu przebiega sprawnie. I ja i Ty wiemy, że sam to oceniasz i podajesz swoje odczucie. Wg Szefa z kolei, jest konkretna odpowiedź, w którą musi się wstrzelić. Zgodnie z jakimiś odgórnymi wytycznymi. Na logikę, szefostwo chce, żeby wszystko było dobrze, więc odpowiedzią na pytanie jest- tak, obieg jest sprawny. Podczas gdy rzeczywistość jest dokładnie odwrotna. No chyba, że za sprawny obieg informacji uważacie, że dowiaduję się o rzeczach urzędowych w moim urzędzie z wiadomości w radiu.
Żeby tego było mało, swoje odpowiedzi z jakiegoś dziwnego powodu konsultuje ze mną. Nie do końca ogarniam dlaczego, choć podejrzewam, że wiąże się to z jego brakiem wiary w swoje własne zdolności intelektualne. Akurat w tym się z nim całkowicie zgadzam.
Mnie to nie dziwi, Was nie powinno również. Wszyscy wiemy, że Szef jest najgorszym możliwym lizodupem, który nie jest zdolny powiedzieć przełożonemu prawdy. Przede wszystkim dlatego, że się go boi. Czego jednak można się bać w anonimowej ankiecie? Dobre pytanie. Otóż właśnie dla niego ta ankieta anonimowa nie była. Bo się na niej podpisał. I przystawił swoją pieczątkę. Chyba tak, żeby nikt nie miał wątpliwości kto to wypełniał i oczywiście- wg niej wszystko w Urzędzie jest super i ekstra.
Mam nadzieję, że szefostwo jednak nie będzie z tego zadowolone, no ale moje marzenia są raczej budowane na bardzo daleko idącym myśleniu życzeniowym i ruchomych piaskach. Po prostu stwierdzą po raz kolejny, że Szef jest idiotą, co i tak stwierdzili już wszyscy wkoło i to wielokrotnie. Dlatego ja szczerze wypełniłem swoją ankietę. Szkoda, że z niej wyjdzie tyle samo co z ankiety Szefa. Nic.

czwartek, 31 maja 2018

Dzień dwieście osiemdziesiąty trzeci- szala la, szala la, mydełko fa.

