"Ludzie mówią, że powinienem być urzędnikiem. Piję dużo kawy i mam wszystko w dupie."
Zanim poszedłem do urzędu myślałem, i to całkiem poważnie, że to normalne miejsce pracy jak każde inne. Że rano pójdę do pracy i po 8 godzinach wrócę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Zmęczony, ale zadowolony- ze swojego dzieła, z wkładu w rozwój lokalnej społeczności no i z pensji. Moje wyobrażenie nie mogło być chyba bardziej mylne...
Oto zapiski z mojej pracy, spojrzenie “od wewnątrz” na pracę w jednym z polskich urzędów. Przy okazji zastrzegam sobie prawo do podkolorowania moich historii, ale o nie więcej niż 10%. ;)

czwartek, 16 listopada 2017

Dzień dwieście sześćdziesiąty piąty- jak cię widzą, tak cię piszą.

Szef żyje w błogiej nieświadomości otaczającego go świata. Głównie dlatego, że jest zbyt tępy żeby zrozumieć przyczyny i skutki. Ale nie tylko. Widzicie, ja jestem jak sejf- żeby wydobyć ze mnie informacje trzeba użyć palnika. Szef z kolei jak pudło rezonansowe, najdrobniejszy szept wzmocni i puści w eter. I ludzie o tym wiedzą, a to ma swoje konsekwencje.
Ostatnio mieliśmy duże spotkanie z naszym Kółkiem Różańcowym, trzeba było wyjaśnić parę nieścisłości między Urzędem, a nimi. Coraz bardziej się do nich przekonuję, od kiedy zarząd zmienił się z 70-latków na 30-latków. A i oni regularnie mnie męczą, żebym do nich wstąpił, ale nie wiem czy bym wtedy brody nie musiał golić. A tą mam całkiem obfitą. Kiedyś, gdy nie miałem gdzie odłożyć długopisu wsadziłem sobie go w brodę, po czym kwadrans go szukałem.
Ale wracając- spotkanie. Przebiegło całkiem owocnie, gdyby nie Szef oczywiście. Wszyscy się ze sobą zgadzali, poza Szefem, i dochodzili do konstruktywnych wniosków, poza Szefem. Kółko Różańcowe wyszło zadowolone, bo otworzyła się przed nimi nowa droga finansowania. Urząd wyszedł zadowolony, bo otworzyły się przed nim nowe możliwości pozyskania darmowej siły roboczej. Szef wyszedł niezadowolony, bo wszyscy jednomyślnie odrzucili jego debilne pomysły.
To spotkanie zachęciło Kółko do jeszcze intensywniejszego działania. Don’t tell me sky is the limit, when there are footprints on the moon. Zamknęli się więc w gabinetach na parę tygodni i gdy z nich wyszli zorganizowali spotkanie ze mną i Szefem wszystkich Szefów. Oczywiście przed samą rozmową dali mi wszystkie swoje materiały, ładnie opracowane w postaci zbindowanej książeczki.
-Zobacz co myślisz bo nie wiemy, czy to nie za daleko?
Zobaczyłem. Wyciągnąłem kalkulator, bo tak dużych liczb nie lubię liczyć w pamięci. Gdy przekroczyłem sześć zer już wiedziałem co na ten temat myślę.
-O jasny chu…
Nie dokończyłem, bo drzwi do gabinetu się otworzyły i zaproszono nas do środka. Choć tyle wystarczyło, żeby i oni zrozumieli, że trochę z motyką na słońce startują. Koko, koko, wykresy spoko, ale budżet nie jest z gumy.
-No, to co was tu sprowadza?
-Panie Szefie wszystkich Szefów, tu mamy taki projekt, jakby mógł pan na niego spojrzeć, co pan o nim myśli. Ale to tak spokojnie, bo to dużo się wydaje i jest. Ale to plan na lata, może i dziesięć.
-Yhm, yhm, yhm. -zamyślił się, przejrzał, po czym chwycił połowę kartek.- Na to daję wam 50%, resztę wpisuję do programu wyborczego i po wyborach.
Chwilę nam zajęło dojście czyja szczęka gdzie leży pod stołem. Szybko zerknąłem na kalkulator i jakbym tych całek nie liczył wychodzi kilkaset tysięcy nowych polskich złotych.
-Wiecie już, skąd weźmiecie pozostałe 50%?
-Noooooo… Tak myśleliśmy i sondujemy pana Dariusza z Dużego Urzędu… Podobno może się zgodzi dołożyć?
-Darek? Czekajcie -wyciąga telefon i wybiera numer.- No cześć Daro, są u mnie ludzie z Kółka Różańcowego, słyszałeś co chcą? No. No. No to dej, bo majom chorom curke. No, dzięki, czółko.
Nawet już mi się nie chciało schylać po szczękę.
-Młody, weź z kolegami napiszcie do Darka pismo, że ja tą kasę daję, on też da. W przyszłym roku to macie, a do reszty może też się dołoży. Ale to po wyborach. A, tylko nic Szefowi nie mów na razie, nie chcemy żeby ktoś nas ubiegł w złożeniu wniosku, nie?
Wyszliśmy, pogratulowaliśmy sobie i chwilę jeszcze pogadaliśmy.
-Nie spodziewałem się, że aż tak dobrze wam pójdzie.
-My też nie.
-A może bym wziął sobie jeden egzemplarz planu, to może Szefowi bym pokazał, żeby nie srał ogniem, że siedziałem godzinę i nic nie ma.
-Wiesz co… Może nie. Przyślemy ci to na maila prywatnego jak potrzebujesz do pisania, ale Szefowi na razie nic nie mów… Nie chcemy, żeby inni podpatrzyli i nas uprzedzili…
-Ok, ok. Kumam.
Ruszyłem więc pisać pismo. W połowie schodów zaczął mi telefon wibrować.
-Halo?
-Darek z tej strony.
-Ten Darek?
-Ten. Słuchaj, rozmawialiśmy jeszcze raz z Szefem wszystkich Szefów, żebyś to tam sensownie opisał. Macie potrzeby i faktycznie warto byłoby doinwestować. Wola jest, chęci są, tylko ładny wniosek musi być, kumasz?
-Kumam.
-I nie mów nic Szefowi. To robimy na razie bez hałasu.
To teraz tym bardziej będę musiał się sprężyć i dobrze go napisać. Mimo, że o Kółku to ja tak między Bogiem, a prawdą za dużo nie wiem… Szczęśliwie chłopaki stwierdzili, że machniemy to wspólnie, bo im zależy i to bez wątpienia bardziej niż mi.
Tymczasem w biurze Szef już od progu:
-I co?
-Nic. Pogadaliśmy z szefostwem, takie ogólniki, może coś z tego się wykluje.
-Ta, wykluje. Gówno. Nic nie robią, tylko przeszkadzają. Wszyscy to wiedzą (bo łazi i rozsiewa ferment), nikt ich poważnie nie traktuje. Musimy się tego pozbyć z Wydziału bo tylko się ośmieszamy.

