"Ludzie mówią, że powinienem być urzędnikiem. Piję dużo kawy i mam wszystko w dupie."
Zanim poszedłem do urzędu myślałem, i to całkiem poważnie, że to normalne miejsce pracy jak każde inne. Że rano pójdę do pracy i po 8 godzinach wrócę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Zmęczony, ale zadowolony- ze swojego dzieła, z wkładu w rozwój lokalnej społeczności no i z pensji. Moje wyobrażenie nie mogło być chyba bardziej mylne...
Oto zapiski z mojej pracy, spojrzenie “od wewnątrz” na pracę w jednym z polskich urzędów. Przy okazji zastrzegam sobie prawo do podkolorowania moich historii, ale o nie więcej niż 10%. ;)

czwartek, 23 marca 2017

Dzień dwieście czterdziesty trzeci- ploteczki.

Strach, szok, niedowierzanie. Szef wreszcie wybrał opony do zakupu, jestem cholernie ciekaw, co teraz będzie w pracy robił. Bo w to, że pracował to raczej nie wierzę.
Jak wiecie byłem na tym szajsowatym szkoleniu, niewiele z niego wyniosłem poza paroma długopisami. Głównie dlatego, że reszty za dobrze pilnowali. Ale największą wartością dodaną była możliwość usłyszenia paru ciekawych plotek. Jestem jedną z tych osób, którym można powiedzieć wszystko i nie martwić się, że zacznie to żyć swoim życiem. Czyli idealne przeciwieństwo Szefa, o którym też były ploteczki, ale nic nowego co by mogło Was interesować. Jest jedna, która interesowała mnie, ale niestety informator był niezwykle powściągliwy i mimo ciągnięcia za język i podsuwania pod nos szkoleniowych ciasteczek nie chciał puścić pary z ust. A ja to szanuję, więc na siłę z niego nic nie wyciągałem.
Ale dowiedziałem się czegoś nowego o Dziadzie. Tzn- przeciętnie nowego, właściwie starego ale w nowym kontekście. Okazuje się, że Dziad cieszył się dobrymi notowaniami w innych urzędach. Rzecz dla mnie nie do pomyślenia, ale okazuje się, że całkiem logiczna. A wszystko zawdzięcza… Szefowi. Nie, nie, nie zrobił on niczego z dobrego serca, po prostu był sobą. Wszyscy wiedząc jaki jest litowali się nad Dziadem- bo on już tyle lat musi to znosić, nie można mu dokładać, wiadomo, że nie robi wszystkiego dobrze- a właściwie dobrze robi niewiele rzeczy, no ale trzeba mu troszkę pomóc. Zupełnie niechcący Szef sprawił, że Dziad miał bonusy do kontaktów z innymi.
A jeśli jesteście uważnymi czytelnikami to zauważyliście, że piszę to w czasie przeszłym. Miał, bo już nie ma. Ba, powiem więcej- teraz ma krechę, minus tak wielki, że niektórzy sugerują, że może być nawet większy niż Szefa, no a przynajmniej równy. I to, co trochę zabawne, również dzięki byciu sobą, o czym ja już wiem i z czym żyję od lat.
Była impreza urodzinowa. Jeden z naszych wspólnych znajomych świętował okrągłe urodziny. Wszyscy postanowiliśmy więc, że nie można być złamasem i powinniśmy otworzyć sakiewki i sypnąć grosiwem. Grosz do grosza… no wszyscy znamy wiele powiedzeń. Problem był tylko taki, że za bardzo nie miał kto wyskoczyć po prezent dla niego. Jaki może być dobry prezent dla wieloletniego urzędnika? Wazelina? Łapówka? My pomyśleliśmy, że całkiem dobrze sprawdzi się pióro lub długopis. Taki wiadomo, przeciętnej jakości Parker (jakbyście chcieli mi zrobić niespodziankę, to ja marzę o czymś takim- klik), akurat nas, niezbyt majętnych urzędników stać. Sprawa była już, jak to mówi mój znajomy, obruchana. Wystarczyło, żeby Dziad wziął pieniądze i poszedł do wyznaczonego sklepu, w którym sprzedaje kolega naszego kolegi dokładającego się do przedsięwzięcia, który miał już odłożony odpowiedni przyrząd do pisania. I poszedł.
Ale na miejscu okazało się, że Dziad jest Dziadem. Koleś wyłożył mu długopis, podał cenę, nabił na kasę. Cena jak za zwykłego Parkera, nic ekskluzywnego. A Dziad chce to mieć jeszcze zapakowane i w torebce. Nie oszukujmy się, papier, sznurek i torebka kosztują jakieś 20% ceny tego pióra, więc sprzedawca mówi spoko- tam jest dział z pakowaniem, proszę iść i sobie wybrać, kupić i zapakować.
I tu Dziada strzeliła cholera. Urządził kolesiowi potężną awanturę, że co on sobie w ogóle wyobraża, że on kupuje tak drogi długopis (pióro kulkowe) i nie dostanie darmowego papieru? Torebki? Co to za zwyczaje? Co to za dzicz? Afera była tak wielka, że facet w końcu sam, ze swoich pieniędzy zasponsorował nam pakowanie, żeby tylko pozbyć się Dziada ze sklepu.