Dzisiaj notka nie o Urzędzie choć urzędowa, więc mam trochę problem z numeracją… No nie ważne, przejdźmy do meritum. A meritum jest takie, że po pracy tutaj mam kilka spostrzeżeń, którymi mógłbym się podzielić ze wszystkimi, którzy może zaczną pracę w urzędzie, lub już pracują a jeszcze tego nie dostrzegli. I wyjątkowo nie będę pisał o porzuceniu marzeń o dobrych zarobkach czy przyjaznym miejscu pracy. Nie, dziś zajmę się bardziej przyziemnymi rzeczami.
Każde biuro, do którego traficie, będzie wyposażone w podstawowy zestaw utensyliów- łyżki, kubki, jakieś noże, szklanki… Nie korzystajcie z nich. Serio, nie róbcie tego. Poziom ich czystości jest daleki od idealnego. Co jest też powodem, że każdy ma swój kubek, a często i sztućce i Wy też powinniście mieć. Swoje własne, nikomu nie wydawane, nie pożyczane. Ja mam po prostu zwykły kubek i niezbędnik Spork od Light My Fire. Oba trzymam w swoim biurku, sam je używam, sam je myję.
To bardzo ważne- sam je myję. Nikt inny. W niektórych z naszych biur (mimo wyraźnego zakazu z góry) urzędnicy wykorzystują do zmywania naczyń sprzątaczki. Ja już widziałem sprzątaczkę wpierw czyszczącą kibel, a potem w tych samych rękawiczkach zmywającą kubki. Zawsze myjcie sami.
Problem zaczyna się, gdy idziecie gdzieś indziej na kawkę. W innym biurze na 99% dostaniecie kubek dla gości, a jakich gości mamy w Urzędzie zaraz przeczytacie. I tutaj zaczyna się ekwilibrystyka- albo nie będziecie pili, albo będziecie odwiedzać tylko te biura, w których wiecie, że to wszystko jest myte (u nas niektórzy mają ten luksus, że posiadają zmywarki…), albo zaopatrzycie się w kubek termiczny zamiast zwykłego i z nim i własną kawą pójdziecie do innych.
Powód tak mocnego pilnowania swoich rzeczy jest bardzo prosty. Nie wyobrażacie sobie (no może wyobrażacie) jacy ludzie codziennie przychodzą do urzędów. Dlatego też nie radzę siadać gdy czekacie w kolejce na korytarzu i widzicie, że są krzesła/ławki pokryte jakąkolwiek tkaniną, gąbką, czymkolwiek co nie jest gołym plastikiem/metalem. Wierzcie lub nie, ale widziałem już wystarczającą ilość meneli drzemiących sobie na nich i w tym samym czasie tracących kontrolę nad pęcherzem.
Albo długo nie zapomnę babci wchodzącej do Urzędu przede mną. A przynajmniej jej ropiejącej i oczywiście nie opatrzonej w jakikolwiek sposób rany na dłoni. Dlatego jeśli tylko możecie nie używajcie klamek w urzędach. Drzwi są uchylone? Otwierajcie je nie trzymając za klamkę. Dziennie setki, czy tysiące osób za nie chwytają, a wymienionych wcześniej meneli czy babć jest aż nadto. A ponieważ nie zawsze da się użyć drzwi nie korzystając z klamki, to kolejną rzeczą niezbędną na stanowisku pracy jest żel antybakteryjny. Po każdej eskapadzie po biurach przynajmniej porządnie umyjcie ręce.
Kolejną bombą biologiczną są kible. U nas długi czas wszystkie były ogólnodostępne. Ja miałem ten komfort, że zawsze pracowałem w biurach ulokowanych mocno poza głównym nurtem, a dodatkowo kible do nich przypisane nie były opisane. W pozostałych… armagedon. Co tam się nie działo? Chyba wszystko, łącznie z robieniem sobie przez okolicznych alkoholików przyjemnej meliny, szczególnie zimą. Papier, ręczniki, mydło- to ginęło całymi tonami. Ja rozumiem wiele, ale kraść papier toaletowy? W końcu wszystkie zostały zamknięte na odwiedzających poza jednym, strefa mroku tym samym została ograniczona do jednego pomieszczenia. Fun fact- jeśli chcecie z tego przybytku skorzystać, musicie wziąć klucz w biurze podawczym. Wziąć osobiście, nikt z urzędników w życiu go nie dotknie żeby Wam podać. Jak już będziecie ostro srali ogniem, żeby jednak podali, to zrobią to całą tacką całkowicie unikając kontaktu z tym kluczem jakby był rozgrzany do czerwoności.
Ergo- wydaje mi się, że niewiele jest brudniejszych miejsc od urzędów. Pamiętajcie o tym. Ja po tych wszystkich widokach myję lub wycieram ręce żelem średnio 20 razy dziennie. Niby częste mycie skraca życie, ale serio. Ta babcia z ropiejącą dłonią przelała moją czarę goryczy.

czwartek, 24 maja 2018

Dzień dwieście osiemdziesiąty drugi- bzzt.