Szef produkował się dalej, podczas gdy ja klepałem wniosek na setki tysięcy, który ma wyjść z mojego Wydziału bez wiedzy Szefa. Do tego stopnia bez wiedzy, że podpisze go bezpośrednio Szef wszystkich Szefów, a Szef dowie się po wszystkim.

czwartek, 9 listopada 2017

Dzień dwieście sześćdziesiąty czwarty- Netflix.

Oglądaliście House of Cards? Jeśli tak, nie spojlerujcie mi- jestem w trakcie. Długo się wzbraniałem przed Netflixem, z wielu powodów. Gdy wreszcie założyłem konto zacząłem szukać rzeczy, które chciałbym obejrzeć. 0 wyników. Więc postanowiłem obejrzeć choć House of Cards, żeby darmowy miesiąc się nie zmarnował. Nie powiem, że mnie wciągnęło, ale po 2 dniach kończę 3 sezon. Tak więc tak…
Ale dziś mam dla Was historię, którą od dłuższego czasu chciałem opowiedzieć. Szukałem tylko natchnienia, a okazało się, że jej przebieg to właściwie dokładnie to, co spotkało Underwooda w pierwszym odcinku. Co prawda jaki kraj, taki House of Cards, no ale cóż. Cytując klasyka- “oni znają swoją wartość przyjaciele, dlatego BFF nie obiecuje zbyt wiele”.
Jakiś czas temu przez moje województwo przetoczyło się tsunami. Potężna fala, która wymyła multum ludzi w jednostkach, wydziałach, inspektoratach zajmujących się tym samym, co ja. Wiele z nich odeszło całkiem słusznie, biorąc pod uwagę ich wiek to najprawdopodobniej zatrudnił ich jeszcze Mieszko I, gdy wraz z dworem i drużyną objeżdżał włości. To czego nikt się nie spodziewał (głównie dlatego, że nie zapytał mnie…) to prosty fakt, że jak wymieni się kilkunastu ludzi w skali województwa z dość wysokich lub wyspecjalizowanych stanowisk, to nie będziecie w stanie znaleźć dla nich zamienników. Nie na raz, nie w tym samym czasie. Powstała potężna próżnia, która aż się prosiła, żebym w nią wszedł całym sobą. I nad tym pracowałem.
Najlepszą możliwością było wolne stanowisko kierownicze, rzut beretem od mojego “kochanego” Urzędu. Awans potężny, właściwie od razu na dyrektora. Moje ptaszki, niczym Varysowi, doniosły mi o tym, że będzie konkurs i kiedy. Niestety nie wiadomo było, jakie zostaną postawione wymagania formalne. Gdy wreszcie go ogłoszono byłem, oczywiście, pierwszym, który o nim wiedział. Szybko zerknąłem w BIP i dałem cynk reszcie, żeby wiedzieli kto tutaj jest najlepiej poinformowany. No i problem, choć Szef już się gorączkował, że tylko ja spełniam wymagania formalne. Byście widzieli jak był zdenerwowany i podpytywał, mało subtelnie, czy mam zamiar startować.
Nie, nie oburzajcie się, że moje znajomości ustawiły konkurs pode mnie. Szef jest po prostu idiotą i nie rozumie pewnych sformułowań- nie spełniałem wymagań. Ale wiedziałem, że nikt nie spełni. W ogóle sądziłem, że nikt się nie zgłosi- pomyliłem się. Zgłosiły się trzy osoby, minutę po otwarciu kopert wiedziałem, że żadna nie spełniła wymagań formalnych. Nawet mnie to nie dziwi, jedną z nich znam osobiście i nie mam jakiegokolwiek zawodowego szacunku do niej. Miałem nawet pisać jej pracę magisterską, ale rzuciłem zaporową cenę, żeby się ode mnie odpieprzyła.
Ale ja w tym czasie pracowałem, m.in. pisząc niezbędną papierologię. Teraz przynajmniej wiedziałem, jakie mają fantazje, a do tego wystarczająco dużo czasu, żeby wszystko ładnie przygotować. Nowy konkurs został ogłoszony następnego dnia i tak jak oczekiwałem zmieniono wymagania, bardzo je obniżając. Ale niestety jedyny punkt, jaki mnie wykluczał- zaostrzono.