Od tego momentu nie ma on co szukać w którymkolwiek z urzędów w promieniu 30 km.

czwartek, 16 marca 2017

Dzień dwieście czterdziesty drugi- wezwijcie karetkę.

W życiu jak w seksie. Albo macie zaufanie, albo musicie uważać żeby nie wylądować z palcem w dupie. A mając w pamięci przysłowie “daj palec, wezmą całą rękę” to cieszyć się wypada, że tylko palcem. Nie inaczej jest u mnie w robocie, a ponieważ Szefa nie darzę jakimkolwiek zaufaniem to staram się mieć oczy dookoła głowy i ciągle ściśnięte pośladki. Niestety czasem opuszczam gardę…
Jeśli wydawało Wam się, że telefony o których pisałem w zeszłym tygodniu na tym się zakończyły, to jesteście w błędzie. Pierwsze co zrobiłem po przyjściu do biura to oczywiście chwyciłem dokumenty od obowiązkowego szkolenia, na które mam jechać, a które okazuje się obowiązkowym nie być. Zgłosił mnie dość późno i nie dostaliśmy potwierdzenia, więc dzwoniłem jeszcze z nadzieją, że skoro liczba miejsc jest ograniczona, a także obowiązuje kolejność zgłoszeń, to mnie nie przyjmą. Przyjmą. Mimo zamknięcia przyjmowania zgłoszeń i tak przyjmują bo mają pełno wolnych miejsc. No w końcu jakim trzeba być debilem, żeby zapisać się na opcjonalne szkolenie trwające osiem godzin w piątek z dojazdem w jedną stronę dwieście kilometrów?
No i teraz jeszcze muszę tą trasę obskoczyć. Mógłbym samochodem. Mógłbym, ale mogę jedynie spojrzeć na smutne, puste miejsce parkingowe pod oknem.
Ano tak, heh… No cóż, witaj z powrotem mój odwieczny wrogu, PKP. Jakbym chciał zdążyć, to musiałbym rozpocząć podróż jakoś przed szóstą rano. A zakończyć? No cóż, to PKP, więc koniec zależy od łaskawości bogów… Postanowiłem jeszcze ratować się, że może ktoś z okolicy jedzie i by mnie zabrał ze sobą. Więc zaczynam dzwonić od najbliższych, geograficznie, sobie.
-Cześć, w piątek jest to szkolenie, jedzie ktoś od was?
-Ocipiałeś? Jakim trzeba być debilem, żeby…
Faktycznie, trzeba być. Jednak wreszcie znalazłem jednego takiego jak ja i wyjazd jakoś jest ustawiony. Nie to, żebym się nie cieszył na spieprzony piątek… Ale wytłumaczcie mi, jaki kretyn organizuje szkolenia w piątek? I do tego dzień św. Patryka. Z pewnością nikt poważny…
A gdy jesteśmy już o poważnych ludziach to niech będzie taka puenta na zakończenie dzisiejszej notki. Idę z koleżanką z innego biura, do kolegi z jeszcze innego biura. Sprawa powiedzmy, że dość ważna, tak oceniłbym jej ważność na kilkaset tyś, no może do miliona nowych polskich złotych. Rozmawiamy z nim, coś tam ustalamy, on w biurze siedzi z dwoma innymi osobami. Nie jest to coś, co nas zadowoliło, więc do tematu postanowiliśmy wrócić dnia następnego, przemyśleć, może trochę strategię zmienić. Dobrą dobę później znów do niego idziemy.
-Cześć, słuchaj odnośnie naszej wczorajszej rozmowy…
-My wczoraj nie rozmawialiśmy.
-Co? No przecież byliśmy tu wczoraj i mówiliśmy…
-Nie było was tu wczoraj.
-Darek, przecież doskonale wszyscy wiemy, że tu byliśmy w dokładnie tym samym składzie.
-Nie.

cojestgrane.swf

czwartek, 9 marca 2017

Dzień dwieście czterdziesty pierwszy- sex over the phone.