Jeśli myślicie, że temat maili się skończył, to jesteście w błędzie. Szef wreszcie postanowił się zalogować do swojej skrzynki. Choć oczywiście nie mogło się obyć bez problemów. Więc po ogłoszeniu wszem i wobec, że zamierza uczynić tą jakże istotną czynność usiadł przy swoim biurku i zaczął stukać. Teoretycznie nie powinno być to problematyczne- ma kartkę z wydrukowanym adresem i hasłem- wystarczy przepisać. To jednak z jakichś powodów okazuje się być trudniejsze niż być powinno, o czym dobitnie świadczy marudzenie Szefa pod nosem. Zawsze tak robi licząc, że ktoś się zainteresuje co źle idzie i go zapyta. Ja wtedy celowo go ignoruję. Dobrego dnia to i z pół godziny się uda przetrzymać, a dziś był dobry dzień. Wreszcie więc nie wytrzymał i zawołał mnie do siebie, bo nie może się zalogować na urzędową pocztę.
Ja jestem takim typem człowieka, że jeszcze zanim zwlekę tyłek z krzesła mam opracowany cały plan co z tym fantem zrobić, co i dlaczego mogło pójść nie tak i jak to naprawić. I tak, ze wszystkim tak robię, nie inaczej więc mogło być w tym momencie. Co więc idzie źle? Albo źle wpisuje swój login, albo co bardziej prawdopodobne losowo wygenerowane hasło złożone z liter wielkich i małych oraz cyfr. Mógł przypadkowo zmienić układ klawiatury. No więcej możliwości w tej chwili nie widzę, może Wy coś jeszcze sobie wymyślicie czytając to.
Czegokolwiek jednak bym nie wykombinował, czy wykombinowalibyście Wy, jestem niemal pewien, że nie odgadliście faktycznej natury problemu. Natury, która uderzyła mnie od samego przekroczenia progu biura Szefa, wystarczyło jedno spojrzenie na monitor. Od razu przestałem się dziwić problemom z logowaniem. Czego innego by się spodziewać, jeśli Szef próbuje się zalogować na urzędowy mail przez Onet?
Tak, dobrze czytacie. Na urzędowy mail, do naszej domeny, próbuje się zalogować przez logowanie do poczty Onetu… To jest tak abstrakcyjne, że mam ochotę powtórzyć to raz jeszcze, ale myślę że zrozumieliście najdalej za drugim razem. Wszystko mógłbym wymyślić, ale widać są pewne poziomy głupoty które są dla mnie niewyobrażalne.
Skąd się bierze ułomność technologiczna Szefa? Na pewno z jego głupoty. Jest młodszy od moich rodziców, a moja matka śmiga po Fejsie i Instagramie, z kolei ojca biurko przypomina stanowisko kierowania Gwiezdnej Floty bo zza monitorów już właściwie tego biurka nie widać. Tymczasem na szkoleniu z używania defibrylatora AED Szef wdał się w długą kłótnię z prowadzącym, jakie to nie jest bezsensowne bo przecież tylko ludzie tracą czas, a i tak nie umieją obsłużyć. Jeśli nie mieliście nigdy do czynienia z takim urządzeniem to dam Wam właściwie kompletną instrukcję obsługi- otwieracie skrzynkę, wyciągacie defibrylator, bierzecie elektrody (w tym momencie defibrylator zaczyna mówić co macie robić), przyklejacie jedną do klatki, drugą po przeciwnej stronie ciała na boku, jeśli reanimujecie niedźwiedzia to wcześniej golicie miejsce przyklejenia dołączoną do zestawu golarką. Od tego momentu defibrylator robi wszystko sam i gdy jest potrzeba strzelić delikwenta, to Wam mówi, żebyście wcisnęli wielki, żółty, mrugający przycisk. Tyle. Szef nie umie.

czwartek, 10 maja 2018

Dzień dwieście osiemdziesiąty pierwszy- I bless the rains down in Africa.