Smutek. Tym razem wiedziałem, że zgłosi się multum osób, w tym większość całkowicie przypadkowych z ulicy. To koniec. Kogoś na bank wybiorą (wybrali), tak to jest jak pali się grunt pod nogami. Co jednak ja zauważyłem, już w czasie czytania, to fakt, że z obniżonymi wymaganiami łapie się Szef. Akurat nie było go w biurze, ale telefon z sekretariatu urzędu, o którym mówimy w kontekście tego konkursu z prośbą o pilny kontakt powiedział mi wszystko.
Mają nóż na gardle. Chcą podebrać mojego Szefa. Jeśli on by wyniósł się z Urzędu, to próżnia by się nie zmniejszyła. A jakby tam poszedł, to oczywiste jest, że tu nikt by się sensowny też nie zgłosił. Szczególnie, że tam oferowano większą kasę (pi razy oko o 2k/m-c). W Wydziale zostałbym ja, Dziad miesiące przed emeryturą i praktykant z umową czasową. Matematykę zostawiam Wam.
Pytanie zasadnicze, czy Szef przejdzie? Gdyby mnie złożono ofertę, nie zastanawiałbym się ani sekundy. Powody mogę wymieniać długo, zaczynając od wspomnianych finansowych, bardziej prestiżowe stanowisko, łatwiejsza robota, całkowicie ogarnięta dzięki poprzednikowi (dosłownie wystarczy działać, według gotowych wytycznych). Ale ja nie jestem przyspawany do stołka przez strach tak jak Szef. I dobrze zgadujecie- nie skorzystał z oferty. Oferty przekazanej osobiście przez kierownika urzędu z zaznaczeniem możliwości negocjacji wynagrodzenia. Daleko idącej negocjacji.
Tym ruchem spierdolił sobie karierę całkowicie. Do emerytury taka możliwość zapewne mu się już nie przytrafi. W najmniejszym nawet stopniu. Spadło mu to jak ślepej kurze ziarno. I to chyba wszyscy wiemy, że dosłownie- w końcu jest kretynem. Rozmawiałem nawet jeszcze przed końcem drugiego konkursu w kuluarach z paroma osobami, które delikatnie sondowały, czy się zgłosi. Na moje “raczej nie” zazwyczaj słyszałem “to dobrze, pewnie by się i tak nie sprawdził”.
Tym ruchem jednak także spierdolił karierę mi. Nie całkowicie jak sobie, a po prostu w najgorszym razie odsunął ją w czasie. I nie miejcie wątpliwości, że o tym nie wiedział- przy mnie powiedział, gdy toczyliśmy rozmowę starając się zachęcić go do startu, że nie pójdzie bo wtedy ja wskoczę tu na jego miejsce. Oczywiście to miał być kolejny jego super zabawny żarcik. Nikt się nie śmiał, nawet Dziad miał nadzieję się go pozbyć, choć jak pisałem zostało mu parę miesięcy. Nawet ja cieszyłbym się, choćby i nie zrobili mnie p.o. i dyrektorem w konsekwencji.
Możliwość była jeszcze trzecia, o której początkowo nie myślałem, ale usłyszałem ją, jakże by inaczej, w zakulisowych rozmowach:
-Skoro nie chciał, to mógł choć nakręcić temat na ciebie. Wiedzieliby, że mogą spokojnie znów nikogo nie wybrać i trzeci konkurs jeszcze lepiej ułożyć.
I tak jak wątła nadzieja przysłoniła mi na chwilę logiczne myślenie, tak na szczęście ktoś pomyślał za mnie i ściągnął mnie na ziemię:
-Pojebało cię? Szef w życiu by tego nie zrobił, bo kto będzie za niego tutaj zakurwiał jak nie Młody?

Tak więc cóż… Francis, wiem jak się wtedy poczułeś.

czwartek, 26 października 2017

Dzień dwieście sześćdziesiąty trzeci- Tak tak tak, to Pan Tik-Tak.