Jestem chory. I to nie w przenośni, ale dosłownie. Wystarczająco, żeby mieć L4, nie wystarczająco, żeby cierpieć. Przynajmniej łykając Ketanol jak tic taci i okład z piersi w trakcie zabiegu.
-Boli?
-E-e.
-Nie wiem jak pan to wytrzymuje...
-Mah shohe shohohy.
Jak oni nas w ogóle rozumieją? Będę musiał zapytać o to następnym razem. W każdym bądź razie- cieszę się odpoczynkiem, łykam 3 tabletki na 12h i jest mi dobrze.
A przynajmniej powinno być, bo skoro świt dnia następnego, gdy co prawda już jedno oko mam otwarte, ale ciągle leżę w łóżku myśląc, czy to czas na siku czy Ketanol, dzwoni telefon. Zgadliście, Szef. Już mi pieprzy, czy za dwa tygodnie jestem zajęty, bo muszę jechać na szkolenie. Kuźwa, nie mogło to poczekać aż wrócę? Albo choć do dziewiątej? Przecież wszyscy wiemy, że jeśli szkolenie jest obowiązkowe, to nie ma innej opcji niż ja i pytanie o to jest bezsensu. Szczególnie skoro świt, gdy zdrowieję na L4.
Ale to jeszcze nic. Bo jak byłem zdrowy ilość jego telefonów przekroczyła wartość krytyczną. Godz. 15.40, leżę sobie po ciężkim dniu w pracy i czytam Conana Barbarzyńcę. Dzwoni telefon, Szef. A by go sraczka dopadła.
-Czego?
-Słuchaj, ubierz się i idź na Podgórną.
-Po co?
-Bo dzwonili do mnie, że coś tam coś tam i dobrze by było, jakby ktoś z nas się tam pokazał.
-Po co?
-No, żeby się pokazać.
-Żeby się pokazać, to ja już na dziś pracę skończyłem.
-My pracujemy całą dobę.
-Nie, ja pracuję 8h dziennie od siódmej do piętnastej.
-Hehe, no tak jest zapisane, ale w rzeczywistości nie.
-W rzeczywistości tak.
-To nie pójdziesz?
-Nie.
No, wracam do “Feniksa na ostrzu miecza”. Nie minął jeden rozdział, telefon. Tak, znowu Szef.
-No?
-Słuchaj, ja tu jestem. Nic się nie dzieje.
-No i?
-No i jeszcze tu chwilę pobędę, pokręcę się, żeby mnie widzieli.
-Ok, nara.
Co mnie obchodzi, gdzie on się kręci. Dalej Conan, ogółem polecam, ale wydanie dość kijowe- A4, twarda oprawa, ponad 700 stron, ciężko się czyta w łóżku, noż do cholery telefon.
-No co tym razem?
-Ja tu się zwijam, mówię ci, nic do roboty, w ogóle nie wiem po co do nas dzwonili.
-To ja nie wiem, po co do mnie dzwonisz, robotę skończyłem ponad dwie godziny temu.
-No ale żebyś wiedział.
-To mi powiesz jutro w robocie… No jprdl…
Aż mi się czytać odechciało, co za patafian. I dzwoni znowu…
-Kurwa mać, to ostatni raz jak odbieram dziś telefon, czego?
-Słuchaj, zapisz sobie imię i nazwisko i numer, zanieś to jutro z rana do Szefa wszystkich Szefów, bo ja sobie biorę wolne, za nadgodziny dziś.
Boże, daj mi cierpliwość, bo jak dasz mi siłę zabiję. No nic, zapisałem sobie, odłożyłem na bok, wreszcie mogłem się cieszyć zasłużonym odpoczynkiem z silnym postanowieniem nie odbierania kolejnych telefonów, co ułatwił fakt, że więcej ich nie było.
Następnego dnia z samego rańca, ale z doliczeniem czasu na kawę i prasówkę, poszedłem do Szefa wszystkich Szefów, żeby dostarczyć mu to, co chciał.
-Dzień dobry, ja tutaj mam dla pana ten numer telefonu.
-Jaki numer telefonu?
-No tej pani z wczoraj, Szef mówił, że będzie pan chciał.
-I co ja mam z tym zrobić?
-Nie wiem?
-Zadzwonić do niej? A po co?
-Nie wiem?
-Kurwa, nie po to mam 400 urzędników, żebym sam się wszystkim zajmował, weź to zanieś do kogoś.
No ja nie mogę, bez przesady, co tu się właśnie odwaliło? Wracam do swojego biura, siadam i myślę co z tym fantem zrobić. Dzwoni telefon. Szef.
-No i jak, zaniosłeś mu numer?
-Zaniosłem.
-I co mówił?
-Żebym spierdalał, bo go to nie interesuje.
-Yhm, yhm… No myślałem, że będzie go chciał…