Jeden telefon. Ok. Dwa telefony. Ok. Trzy telefony. Jakoś daję radę. Czwarty. Bierze mnie kurwica.
Nie wiem, z pewną regularnością rozmyślam, kto i kiedy wymyślił adres naszego Urzędowego, czy raczej wydziałowego, maila. Musiał to być jakiś kompletny idiota, co akurat mnie nie dziwi. Bardziej dziwi mnie, czemu jeszcze się tym nie zająłem, żeby go zmienić. Pewnie dlatego, że jesteśmy tak zacofani, że maila prawie się u nas nie używa. Ale gdy już trzeba i za każdym razem powtarzać go ponownie zaczyna być to niesamowicie wkurzające.
Brzmi on mniej więcej tak wsdfkrrd-małpa-dalejwszystkonormalnie.pl Co sprytniejsi pewnie już się domyślili, że skoro zaczyna się od W to jest to po prostu skrót od przydługawej nazwy mojego wydziału. Może teoretycznie ma to jakiś sens, ale w codziennej praktyce każda rozmowa wygląda tak:
-Może poda mi pan maila?
-Może nie?
-No niech pan poda.
-wsdfkrrd.
-Słucham?
-wsdfkrrd.
-E…
-W-S-D-F-K-R-R-D
-Co?
-Wojtek-Sylwia-Dorota-Franek-Kasia-Roman-Roman-Dorota.
-...
Więc po piątym telefonie po prostu wstałem i poszedłem do informatyków.
-Musimy mieć nowego maila, z tym nie da się pracować.
-Czemu?
-wsdfkrrd.
-No, i?
-WSDFKRRD kurwa mać, sam sobie to dyktuj każdemu dzwoniącemu parówo!
-Nie widzę problemu, ale ok. Tylko nie ja się tym zajmuję.
No tak, ale pokłapać gębą to zawsze jest komu. Kolejne pół dnia chodziłem za kolesiem, który się tym zajmuje. A gdy go wreszcie dorwałem dowiedziałem się, że już odchodzimy od polityki, w której są maile wydziałowe. Teraz każdy ma własny. O jak dobrze, o jak miło. Od razu poproszę dla wszystkich. No to lecimy z koksem.
-Jaki chcesz mieć adres?
-No nie wiem, a jaka jest polityka ich nadawania?
-Nie ma żadnej.
Faktycznie. Patrzę na listę maili ludzi z mojego Urzędu i widzę adresy we wszelkich możliwych konfiguracjach. ImięN, INazwisko, ImięNaziwsko, ImięNazwiskoWydział. Burdel totalny.
-Wiesz co? Po prostu INazwisko. A stary zostaw i zrób przekierowanie na mój.
Stary niestety musi zostać, jest w zbyt dużej ilości planów, żeby chciało mi się każdy teraz aktualizować. Grunt, że mam już cywilizowany adres i to swój, więc wszystko jest tip-top.
No prawie wszystko, został w końcu jeszcze Szef.
-Ale stary zostaje?
-Tak Szefie, zostaje. Ale mamy teraz każdy swój.
-No to dobrze, że pomyśleli żeby przesyłać sobie wewnątrz Urzędu.
-...co? Do wewnątrz mamy NAS (którego nota bene od roku nie nauczył się używać), to jest do kontaktu głównie na zewnątrz.
-Nie, nie. To nie jest wystarczająco poważne. Musi wychodzić z wsdfkrrd, żeby się nie śmiali.
-Co do… Albo nie ważne. Ja od dziś używam mojego…
-Ale…
-Nie obchodzi mnie to. Używam swojego.

czwartek, 26 kwietnia 2018

Dzień dwieście osiemdziesiąty- Niemiec płakał jak sprzedawał.