Jesteście punktualni? Ja bardzo. Pamiętam, jak kiedyś poproszono mnie, żebym choć raz się spóźnił. Przyszedłem więc punktualnie, zrobiłem dodatkowe kółko wokół osiedla i dopiero zadzwoniłem do drzwi. Może to i trochę dziwne, no ale ordnung muss sein. Czuję niemal fizyczny ból, gdy nie dotrzymuję terminu. Urząd ma wszelkie możliwości, żeby ostatecznie z bycia punktualnym mnie wyleczyć.
Terminy to jest po prostu to, co kocha. Mocno mi się wydaje, że im wyżej urząd jest położony, tym bardziej oderwani od rzeczywistości ludzie tam pracują. Czasem gdy dostaję jakieś pismo zastanawiam się, czy ten ktoś piszący to jest takim idiotą, czy ma mnie za boga. Biorę papier i czytam- proszę w ciągu tygodnia przedstawić dane liczbowe wg załączonej tabeli z określonych zakładów pracy. Może gdyby to były 2-3 miejsca, czy gdybym takich w ogóle nie miał jak na jakichś wioskach. Ale wyciągam spis, który kończy się na pozycji 348. Pół tygodnia to mi zejdzie na wysyłanie zapytań do nich (90% nie ma/nie podaje maila). No ale jaśnie państwo życzy sobie odwalić to w tydzień.
Choć akurat tydzień to jeszcze łaskawy termin. Najbardziej kocham terminy “czterodniowe” i z doświadczenia wiem, że wielu urzędników stojących nade mną w drabinie urzędowej też je uwielbiają. A jak się wściekają, jak informujesz ich, że nie zdążysz. “Przecież miał pan CZTERY dni”. Aha, jeszcze żebyście wiedzieli jak to się czyta- dostajecie pismo faksem w piątek odpowiedź ma przyjść w poniedziałek. Macie więc cztery dni- piątek, sobotę, niedzielę i poniedziałek. No ja nie wiem, gdzie tutaj jakiś problem?
Problem zaczyna się przy terminach 24-godzinnych. Tzn. teoretycznie 24, bo pismo przychodzi tak 13-14 “proszę o odpowiedź do jutra, godz. 9.00” czyli de facto są dobre 4h na zebranie potrzebnych informacji, przetworzenie ich i wysłanie. W tym konkretnym przypadku pan urzędnik poprosił o dokumentację fotograficzną. Około 500MB zdjęć na maila, max załącznik 40MB mamy. Jeśli zrobicie szybką matematykę wysłałem to spakowane i podzielone na 13 części. Samo wysyłanie zajęło mi sporą część godziny, niestety w trakcie nie zauważyłem, że odpisał na jeden z pierwszych maili informując mnie, że moje pliki się nie otwierają… No niemożliwe, jakim cudem?
To też jeszcze jednak nie jest złe. W końcu wystarczy, że będę siedział nadgodziny i mogę mieć nawet 20h na przygotowanie odpowiedzi, a to już 2,5 dnia roboczego. Nie jest to złe, bo mogą tak jak dziś przysłać faks o 11, o 11.02 zadzwonić, że wysłali pilny faks, a w treści pisma “odpowiedź przysłać do godziny 14.00”. W takich wypadkach zawsze, ZAWSZE pismo ma datę wczorajszą. I tak samo zawsze zastanawiam się, czy to jest celowa złośliwość, że czekają z nim do następnego dnia, czy celowe udawanie, że jest więcej czasu, niż w rzeczywistości jest. A spróbuj im powiedzieć “trochę mało czasu…” Najlepsza odpowiedź jaką dostałem brzmiała “no tak, no tak… ale otrzymaliście polecenie, ktoś to musi wykonać”. Zgadnijcie gdzie przed wczesną emeryturą pracował mój rozmówca i uargumentujcie dlaczego akurat w wojsku…
Ale to wszystko i tak nic. Nawet te 3h to i tak komfortowe warunki jeśli macie zamiar wyrobić się w zadanym terminie w stosunku do rekordu. Absolutnego mistrzostwa świata w wykonaniu urzędników, których nie tak dawno widziałem fotografujących się z aktualną premier (gdzie i kiedy oczywiście Wam nie powiem). Prawdopodobnie wtedy, udając ciężką pracę, wpadli na błyskotliwy pomysł. Po tylu próbach wreszcie znaleźli sposób jak być w 100% pewnym, że nie dam radę zmieścić się w terminie, choćbym stanął na rzęsach. Wypchnęli do mnie faks z prośbą o odpowiedź tego samego dnia do godziny 17.00. Faks wysłali o 20. W piątek.
Plus był taki, że zaczynając rozmowę w poniedziałek od “odnośnie waszego faksu z godziny 20…” nie usłyszałem ani jednego słowa wyrzutu czy nagany.

czwartek, 19 października 2017

Dzień dwieście sześćdziesiąty drugi- więzienny blues.