Nie myśl. Błagam.

czwartek, 23 lutego 2017

Dzień dwieście czterdziesty- martwe ryby płyną z prądem.

Czuję się jak gówno, więc pójdę po najniższej linii oporu. Tą są oczywiście cytaty Szefa. Ten jest dla mnie sporym problemem, negatywnie wpływającym na moje samopoczucie. Na wielu płaszczyznach. I o wielu z nich już wiecie, o tym o czym może nie wiecie, to jego podejście do pieniędzy. “Hola, hola, przecież to już wiemy”. Wiecie, ale nie o bardzo konkretnej rzeczy, która wychodzi zawsze mniej więcej w tym okresie roku, gdy dostajemy PITy i składamy pierwsze wnioski do funduszu socjalnego. Tam zasada jest prosta- pomoc zależna jest od zaszeregowania do grupy zarobków, wg dochody na osobę w gospodarstwie domowym. Zawsze w tym czasie słyszę jak Szef narzeka Dziadowi

Ja jestem w tej samej grupie co Młody, zarabiamy mało.

Fajnie byłoby, gdyby ćwok dodawał, że w moim gospodarstwie domowym jest jedna osoba, a w jego trzy. A do tego oczywiście ukrywa część dochodów, więc PIT i tak ma zaniżony. I tej narracji o tym, że jesteśmy na tym samym poziomie zarobków trzyma się rękoma i nogami przy każdej możliwej okazji. Przy okazji kupna samochodu też.

Teraz akcyza wzrośnie, stracą na tym najbiedniejsi, tacy jak my.

No tak, jasne. Dlatego dobrze, że w czasie pracy szuka po Allegro najtańszych, używanych opon całorocznych. Ostatnio tylko 40 minut wisiał na służbowym telefonie dogadując się z kolesiem i próbując jeszcze zbić cenę dostawy umawiając się na odbiór osobisty gdzieś w połowie drogi.
Innym gorącym tematem, po temacie akcyzy, był i nadal jest smog. Ja z nim tak dużego problemu nie mam, mieszkam na Północy. Nie to co Ślunsk gdzie oddycha się wunglem, czy Krakusy biegające z maczetami, żeby móc pociąć sobie powietrze przed zrobieniem wdechu. Co nie znaczy, że smogu nie ma w ogóle. Niestety tu też sporo ludzi pali śmieciami lub gównem (“a czym mają palić jak są biedni?” na nowo wybudowanym osiedlu domków jednorodzinnych…), a i czasem zdarzają się dni mniej wietrzne, gdzie to wszystko zalega nad miastem. I w taki jeden ciężki poranek szliśmy do roboty, co już w biurze zauważył Dziad, na co obruszył się Szef

To nie jest smog! Tylko takie… ciężkie powietrze i dym.

Aha, nie no super. To faktycznie nie jest smog, ani trochę. Bo smog to chyba tylko w Krakowie, pod Wawelem w jaskini konkretnie. Szczęśliwie wiosna wydaje się już tuż, tuż. Na to cieszy się chyba wielu. Wreszcie mniej będzie się płaciło za ogrzewanie (kuźwa, zdziadziały się robię…), skrócą się spódniczki i wydłużą dekolty (a jednak nie tak do końca). Czy choćby będzie można wstawać jak będzie jasno, może trochę depresja mi się zmniejszy. Cieszy się też Szef.

