"Ludzie mówią, że powinienem być urzędnikiem. Piję dużo kawy i mam wszystko w dupie."
Zanim poszedłem do urzędu myślałem, i to całkiem poważnie, że to normalne miejsce pracy jak każde inne. Że rano pójdę do pracy i po 8 godzinach wrócę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Zmęczony, ale zadowolony- ze swojego dzieła, z wkładu w rozwój lokalnej społeczności no i z pensji. Moje wyobrażenie nie mogło być chyba bardziej mylne...
Oto zapiski z mojej pracy, spojrzenie “od wewnątrz” na pracę w jednym z polskich urzędów. Przy okazji zastrzegam sobie prawo do podkolorowania moich historii, ale o nie więcej niż 10%. ;)

czwartek, 20 kwietnia 2017

Dzień dwieście czterdziesty piąty- taki to pożyje.

Dziś był ciężki dzień. Bardzo ciężki. Nie wiem co odbiło Szefowi, ale postanowił siedzieć u mnie w biurze. Niemal cały dzień, dosłownie z sześć godzin. Normalnie ja nie wytrzymuję pół godziny z nim, a jeśli otwiera japę to dziesięciu minut, a tutaj od samego ranka taka szpila wbita. Po godzinie chciałem otworzyć okno i wyskoczyć z czwartego piętra wprost na nowe BMW 7 sekretarza Urzędu. Muszę iść mu podziękować, bo właśnie to mnie powstrzymało, że nie jestem pewien czy moja rodzina nie musiałaby opłacić szpachlowania dachu i czyszczenia beżowej skóry z moich żałosnych resztek. A sekretarz ma ten zwyczaj, że może nie przyjeżdża do pracy rano, ale za to siedzi do samiutkiego końca, żeby jeszcze stanąć przy drzwiach z zegarkiem w ręku. Kto pojawi się tam podejrzanie szybko od razu zjeżdża do pit stopu na szybki opierdol. Więc skoczyć nie miałem kiedy.
Siłą rzeczy więc próbowałem ratować się jak mogę. Kawka za kawką, jeśli brak magnezu w organizmie mnie nie zabije, to przynajmniej często mogę chodzić do kibelka. Jakkolwiek by to nie brzmiało- jedyna rozrywka tego dnia. Dziad postanowił sam też przerwać trochę monolog Szefa o hodowli świń właśnie wyczytaną informacją o odkryciu dwóch mężczyzn w uścisku w Pompejach. Ciężko stwierdzić jakie stosunki ich łączyły, może bracia, może ojciec z synem, może przyjaciele…
-Pedały. -stwierdził Szef z całą pewnością swojego bogatego doświadczenia i wiedzy w tej materii. I od razu dodał tonem znawcy -Karol Wielki też był pedałem.
-Nie był. -postanowiłem się wreszcie odezwać szczególnie, że mogłem wbić jakąś szpilę i sobie trochę ulżyć.
-No ten co podbił Mezopotamię. -kontynuował Szef.
-Nie podbił. -nie rozczarowuję się nim, bo bardziej już się po prostu nie da.
-Hm… -podrapał się po swojej chłopskiej mordzie.
-Aleksander Wielki. -podpowiedziałem pod nosem.
-No, Aleksander Wielki był pedałem. -jego radość była niemożliwa do ukrycia.
-Nie był homoseksualistą, był biseksualistą. -dlatego postanowiłem ją trochę utrzeć.
-A co to znaczy? -spytał całkiem poważnie.
-No, że raz z dziewczyną, raz z chłopakiem…- włączył się do wyjaśnień Dziad.
-Hm…- wyraz twarzy Szefa był typowy dla tych momentów, kiedy to rzeczywistość swoim skomplikowaniem zdecydowanie przekracza jego zdolności pojmowania świata. Po czym wrócił w bezpieczne tematy hodowli trzody chlewnej. A ja wróciłem do cierpienia i sprawdzania, czy sekretarz nie ma nic do załatwienia poza Urzędem. Niepisana zasada u nas głosi, że personel z wyższych części drabiny hierarchii wszędzie porusza się samochodem. Architekt miejski nawet swoje projekty podporządkowuje temu, żeby móc je nadzorować nie wysiadając z samochodu. Jestem pewien, że sekretarz podjechałby samochodem po gazety do kiosku, który jest po przeciwnej stronie ulicy. I to nie szkodzi, że z biura ma dalej do samochodu niż do wspomnianego kiosku. Szczęśliwie będąc sekretarzem nie musi kupować gazet, bo ma od tego ludzi.
Wyjątkiem w tej układance jest oczywiście Szef. Ten mimo oficjalnego statusu dyrektora, nie zachowuje się jak jeden. Więc ujmuje honoru i powagi stanowiska poruszając się o własnych nogach zazwyczaj i to może lepiej dla ogółu. Po sześciu godzinach trucia dupy zniknął z Urzędu, bo udało mu się znaleźć jakikolwiek powód, dla którego nie musiał już siedzieć. Byłem szczęśliwy do momentu, kiedy zaczął do mnie wydzwaniać. Okazało się, że spotkał jakiegoś kolegę i postanowił dać mu w prezencie trochę wybrakowanego sprzętu z magazynu. Więc pilnie mam wziąć kluczę i zejść na dół, za pięć minut podjedzie pod Urząd.
Mija kwadrans, a go ciągle nie ma. Już zaczynałem się zastanawiać, czy może nie wrócić do biura zamiast stać na deszczu, ale wtedy też podjechał swoim rydwanem. Widziałem różnych kierowców- lepszych i gorszych. Sam nienawidzę ruszać pod górkę, to główny powód dla którego chciałbym mieć automatyczną skrzynię. Ale takiego, któremu wóz szarpie na prostej, pustej drodze to od czasu nauki jazdy nie spotkałem, a jeśli dodam do tego, że ma trzydzieści lat doświadczenia za kółkiem, to już w ogóle ciężko mi to pojąć. Od razu przestałem się dziwić, dlaczego jadąc do miasta wojewódzkiego zostawia samochód na parkingu gdzieś na obrzeżach i dalej porusza się komunikacją miejską…
Ale cóż, wolę już tak, niż drałować piechotą szczególnie, że deszcz leje, a w perspektywie mam podwózkę do domu. Przynajmniej będę szybko i gdy tak myślę o miłych rzeczach widzę, że skręca szybę i drze mordę do jakiegoś alkoholika na pasach. Nie, serio- spojrzelibyście to przysięgam, typowo stereotypowy alkoholik, tylko nie taki typu bezdomnego menela. Jak się okazuje, jego kolega. Może kiedyś o tym napiszę, ale Szef ma tylko takich kolegów. A ten dalej krzyczy i zjeżdża na ścieżkę rowerową, bo akurat teraz musi załatwić z nim kwestię zlecenia przekopania ogródka. No już myślałem, że może ja pójdę jednak dalej piechotą, ale intensyfikacja opadów mnie przed tym powstrzymała. No trudno, czekam. Wreszcie gdy ugadał sprawę i jedziemy dalej zagaił:
-Ten to ma życie, nie?
-Nooo… -wydałem z siebie odgłos sugerujący odrobinę współczucia.
-Nie pracuje, cały dzień wolny, tylko spotkania AA i dorobić na lewo ile chce, jedzonko z jadłodajni Caritasu, ciuszki ekstra też, żyć nie umierać!