Szef by dziś prawie zginął i miałbym problem z głowy. Problem, który ostatnimi czasy wyrósł do bardzo przeszkadzających rozmiarów, ale o tym Wam kiedyś tam opowiem. Tymczasem o jego niedoszłym zgonie- rozmawiał przez telefon gdy wracaliśmy skądś tam do Urzędu. Jak wiecie, gdy mówi przez telefon to nie jest w stanie robić nic innego. W tym rozejrzeć się przed wejściem na pasy. Na jego szczęście laweta miała całkiem sprawne hamulce, choć zatrzymała się już na pasach, czego ten idiota nawet nie zauważył…
No właśnie, idiota. To słowo chyba najlepiej tłumaczy całe jego życie. O wielu jego aspektach już tu mówiłem, ale tego czego jeszcze nie poruszałem, to jego sieć znajomości. Każdy z nas, gdy tak spojrzy na swoje życie to zna różnorodnych ludzi. Inteligentniejszych i głupszych, zabawniejszych i nudniejszych. Są jacyś urzędnicy, znajdzie się jakiś policjant, lekarz, przedsiębiorca, menel. Wiecie, rozumiecie. Idziecie ulicą i witacie się z farmaceutką, z którą chodziliście do szkoły, zamienicie dwa słowa ze strażakiem sąsiadem, menel Janusz podbije do Was o 2 zł brakujące do winogron w stanie ciekłym.
U Szefa jest to wszystko spłaszczone do meneli. Gdy gdzieś idziemy szybko zaczynam trzymać się trochę z boku. Bo rozumiem wiele, ale zatrzymywanie się przy każdy walącym jak gorzelnia alkoholiku na wyraźnym porannym niedopiciu, żeby uciąć sobie pogawędkę o tym, jak tam w proboszczowej jadłodajni i jak kształtuje się rynek aluminium? BTW- fun fact, nastąpiła specjalizacja. W sensie jak macie jakieś puszki do wydania dla wszelkich zbieraczy, to nie zdziwcie się, że nimi pogardzą bo zbierają np. tylko butelki i puszki ich nie interesują.
No ale dobra. Każdy ma znajomych, jakich ma, obraca się w kręgach, w jakich się obraca. Ale. Teraz dochodzimy do wisienki na torcie- tragicznych historii niesprawiedliwości społecznych jakie ich dotykają, a jakich to Szef przeżyć nie może, jak muszą cierpieć.
I tak pierwszy z nich, ten mądrzejszy (wg słów Szefa) uniknął pobytu w pierdlu. Za co miał tam trafić? Oczywiście za niewinność. Ta konkretna niewinność polegała na tym, że zamknął w swoim mieszkaniu trójkę osób, które miały go okraść. Hm, nie brzmi jak straszne przestępstwo, ale dodajmy do tego szczegóły. Uwięził na parę godzin w swoim mieszkaniu trzy dziewczyny w wieku 16-17 lat bez wzywania Policji. Kontekst zaczyna się trochę zmieniać, co? Co robiły trzy nieletnie dziewczyny w mieszkaniu obcego 50-60 latka i dlaczego nie wezwał gliniarzy? Dlaczego w ogóle zamykasz złodzieja we własnym mieszkaniu? Żeby miał więcej czasu na jego przeszukanie?
To był ten mądrzejszy, Ci głupsi wg Szefa wyroku nie uniknęli. Pierwszy siedział półtora roku. Za co? Pomijając oczywiście tradycyjną niewinność, “bo on nie jest taki mądry, to nie umiał się obronić w sądzie” (cyt. z Szefa). Dostało mu się za molestowanie, próbę gwałtu , coś w ten deseń, Szef niezbyt potrafił się wysłowić. Oczywiście aniołek z czerwonym licem i zniszczoną wątrobą wrobiony. To nic, że cała akcja działa się na rynku miejskim, na którym są cztery kamery monitoringu miejskiego plus kamery prywatne. Jak sam to ujął, dziewczyna krzyknęła (nota bene znów nieletnia, jakaś dziwna prawidłowość się wyłania), a go skazali. Wg Szefa chciał tylko umyć ręce w fontannie. Myliście kiedyś ręce w fontannie miejskiej?
Trzeci i ostatni na dziś dostał zawiasy, jak obaj wyżej za nic. Wziął po prostu śmieci na sprzedaż, bo wiadomo aktywów finansowych nie za wiele, pić się chce, a pecunia non olet. Z niewiadomych tylko powodów wcześniejszy właściciel śmieci zamiast po bożemu wrzucić je do kosza przed domem to chował je w zamkniętym garażu. Też nie rozumiem, po co ktoś miałby rury mosiężne sobie gdzieś odkładać, jak leżą to przecież oczywiste, że zbędne, nie?
Co jednak najgorsze, to Szef ma dokładnie tą samą mentalność. Pamiętacie kwestię wyjazdu szkoleniowego do bieguna zimna (nie pojechałem)? I kwestię zwrotu kilometrówki, która mu się nie należała? Oczywiście, że ją złożył i teraz najlepszy żart. Kobieta odpowiedzialna za ich rozliczanie powątpiewała w to, czy należy ją wypłacić, na co on szczerze obraził się na nią słowami:
-Jak chcesz to nie rozliczaj, ale wiedz, że nie wszyscy tak oszukują jak ty.
Zakrztusiłem się ze śmiechu, na szczęście nikt nie słyszał, bo byłem kilka metrów dalej- Szef za bardzo walił potem, nie chciałem tego wdychać, ani być posądzony o jakikolwiek związek z aromatem. W kwestii formalnej- nic mi nie wiadomo, czy ostatecznie dostał kasę.

czwartek, 12 października 2017

Dzień dwieście sześćdziesiąty pierwszy- in the heat and the rain with whips and chains.