Poczułem wiosnę i od razu zachciało mi się pracować...

Kuźwa super. Nareszcie, może przestanie przeczesywać to Allegro i OLX w poszukiwaniu najtańszych opon 8h dziennie.

...umyłem psa, posprzątałem chlewik.

A jednak poszukiwania oponek będą kontynuowane.

czwartek, 16 lutego 2017

Dzień dwieście trzydziesty dziewiąty- tak bywa.

Wiecie co jest podstawą funkcjonowania firmy? Obieg informacji. Im większa firma, tym większy to kłopot, ale tym ważniejsze jest jego rozwiązanie. Wiedzą to dziś już chyba wszyscy. W armii podstawą jest sieciocentryczność pola walki. Kamow w oficjalnym spocie reklamuje swoje śmigłowce tym, że mogą być serwisowane pod chmurką. Boeing możliwością integracji zarządzania do setką najróżniejszych dronów z przekazywaniem danych na bieżąco we wszystkie strony ze wszystkimi operatorami- inne śmigłowce, jednostki naziemne, lotnictwo, AWACS, centrum dowodzenia. Nikt nie ma wątpliwości co w bezpośredniej konfrontacji jest ważniejsze. Szczególnie od momentu, gdy byłe ZSRR przestało górować nad zachodem liczebnością.
Podobnie jest w firmach. Komunikacja nie jest jedynym wyznacznikiem sukcesu, ale bardzo go ułatwia i jak powiedziałem, wiedzą to dziś już wszyscy poza Urzędem. U mnie nikt, nic, nigdy nie wie. Jest zerowy obieg jakichkolwiek informacji. Idę z umową do skarbnika, pytam kiedy wypłacimy kasę, żebym mógł wpisać datę jakąś. “Napisz do 31 stycznia”. Napisane, umowa podpisana, przygotowuję całą resztę papierów do przelania kasy dla dyrektora wydziału finansowego. 
-Tu jest ta umowa, przychodzę szybko, żebyśmy wypłacili do końca miesiąca.
-Ja i tak nie wypłacę przed sesją na początku lutego.
“No i chuj, no i cześć”. Jakim cudem skarbnik ustalający budżet nie wie na jakich zasadach wypłacane są z niego środki, czy może w jakim terminie? Niewyobrażalne, ale ten tandem nigdy mnie nie zawodzi.
Dyrektor finansowego:
-Nie mogę tego podpisać, to ma być zrobione inaczej.
Idę spytać o to skarbnika:
-On jest pierdolnięty.
Podpisuje.
Logika? Nawet nie zaczynajcie jej szukać. Innych rzeczy też nie. Ja szukałem zbiorczego opracowania pewnych danych. Łażę po całym Urzędzie, nikt nie ma, ale jak będę miał to mam im też przynieść bo ważne, przyda się. Wreszcie w którymś z kolei biurze decydujemy, że trzeba zamówić, no bo przecież tak pracować nie można. Więc zamiast pytać, zaczynam chodzić zbierać chętnych. Jedno z ostatnich biur, w których byłem zapytać czy też są chętni:
-Na te dane?
I wyciągają mi z szafy to, czego szukałem ja i cały Urząd.
-Tak te, ale aktualne żeby były.
-Na 31 grudnia zeszłego roku to za mało aktualne?
-... skąd je masz?
-No jak to skąd, przecież Wydział X zamawia je co roku, dostali jeden egzemplarz więcej to mi dali.
Wydział X zamawia od lat co roku aktualizowane materiały, których potrzebuje cały Urząd. Nikt, nic nie wie. Finalizujemy zamówienie dodatkowych egzemplarzy…
Problemy też są zawsze ze sprzedażą mienia. Pod młotek idzie kamienica, ktoś ją kupuje, całością zarządza wydział nieruchomości. Nowy właściciel wpłaca należność i dostaje kluczyki, zaczyna remont. Bach. Dlaczego remont nie jest uzgodniony, przecież budynek jest zabytkowy. Bach. Dlaczego sprzedano budynek do wyburzenia na działce, do której po remoncie skrzyżowania za 2 lata nie będzie możliwości dojazdu. Bach. Dlaczego nikt nie skonsultował i zagwarantował kwestii pozostawienia na budynku syreny alarmowej zamontowanej za 20k zł 2 lata temu. Bach. Dlaczego ktoś stawiał syrenę alarmową na budynku do wyburzenia. Bach. Co to znaczy, że nie będzie dojazdu, przecież tam jest awaryjne ujęcie wody.