Dziś znów będzie o naszym mieście partnerskim. Bo widzicie, jeśli oni odwiedzili nas, to i my musimy odwiedzić ich. Wspólnie trzaskamy różne projekty międzynarodowe, jednym z nich jest wymiana kadr. Nasi jadą do nich, oni do nas i tak siedzimy sobie parę dni czy tygodni i uczymy się nawzajem jak co działa.
Z tej wymiany doświadczeń ja wiem jedno. Jesteśmy 100 lat za murzynami. I tu wbrew pozorom nie chodzi o różnice finansowe (choć również) co o jakość społeczeństwa. Weźmy taki wolontariat. Nasze miasto partnerskie nie ma ani jednego kierowcy autobusu miejskiego. Po prostu mają tylu chętnych do jeżdżenia za frajer, że każdy z nich po prostu siada za kółko na 4h raz na miesiąc-dwa. Ludzie udzielają innym korepetycji za darmo w ramach wolontariatu, etc., etc.
A u nas? Cóż. Pan Niemiec pyta w jakich godzinach pracujemy? Bo oni to są rozliczani tygodniowo i w sumie przychodzą jak chcą, byleby co tydzień te 39 godzin odbębnić. No to informujemy go, że u nas to się pracuje od 7 do 15. No ale jak to panowie Polacy, przecież to tak niezbyt przyjazne dla interesanta, czy macie po prostu też jak my obsługę klienta otwartą w soboty? Nie, nie, nasz drogi Hansie, my po prostu klientów mamy w dupie.
Można byłoby wiele rzeczy dobrych mówić o organizacji pracy i jakości życia za Odrą, co najboleśniejsze rzeczy, których mieć nie będziemy nie dlatego, że nas nie stać, a dlatego że do nich nie dorośliśmy. Dlatego pominiemy temat smutnym milczeniem i przejdziemy do meritum. W odwiedziny do naszych zachodnich przyjaciół pojechał m.in. jeden dość specyficzny człowiek. Trochę kosmita, dlatego ochrzcijmy go Pszemek.
Pszemek jest trochę oderwany od rzeczywistości, ale inteligentny. I całkiem miły, dobrze się z nim spędza czas. Jednak Szef go nie lubi, czytaj jest zazdrosny o to, że wszyscy bardziej szanują młodego Pszemka niż jego. Tzn każdego bardziej szanują niż mojego przełożonego, ale w tym wypadku obraza jest tym większa, że zna go od momentu, kiedy Pszemek był dzieckiem. Toteż starym swoim zwyczajem stara się, oczywiście za plecami tak żeby zainteresowany się nie dowiedział, jak najbardziej podkopywać jego autorytet i opowiada wszystkim, jaki to Pszemo jest niezaradny. Tak niezaradny, że jak do jego matki zapomnieli przyjechać śmieciarze, to dzwoniła do Szefa, a nie do syna. Pomija przy tym milczeniem, że gdy to robiła syn był 900 km dalej w odwiedzinach u niemieckich kolegów.
I tak opowiada wszystkim o tej niezaradności zawodowej i życiowej Pszemka i tym jak w sumie to szefostwo nim gardzi, aż jeden z wolnych słuchaczy wypalił:
-Ale wiesz, że Pszemo wrócił wczoraj z dwoma samochodami dla Urzędu od naszych niemieckich przyjaciół?
Szefa aż zatkało.
-Ale… Ale jak to?
-No normalnie. Oprowadzali go po włościach i pokazali samochody jakie mają, i że u nich przepisy takie, że te po 4 latach muszą wymienić. To Pszemek spytał, a co z nimi zrobią, a oni że nie wiedzą jeszcze. To wyczuł okazję i powiedział, że w takim razie my od nich je możemy odkupić. I puścili je nam za śmieszne pieniądze (poważnie śmieszne- przypisek mój).
Tak to ubodło dumę Szefa, że aż bez słowa poszedł do swojego gabinetu. A kilka godzin później nawiedził nas Pszemek.
-Słyszałem, że sprowadziłeś jakieś gruchoty? -zagaił Szef.
-No, no. Wziąłem dwa wozy, prawie nówki sztuki. Przydadzą się, czy do pomocy społecznej, czy dla zieleni, a prawie za darmo (dosłownie prawie za darmo- znów mój przypis).
-I długo musiałeś namawiać Szefa wszystkich Szefów?
-W ogóle. Po prostu je kupiłem, a Szefowi wszystkich Szefów powiedziałem jak wróciłem.
-Co?!
-No. Prawie skakał z radości, taka okazja to się często nie trafia.
Własna inicjatywa, sukces, pochwały od przełożonych. Tego Szef nie mógł już znieść. Burcząc coś pod nosem wyszedł z biura trzaskając drzwiami. Już otwierałem usta, żeby coś powiedzieć, że to normalne, że z niego taki prostak codziennie, ale Pszemek mnie ubiegł.
-Nie wiem czy to dobrze, ale powiedziałem Sekretarzowi, że Szef jakiś pojebany jest. Mówi, że go naprostuje.
Trochę ciężko mi było szczękę zebrać z podłogi żeby coś odpowiedzieć i korzystając z okazji wciął się współpracownik Pszemka.
-Dokładnie tak powiedział. W sensie powiedział “Szef jest jakiś pojebany”.