Jakiś czas temu wędrowałem sobie spokojnie w promieniach słońca oddając się w spokoju myśleniu o swoich sprawach, z których dość nagle i brutalnie wyrwał mnie dobiegający z pewnej oddali krzyk:
-Młody, Młody, Młody!
Któremu towarzyszyło bardziej niż charakterystyczne klap-klap-klap japonek. Zatrzymałem się więc i odwróciłem na spotkanie mojego ulubionego biznesmena.
-Co tam?
-He-he-he, daj mi sekundę, chodź usiądziemy. Chcesz pączka?
-Nie, dzięki. Odchudzam się.
-To dwie kawki poprosimy.
Siedzimy więc chwilę w oczekiwaniu na małe czarne, gdy on łapał oddech i pozbywał się czerwonych wypieków na twarzy.
-Sprawę mam.
-Jaką?
-Jesteś urzędnikiem, możesz mi pomóc.
-Hoho, nawet jakbym chciał to nie mam na co wziąć w łapę.
-Nie, nie- wziął łyk kawy- potrzebuję porady.
-Zamieniam się w słuch.
Na co dzień w robocie jestem niedoceniany, a i ludzie zazwyczaj do paru miłych słów się nie kwapią, to i możliwość pomocy faktycznie rozpaliła moje zainteresowanie.
-Bo widzisz, trochę nie dogadaliśmy się w kwestii tych tutaj siedzisk z twoimi kolegami.
-A co im nie pasuje? Całkiem ładne, stylowe, nowoczesne.
-No, no, tak właśnie im mówię, ale oni tylko swoje i swoje.
-Tzn?
-Że miały być krzesełka, takie zgrabne z rattanu.
W milczeniu spojrzałem pod własny tyłek na stu kilowe, odlane z betonu i wypolerowane siedzisko.
-Oni tylko w kółko swoje i swoje, a przecież siedzenie to siedzenie. Te przynajmniej przy wietrze mi po ulicy nie latają, samochodów nie rysują.
-Wiesz, widzę tutaj faktycznie dość znaczącą różnicę, którą ciężko będzie ukryć. A i wiesz, że ja w innym wydziale pracuję, nie mam przełożenia na ich decyzje.
-Spoko, spoko. Mi tylko chodzi, czy oni mogą mi to sami usunąć? Jakoś w nocy czy coś?
-Eh… Nie, wiesz, nie każdy działa tak jak ty. Tu wszystko musi być zrobione legalnie w dzień. Z pismami.
-Uf, to całe szczęście.
I tak się rozeszliśmy. Tygodnie mijały, siedziska tak jak je obserwowałem nie znikały. Wreszcie po paru tygodniach znów go spotkałem i z ciekawości sam zagaiłem, co tam z tym wszystkim.
-Świetnie. Napisałem im wniosek o poprawę pomyłki pisarskiej, żeby we wniosku zmienić z krzesełka, na betonowe siedziska. No wiesz, każdy mógł się pomylić pisząc, nie?
-Myślisz, że to wchodzi w zakres pomyłki pisarskiej?
-No, a nie? Zobacz, mam siedziska, a napisałem krzesełka, to oczywiste, że musiałem się pomylić pisząc, hehehe.
Cóż, rozstaliśmy się po raz kolejny, znów na parę tygodni, po których zauważyłem, że przedmiot sporu zniknął z chodnika. Z tego co kojarzyłem, to zdecydowanie przed końcem pozwolenia, co zaczęło mi podsuwać różne możliwe scenariusze. Akurat byłem na urlopie, to w Urzędzie języka zaciągać mi się nie chciało, ale któregoś chłodnawego już wieczora znów spotkaliśmy się na ulicy.
-I co, kazali ci ściągnąć je?
-Nie, nie. Na mnie nie ma mocnych. Zimno się zrobiło, nie warto już było trzymać.
-To co, sprawa bez rozwiązania się zakończyła?
-Czekam na odpowiedź z ministerstwa.
-Co?
-Napisałem na nich do ministerstwa, czekam na odpowiedź. Bo ja tego tak nie zostawię.
-Ty chyba bardzo nie chcesz za rok się wystawić na tym chodniku, nie?
-Spokojnie, spokojnie, wniosek tym razem złożę cztery miesiące wcześniej, żeby jeszcze zdążyć się z nimi procesować jakby co. Ale wiesz, co ci powiem?
-Nie wiem, podejrzewam jednak, że zaraz się dowiem.
-Ja pierdolę ten kraj. Tu nie da się zarabiać. Ja pierdolę to miasto. Tu wszystko przeciw tobie. Jak żyć, ja już nie wiem. Serio, walczysz, walczysz, gówno z tego masz, a to my przedsiębiorcy jesteśmy solą ziemi. Tej ziemi. Tymczasem patrz jak się mnie traktuje, ciągle podcina skrzydła. Ja tu kurwa nie mogę normalnie zarabiać. No nic, trzymaj się, bo zimno.

Zapiął skórzaną kurtkę, wsiadł do swojego Porsche i odjechał w siną dal zostawiając mnie samego z własnymi rozmyślaniami nad jego ciężkim losem w tym miejscu, gdzie wszystko przeciw niemu.

czwartek, 5 października 2017

Dzień dwieście sześćdziesiąty- Mario Bros.