Nikt. Nic. Nie wie. A teraz największy żart- Urząd zapłacił X tyś plnów za program, który agreguje te wszystkie treści na warstwach dla całego obszaru- wszystkie studnie, zabytki, właściciele, urządzenia specjalne, statusy prawne, wszystko na nim jest. Licencja na nieograniczoną ilość stanowisk wewnątrz jednej instytucji. Zainstalowany od lat jest na dosłownie jednym komputerze, z którego korzysta jedna osoba, która głównie zajmuje się tam wprowadzaniem danych, do których nikt nie ma dostępu. I nikt o tym nawet nie wiedział...

czwartek, 9 lutego 2017

Dzień dwieście trzydziesty ósmy- zawsze coś.

Pamiętacie bardzo, bardzo dawno temu, gdy mój poprzedni dyrektor mówił o ograniczeniu dostępu do parku miejskiego dwóm grupom- psom i menelom? To dziś mamy inny problem, gdyż jedna z nich pcha się do urzędu i nie myślę o psach.
Z tym jest dość istotny problem, bo Urząd to jednak nie park i nie powinno się ograniczać jego dostępności ludziom. Ogółem. Bo mogą chcieć załatwić jakąś sprawę. Np. najebać się. I tak przeżywamy ostatnio swoiste oblężenie wszelkich meneli z okolicy, którzy wolą przyjść narąbać się na ciepłym korytarzu Urzędowym, niż być trzeźwym w ciepłym domu pomocy społecznej.
Komu oni szkodzą? Ktoś mógłby zapytać. Pomijam już wątpliwe walory zapachowe, bo jak i ja i Wy wiecie Szef śmierdzi też. Ale ci dodatkowo żebrzą o pieniądze (nawet do Szefa wszystkich Szefów), tankują wódę lub piwsko, jeden postanowił zrobić prezent sprzątaczkom i zeszczał się na fotel w poczekalni jednego z korytarzy. Fotel tapicerowany. Wszystkie biura wokół zwiększyły zużycie odświeżaczy powietrza i środków dezynfekcji o 300%.
Może to niezbyt miłe potraktowanie bliźniego, gdy po jego wizycie klamki pucuje się spirytusem salicylowym i wypsikuje pół puszki środka zmieniającego stan powietrza ze smrodu na smród w lesie. Tyle, że w tym samym czasie na tym samym korytarzu są np. rodzice z małym dzieckiem, którzy przyszli tu po akt urodzenia, a nie narąbać się w wygodnych okolicznościach przyrody.
Sam po każdorazowym "rendez-vous" po Urzędzie zacząłem myć ręce tak dokładnie, że koleżanki i koledzy z medycyny mogliby się ode mnie wiele nauczyć odnośnie sterylności. No dobra, przyznam, że wpływ miał na to również krwawy ślad na drzwiach jednego z ogólnopolskich marketów, którego pracownicy nie uznali za zasadne zmycie przez wiele dni.
W każdym bądź razie problem zaistniał i trzeba było go rozwiązać. Ci co piją są mniejszym problemem- zgarniają ich mundurowi. Ci co tylko koczują… no cóż. Nie można ich wywalić bo za długo siedzą. Powstała więc wielka burza mózgów w Urzędzie, co z nimi zrobić. I najtęższe głowy wymyśliły. Skoro menele okupują Urzędowe ławki i fotele to… usuńmy ławki i fotele. Nie ma czego okupować, nie ma problemu, oczywiste mój drogi Watsonie. Przy okazji jebać schorowane, stare baby również, tylko trują dupy, teraz przynajmniej nie będą przyłazić. I zniedołężniałym starcom też CHWD na 100%, raz się przelecą 3 piętra bo winda jak zawsze zepsuta i postoją godzinę w kolejce to się im odechce. Albo zachce, ale to jeszcze lepiej, bo toaleta dla petentów jest na parterze, więc jeszcze 2 razy zrobią tą trasę, pikawa na bank nie wytrzyma, więc niech się modlą, żeby choć pęcherz dał radę.