Czyżby ten bat kręcił się coraz lepiej? Na dniach podpowiem o tym mojemu wcześniejszemu wspólnikowi w kopnięciu Szefa, może wszystko nareszcie nabiera odpowiedniego przyspieszenia.

czwartek, 19 kwietnia 2018

Dzień dwieście siedemdziesiąty dziewiąty- blitzkrieg.

Kółko Różańcowe. Całkiem dawno o nim nie było, a osiągają nowe poziomy działalności. Dwa lata temu, gdy męczyli mnie żebym wstąpił w ich szeregi powiedziałem, że tak zrobię gdy osiągną odpowiedni poziom. Dziś są blisko, a ja danego słowa nie łamię. I to mnie trochę martwi, ale zanim nastąpi minie jeszcze przynajmniej rok, lub dwa. Aż żałuję, że nie mogę Wam powiedzieć szczegółów, sami bylibyście pod wrażeniem.
Do tego czasu jednak czeka ich jeszcze jeden ważny krok. Bardzo duży zakup. Tak duży, że sumując wszystko, co przez ostatnie lata dostali dofinansowane od Urzędu, to nie starczyłoby nawet na 1/7 zakupu. My dołożymy im połowę. Już mają to obiecane przez Szefa wszystkich Szefów, muszą “tylko” znaleźć resztę. Chodzą za nią już prawie rok i prawie udało im się to zebrać. Są już tak blisko, że nie odpuszczą, ale ciągle trochę brakuje.
I tu na scenę wkracza… jak nazywa się Kółko Różańcowe po niemiecku? Nie wiem. Mein deutsch ist nicht so gut. W każdym bądź razie okazało się, że w Niemczech też są kółka różańcowe, także w naszym mieście partnerskim, o którym niedawno Wam pisałem, a z którym łączy nas wyjątkowa miłość. Przyjaciele Niemcy przyjęli za punkt honoru pomóc naszym i muszę przyznać spisują się nieźle. Także teraz słysząc o potrzebach finansowych postanowili przyjechać i wspomóc kolegów. Wpierw przeprowadzili oczywiście zbiórkę u siebie, następnie zapakowali pieniążki w kopertę i z najbliższą oficjalną wizytą pojawili się u nas.
I tu zaczął się problem. Skoro to wszystko jest już tak ładne i oficjalne, to Urząd też musiałby się tam pojawić. Pytanie kto? Ja? Nie. Mimo, że się tym zajmuję to stwierdzono, że powinno to być na wyższym poziomie. Więc Szef. Pech chciał, że ten umówił spotkanie na ten sam dzień i tą samą godzinę z prezesami i dyrektorami jednostek podległych. Więc powiedział, że nie przyjdzie. Szef wszystkich Szefów niezadowolony, prezes Kółka Różańcowego wydzwania do mnie co teraz, bo bardzo by chciał, żeby to wyglądało poważnie, a tu taki klops. A co śmieszniejsze, oba spotkania obsługuje dokładnie ta sama osoba. Wiedziała o obu, gdzie będą, kiedy i kto jest zaproszony, a mimo to ogranizowała je jakby nigdy nic. Ja wiem, że wymaganie od ludzi łączenia dwóch faktów ze sobą to trochę ponad siły większości, no ale jednak…
Teoretycznie Szef nie musiałby być na spotkaniu z prezesami. Tam bym wystarczył ja. Nawet byłbym szczęśliwszy, bo lepiej by się to miało szanse potoczyć. Nawet pomimo to, że jedyne co miał zrobić Szef to powitać i pożegnać zebranych. Starałem się go przekonać, że delegacja z Niemiec to jednak ważniejszy temat, no ale nie słuchał. Spotkanie trwało sobie jak trwało, na szczęście szybko się skończyło i Szef czym prędzej pojechał na drugi koniec miasta na kolejne. Czy zdąży? Nie wiem.
Dowiedziałem się parę godzin później, gdy zadzwonił prezes Kółka Różańcowego.
-No cześć Młody.
-Cześć.
-Szef zdążył.
-No proszę.
-Ale następnym razem musimy zrobić wszystko, żeby nie zdążył.
-Czemu?
-On jest kuźwa nieprzewidywalny. Co on wygadywał, to ja nawet nie… Słuchaj, on im ciśnie, jak my tu wszyscy bezprawnie działamy…
-Ale nie działamy bezprawnie…
-No ja wiem, ale Szef? On ma kuźwa jakąś alternatywną rzeczywistość, w której wszystko co nie zgadza się z jego poglądem jest bezprawne. Ja już tłumaczowi szepnąłem, żeby tego nie tłumaczył, ale coś tam mówić musiał, nie wiem co…
-Mam nadzieję, że nie było zbytniego przypału.
-Nie było? Po jego wyjściu nawet dzieciaki z naszego Kółka się z niego śmiały! Ja mam teraz problem jak zrobić, żeby im wytłumaczyć, że nie mogą się z niego śmiać, bo to dyrektor wydziału…
-Oj tam nie mogą…
-Przynajmniej nie otwarcie. Przy tym wariacie to nigdy nie wiadomo co mu do łba kiedy strzeli… Ale jakby co, następnym razem przedłużaj spotkanie żeby nie zdążył.