Ponownie jestem chorym człowiekiem. Udowadnia to zasadność powiedzenia, że biednemu zawsze wiatr w oczy. Chciałem się przeziębić, żeby nie jechać na szkolenie, przeziębiłem się wystarczająco wcześniej, żeby zdążyć wyzdrowieć. No nic, może to jakoś przeciągnę. Tymczasem dowiedziałem się, dlaczego Szef tak chętnie się zgodził jechać. Podwozi nas inny urzędnik, który jedzie w to samo miejsce z tym samym zadaniem, a chciał żebym wypisał delegację na jego samochód. 0,8358 x ca. 800 km, muszę mówić coś jeszcze? Wypisałem na samochód, ale nie dodawałem, że jego. Nie będę mu tego sztucznie legitymizował.
I może mu dzisiejszą notkę poświęcę, bo to też jest as do którego żywię szczerą niechęć. Wystarczy na niego spojrzeć, żeby nabrać podejrzeń, że będzie coś nie tak. Jak śpiewał Kazik- krótko z przodu, długo z tyłu, na czeskiego piłkarza. Poznałem go nie tak dawno temu, jest najmłodszy stażem w mojej działce w całej okolicy, choć w urzędzie jako takim pracuje długo. Przyjechał kiedyś oddać hołd lenny, czyli się przywitać. Tylu superlatyw mówionych o samym sobie dawno nie słyszałem. W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, czy on chce ze mną współpracować czy mnie wyruchać. On wszystko wie, wszystko ogarnia, robi tyle rzeczy, że to pryszcz, proste i w ogóle oczywiste. Nazwijmy go Mariusz.
Nie mija tydzień, jak dzwoni.
-No co jest Mariusz?
-Słuchaj Młody, ta tabela tam co mieliśmy zrobić…
-Zrobić do przedwczoraj, tak, co z nią?
-Masz ją zrobioną?
-E… Tak?
-To mógłbyś mi ją przesłać?
-Ale po co ci ona? Przecież będziesz mieć zupełnie inne dane tak czy siak…
-No tak, tak, ale chcę zobaczyć, jak to zrobić.
I od tego się zaczęło, później poszło z górki. Cokolwiek trzeba było robić, Mariusz Wielki zrobić nie umiał, wszystko trzeba było mu wysyłać i tłumaczyć. Nie trwało długo gdy się wściekłem i przestałem mu wysyłać. Przerzucił się więc na Szefa. Gdyż tego nikt nie lubi, to poczuł się mile podłechtany i z uśmiechem na ustach zaczął lizać Mariuszowi dupsko. A że sam nie umie, to koniec końców i tak ja to wysyłałem. Wreszcie zacząłem się też więcej kłócić z Szefem bo Mariusza miałem powyżej dziurek w nosie. Dziad zresztą tak samo, bo czego nie miałem ja, miał Dziad, a że ten jak wiecie internetów nie za bardzo, to tłumaczył telefonicznie. Pewnego razu w koalicji postanowiliśmy Mariusza sprawdzić i to Dziad zadzwonił do niego, żeby podesłał nam jedno pismo, które doskonale wiedzieliśmy, że ma zrobione. Gdy to czytacie mija 5 miesiąc od kiedy obiecał podesłać. Apogeum nastąpiło w trakcie jednych z ćwiczeń, kiedy to wyrabiam w robocie godzinowo 200% dniówki i najogólniej siedzę dość podminowany. Zazwyczaj wokół rozwalonych po biurku dokumentów, wyciągów z procedur i różnorodnych wykresów czy schematów. Ważna w tym wszystkim jest szybkość. Im szybciej robicie dane zadania, tym szybciej dostajecie kolejne, a w konsekwencji idziecie do domu. Nagle do biura wchodzi Szef i podaje mi swój otłuszczony od ryja telefon.
-Masz, Mariusz.
-A na ciężkiego chuja mi Mariusz w tym momencie?
-Wytłumacz mu jak czytać tabliczkę.
Tabliczkę dostaje się do zadań, zabawa polega na tym, że każdy ma inną i do każdej z nich trzeba dobrać odpowiednią standardową procedurę operacyjną, a z niej wyciągnąć odpowiednie części…
-Teraz? Teraz to ja rozszyfrowuję naszą tabliczkę. 
-No ale weź mu wytłumacz.
Szybka kalkulacja, im dłużej będzie mi truł dupę, tym dłużej będę tu siedział.
-No, co jest Mariusz?
-No to z tą tabliczką…
-Weź sobie książeczkę, taką małą, pomarańczową…
-Ja ją mam.
-Wiem, że masz. I tam sobie poszukaj tego co masz w tabeli.
-W tabeli mam X0Z678.
-To sobie to znajdź i przeczytaj.
-Ale gdzie to jest?
-W książeczce.
-Tak, ale na której stronie?
-Nie wiem, sprawdź. Ja mam co innego.
-No, a nie możesz zobaczyć?
-Nie mogę.
-No weź.
-Mariusz, kurwa, w czasie jak rozmawiamy jedną ręką zdążyłem to znaleźć.
-Więc która strona?
-38. Nara.
-Ale czekaj jeszcze!
-Na co mam jeszcze czekać?
-No co ja mam z tej strony wziąć?
-Nara.
Myślicie, że nie dzwonił od razu znowu? Od tego czasu minęło już trochę, w międzyczasie Mariusz zdążył przyjechać, wydaje mi się że miały to być podziękowania z jego strony. Dostałem Milky Way i breloczek jego gminy… Szef nawet chwilę był na niego obrażony, ale szybko sobie przypomniał, że nikt poza Mariuszem się właściwie do niego sam z siebie nie odzywa, więc ekspresowo wrócił do lizania dupy. I znów truje mi dupę, żeby wysyłać mu jakieś dokumenty. Żeby nie kopać się z koniem to po wyrażeniu niezadowolenia je wysyłam, ale poczta chce, żebym wstawiał jakiś temat maila. Więc, żeby ułatwić sobie, to daję pojedyncze przypadkowe litery. Młody wyślij Maila. S. Mariusz dzwonił, potrzebuje tabeli. P. Dzwoniła gmina, nie wie jak podliczyć dane. I. Jakbyś mógł wysłać Mariuszowi to pismo, co właśnie kończysz. E. Spotkałem naszego ulubionego kolegę w Urzędzie, prosił żebym cię pozdrowił. I żeby podesłać mu nowy konspekt planu. R.

Jak myślicie, po ilu literkach się zorientuje?

czwartek, 28 września 2017

Dwieście pięćdziesiąty dziewiąty- moving on is a simple thing, what it leaves behind is hard.