A właśnie jak o toalecie. Coś ostatnio jest ciągle okupowana przez kogoś, strasznie śmierdzi menenalami i alkoholem. Ciekawe czemu?

czwartek, 26 stycznia 2017

Dzień dwieście trzydziesty siódmy- Rip & Tear.

Zabić człowieka jest łatwo. Wiem jak to zrobić nawet gazetą. Szczęśliwie dla Dziada i Szefa trudno jest skutecznie pozbyć się zwłok i zatrzeć pozostałe ślady. Z drugiej strony bez problemu można zabić w człowieku całą chęć do roboty i nawet nie trzeba się z tym kryć.
Od pewnego czasu mamy w Urzędzie pewien problem. Który chyba widzę tylko ja. Brakuje nam… map. Nie żartuję. To poważny problem, który wyszedł przy okazji jednej z moich akcji jakiś czas temu. Na miejscu zdarzenia już wszelkie możliwe służby. I pojawia się problem. Musimy wyznaczyć sobie strategię działania. “Ok, weźmy mapę i zobaczmy”. Miało być jak na amerykańskich filmach. Awiatory na nosie, rozpięte koszule, radiostacje w rękach i mapa na masce radiowozu. Tyle tylko, że nikt nie posiadał mapy. Policja, straż pożarna i miejska, karetka… Kurwa, nawet kolesi z gazownictwa pytaliśmy.
Oczywiście ostatecznie wszyscy (poza Szefem) mamy smartfony, więc ratujemy się mapami Google, ale umówmy się, to nie jest najlepsze rozwiązanie w tej sytuacji. I ze skalą jest problem i z jakimś sensownym pokazywaniem sobie czegokolwiek nawzajem. Strażacy z wozu wyciągnęli tablet, ale ciągle to marne 10 cali.
Dlatego ucieszyłem się gdy zawitał w moje skromne progi przedstawiciel firmy robiącej mapy i plany na zamówienie. Wreszcie możemy nadrobić braki. A właściwie moglibyśmy…
Wpierw musiałem się spierać z Szefem. Ten staje okoniem, bo będzie trzeba coś robić. Samo zadzwonienie i zapytanie o cenę przekracza jego możliwości i wolę do pracy. Ale wreszcie go przekonałem, że zrobimy to z innymi i ilość pracy, a także (to ważne) odpowiedzialność rozmyje się między wszystkich. Usłyszawszy to ewentualnie się zgodził.
Poszedłem więc pytać po Urzędzie ile by potrzebowali, czy może mają jakieś potrzeby względem wymiarów, skali, danych. Wchodzę do pierwszych. “My mamy, nie potrzebujemy”, a za nimi wisi mapa z 1992 roku na którą wskazują. Brakuje na niej dosłownie całych osiedli. I to nie tylko dlatego, że wybudowano je przez ostatnie 25 lat, ale też dlatego, że kawałki mapy odpadają całymi płatami.
Idę do drugich. “Nie, nie. Wszystko wiemy, wszystko mamy w głowie.” Stary babsztyl nie kojarzy dobrze osiedla zbudowanego koło jej bloku w 2000. Osobiście to sprawdziłem, bo że złośliwością spytałem, czy wysłała już swoje dokumenty na ulicę X, którą od lat pomija bo nie wie, że taka istnieje… Kwestia jej notorycznego pomijania ulic miała już swój jeden finał w lokalnych mediach, więc i tak się może cieszyć, że tym razem kończy się moją drobną docinką.
U reszty nie było lepiej, ale udało mi się zgromadzić kilku chętnych tak, żeby ewentualne koszty rozłożyły się na tyle, że cena jednostkowa byłaby do zaakceptowania. Wróciłem więc żeby działać dalej, a tam Szef mówi, żebym wstrzymał się dobre 2 tygodnie bo teraz nie ma czasu. Przeglądanie karmy dla królików na Allegro widać jest bardzo zajmującym zajęciem i uniemożliwia mu przeczytanie maila, którego nabazgram. Bo oczywiście sam nie mogę wysłać maila bez jego zatwierdzenia, jak już wielokrotnie pisałem- nie ma zamiaru mi zaufać, bo nie. I liczy, że jak będę musiał się wstrzymać to mi się odechce i zapomnę. Z tym odechceniem to może mieć i rację, ale ja nie zapominam.

A, że dawno nie było tu żadnej nuty, a akurat nawinęła się pasująca mi do nastroju...