czwartek, 12 kwietnia 2018

Dzień dwieście siedemdziesiąty ósmy- garota.

Pętla wokół Szefa się zaciska. Pomalutku. Niestety nie ma na celu udusić go, a troszeczkę żałuję, tylko siłowe wciągnięcie go na właściwie tory. Otóż jakiś czas temu doszło do zmian personalnych na różnych szczeblach różnych instytucji mających większy lub mniejszy wpływ na moją pracę. O tym zresztą już pisałem kiedyś. M.in. zmienił się człowiek na stanowisku, na które chciałem kandydować, ale nie mogłem… O tym chyba też pisałem.
Mimo, że kandydować nie mogłem, to zmiana jest pozytywna. Powiedzmy sobie wprost- zmiana z człowieka nie potrafiącego używać komputera, na kogoś kto m.in. pracował jako informatyk jest już wystarczająco pozytywna, nawet jakby to był jego jedyny plus, a nie jest. Szef miał nadzieję, że jako najstarszy stażem (najlepszy przykład na to, że wiek nie idzie w parze z wiedzą) zmusi go do słuchania go i będzie nim sterował samemu nie ponosząc zbytniej odpowiedzialności.
Po pierwszym spotkaniu ku mojemu głębokiemu smutkowi wyglądało, jakby miało mu się udać. Tylko wyglądało. Facet po prostu nie do końca wiedział co i z czym, a przede wszystkim kto jest kim. Każde kolejne spotkanie było już dalece nie po myśli Szefa, co zaczęło strasznie wyprowadzać go z równowagi. Do tego stopnia, że zbudował sobie małą koalicję ludzi, którzy go popierają. Małą, bo razem jest ich trzech, z trzech różnych urzędów. Tres amigos, którzy wartość mają mniej więcej na poziomie Szefa, czyli bliską zeru. Jeden z nich w ogóle się nie liczy, bo pracuje na jakąś 1/20 etatu, czy coś w tym stylu, stąd robi wszystko co Szef mu powie, bo wydaje mu się, że ten się zna. Więc nim się nikt kompletnie nie przejmuje i nie przykłada do niego jakiejkolwiek wagi, zatem de facto jest ich dwóch.
Ta dwójka co dostanie jakieś pismo, telefon, cokolwiek, dzwoni wzajemnie do siebie głównie po to, żeby trochę popierdolić głupot. Głupoty są ekstremalne i dotyczą czepiania się każdego szczegółu jaki może być. Tabela do wypełnienia bez opisu jak ją wypełnić? Telefon do siebie i piszą do kolesia, że ma im wysłać poprawioną wersję, bo inaczej nie wiedzą jak to wypełnić. I to nie ma znaczenia, że rok temu była dokładnie taka sama z opisem…
-...i możemy wypełnić wg zeszłorocznej albo zobaczyć zeszłoroczny opis.
-Nie, nie, nie Młody. Musi nam przysłać bo jak będziemy inaczej umieli to wypełnić?