Czy kiedyś nadejdzie dzień, w którym wrócę do pracy bez marzeń o koktajlu z antydepresantów i tabletek przeciwbólowych? Pewnie tak, gdy zmienię pracę. Dobrze, że kupiłem sobie PHP i MySQL Luka i Lary, więc może za jakiś czas…
Tymczasem z braku dostępu do antydepresantów i miękkich narkotyków ratuję się łykając Ibuprom i Tic-Taci. Już zupełnie pomijając ten ból wczesnego wstawania, do którego przyzwyczaić się nie mogę, to zawsze, ale to zawsze od pierwszej minuty mam zapierdol. 23 dni wolnego, człowiek prawie przypomniał sobie, że istnieje normalne życie i nagle bęc prosto w łeb obuchem.
To pismo zrobić pilnie, bo do dziś chcieli odpowiedź. To też. I jeszcze to. Tu masz jeszcze 3 pisma, nimi też się zajmij. Tu nowej stażystce komputer nie działa, informatycy nie mają czasu, weź zobacz. I robię jak taki wół, czy raczej osioł, choć wielokrotnie Wam wspominałem, jak to ważne jest dla ludzi, żeby po długim urlopie powoli się rozkręcać w pracy. Ja powoli nie mogę, bo wszyscy moi współpracownicy pracują całe życie powoli licząc, że to ja zrobię.
Piszę więc jedno pismo, piszę drugie. W międzyczasie porządkuję stos papieru, jaki odkładali mi na biurku i tak jak zawsze- większość wymaga tylko wpięcia w odpowiedni segregator, ale tego też im się nie chce zrobić. Po godzince roboty chcę drukować, nie ma papieru. W sensie w ogóle, ani w drukarce, ani w szafie. Lecę do informatyków, no oczywiście, że ich nie ma. Lecę do dziewczyn w podawczym i po paru uśmiechach wracam z jakąś resztką ryzy, na razie starczy. Nikomu nie chciało się przynieść przez parę tygodni, to niech czekają dalej. Koło południa zbliżam się do półmetku i super. Pismo, które liczyłem, że będzie już zrobione.
Widzicie, Urząd ma takiego swojego psychofana. Tzn. kompletnego idiotę, który truje nam dupę o wszelkie pierdoły. Pisałem Wam to już chyba kiedyś, więc w skrócie powtórzę- koleś po prostu pisze całymi dniami wnioski o udostępnienie informacji publicznej i do nas je przynosi. Pisze o rzeczy mądrzejsze i głupsze, ale jestem prawie pewien, że robi to na czyjeś zlecenie. Wyraźnie to widać, że część pierwsza pisma- zawsze ta sama, z artykułami na które się powołuje jest pisana przez kogoś innego, a on tylko dostaje stos takich gotowców do dowolnego wypełnienia. Zazwyczaj pisze o kompletne głupoty, więc odpowiedzi sprowadzają się do “nie mamy” i usilnego powstrzymania się od dodania “pierdolony debilu”. Tym razem książe jednak przegiął, a jego ułańska fantazja zaprowadziła go do grubej granicy, jaką sobie wytyczyliśmy, czyli miejsca w którym musielibyśmy zrobić coś więcej w tym zakresie niż spławić go.
To było zanim poszedłem na urlop, więc wysmażyłem z radcą pismo na 2 strony A4 na których w domyśle tłumaczymy mu, że jest idiotą. A dosłownie, że nie wykazał istotnego interesu, więc o ile nie uzupełni wniosku, to odmówimy udostępnienia informacji przetworzonej. Dwa dni później poszedłem na zasłużony urlop. Byłem pewien, że coś odpisze i będzie trzeba mu albo odpowiedzieć, albo napisać decyzję odmowy. Ale to nie mój problem, ja w tym czasie jestem na urlopie.
Okazuje się, że to jednak mój problem. Idę do kolesia zajmującego się koordynowaniem odpowiedzi na wnioski o informacje publiczne. Funkcja, która powstała tylko przez tego jednego kolesia, o którym pisałem wyżej- rocznie pisze kilkaset wniosków. Idę więc do niego z dokumentami i kulturalnie pytam:
-Wiesz, chyba musiałbym odpowiedzieć mu na to.
-A czy ty zdajesz sobie sprawę, że dziś jest ostatni dzień terminu?
-Spytaj raczej Szefa, czy zdaje sobie sprawę, że dziś jest ostatni dzień terminu, bo ja mimo trzytygodniowego urlopu zdaję sobie sprawę i dlatego tu jestem.
Bierze telefon i dzwoni do Szefa:
-Czemu znowu zwalasz robotę na Młodego?
-Ale ja nie zwalam.
-To czemu pismo czeka do ostatniego dnia terminu, akurat jak on wraca? Jak zdążysz odpowiedzieć? Jak w ogóle zdążysz decyzję przygotować? Gdzie teraz dorwiesz kogoś, kto ci ją podpisze?
-Ale mamy miesiąc na to.
-Miesiąc? Na udzielenie informacji publicznej?
-No tak radca mówił.
-A to ty nie wiesz, jaki masz termin?
-Radca mówił, że miesiąc.
Trzask. Pip-pip-pip.
-Czy ty mówiłeś Szefowi, że ma miesiąc na informację publiczną?
-Mówiłem, że ma dwa tygodnie na wyznaczenie nowego terminu nie dłuższego niż miesiąc.
-No bo on sobie znowu wyciera tobą mordę.
Trzask.
-No nic, zrób to Młody, jeśli ktoś ma z tym zdążyć i dorwać Szefa wszystkich Szefów do podpisu, to tylko ty.
-Co nie zmienia faktu- wtrąciły się inne osoby z tego biura- że ciągłe zwalanie na innych i kręcenie Szefa jest już turbo wkurwiające.
-Co ty nie powiesz? Ja mam to codziennie bo muszę z nim pracować.- zerknąłem na zegar- Za czterdzieści minut jestem.
Trzydzieści osiem minut później wróciłem.
-Załatwione, termin przesunięty.
-Dobrze, dobrze. Ale jak dorwałeś Szefa wszystkich Szefów? Przecież jest sesja…
-Jest i jej słucham. Całkiem gorąco, a godzinę temu miał przerwę na papierosa. Nie ma bata we wsi, w końcu musiał wyjść na drugiego.