Nie przysłał. Więc oboje wpierw za telefon i wykręcanie numeru do siebie nawzajem, a potem do niego, że skoro nie chce im przysłać, to nie ma się co dziwić, jak dostanie to późno. No bo przecież muszą wymyślić jak to zrobić. I właśnie na to koleś czekał. A czekał cierpliwie, żeby przeleciał termin i gdy tylko to się stało to chwycił za telefon i wykręcił numer do przełożonego poplecznika mojego Szefa. Tamten to też niezle ziółko, jeszcze gorsze w mojej opinii od Szefa (tak, jest to możliwe)- i nie dość, że jest idiotą, to jeszcze nie ma kompletnie nic w papierach porobione. Dodatkowo jest świeżo po kontroli NIK-u, która mu to wszystko wytknęła, więc telefon z informacją, że znów nie robi papierków zadziałał jak powinien. Szybki strzał w mordę naprostował go na właściwą drogę, dziecinne “spiski” z Szefem skończyły się jak ręką uciął.
Szef oczywiście strasznie to przeżywa, jego irytacja ciągle rośnie, ciągle się nakręca i ciągle spiskuje. On jednak ma ten plus, że w przeciwieństwie do byłego współspiskowca nie pracuje sam, a ma 2 dodatkowe osoby w wydziale. No i tu problem, bo nawet jak Szef będzie szedł na spierdolenie czegoś, to niestety sporo tego ja też mam w zakresie obowiązków i wykręcenie się “bo ja nie jestem dyrektorem” nic mi nie da. Tak więc mój przełożony dalej pisze i dzwoni do kolesia z wszystkimi pierdołami tylko po to żeby utrudnić mu życie, a ten dziś już nie wytrzymał i dzwoni do mnie.
-Powiedz mi Młody, bo ja tylko z tobą mogę pogadać tam jak z człowiekiem, czy Szef jest pojebany?
-Tak, jest.
Dłuższa cisza w słuchawce zdradziła mi, że nie spodziewał się takiej odpowiedzi.
-To wiesz co. Wpadnij do mnie dziś, tylko nie mów mu po co idziesz bo znów będzie mi truł.
Perspektywą kawy to ja rzadko gardzę, a wyjściem z Urzędu to już właściwie nigdy, więc ruszyłem. Na miejscu pogadaliśmy sobie spokojnie, poopowiadałem mu co i jak wygląda, wytłumaczyłem mu dwie miny na które Szef stara go się wciągnąć i zapadła decyzja, że w tym wypadku też będzie musiał zostać użyty telefon.
-Tylko, że wiesz, że ja i tak muszę wszystkiego pilnować, a jak nie będę pilnował to też dostanę po jajcach, c’nie?
-Yhm… A powiedz mi, kiedy idziesz na urlop?

Stuknięcie kubków z kawą i uśmiech zakończył to owocne spotkanie. Teraz tylko trzymam kciuki za powodzenie.