czwartek, 6 kwietnia 2017

Dzień dwieście czterdziesty czwarty- więzienie to stan umysłu.


Pies mojej mamy jest dziwny. Pod wieloma względami, ale między innymi dlatego, że sra w ruchu. Widocznie gdzieś się zawsze bardzo spieszy. Minusów tego rozwiązania jest przynajmniej tyle co plusów. Jednym z nich jest to, że raz osrał sobie piętę, a ja do dziś mu to wypominam, choć nie wygląda jakby się przejmował czy brał to do siebie. Drugi jest taki, że ciężej wszystko pozbierać, bo zamiast jednej (nomen omen) kupki mamy dłuższą linię. A, że po psie się sprząta to sprawa oczywista. Czyż nie? No okazuje się, że nie dla wszystkich i dobrze zgadujecie, że pod tym pojęciem kryje się Szef.
-Ja tam nie sprzątam po swoim psie, bo robi u siebie.
-Gdzie u siebie?- dopytuje Dziad.
-Na osiedlu. To w końcu spółdzielnia, a więc własność nas wszystkich, więc też moja.
Czyż to nie oczywiste? Jak jest nasze, to wiadomo, że można nasrać na środku i wszystko jest ok. Od razu mi się przypomina jedna rasa kosmitów z jedynego polskiego serialu, który warto obejrzeć (tak, piszę o Kapitanie Bombie).
Przecież wiadomo, że nasze znaczy nas wszystkich i jak lubimy nasrać sobie w salonie, tak też lubimy na chodniku. Druga popularna w Polsce definicja słowa wspólne to “niczyje”. Czyj jest śmietnik na ulicy? Wszystkich, czyli nikogo, no to można wywalić, spalić, cokolwiek. W końcu niczyje, więc nikt na tym nie straci. I okazuje się, że Szef wyznaje obie definicje słowa wspólne.
-No bo jak to ktoś nigdy nie ukradł? Każdy kradnie. Ja jak mam okazję to też coś tam zabiorę. Leżą sobie jakieś paliki no to co?
No nie wiem. Nie wiem też jak Wy, ale ja się bez bicia przyznaję, że coś w życiu ukradłem i do dziś męczą mnie wyrzuty sumienia. W czwartej klasie szkoły podstawowej zapomniałem zapłacić za zdjęcie siedemdziesiąt groszy. Źle się z tym czuję, ale mimo, że wiem gdzie mieszka nauczycielka, której jestem dłużny, to przyjście tam po dobrych piętnastu latach mogłoby być jeszcze bardziej obciachowe.
Gdy o obciachu myślę to od razu przypomina mi się potomek Szefa. Idąc w ślady starego zapuszcza dziewiczy wąs pod nosem. Nie wiem jak to teraz się w gimnazjum załatwia, ale za moich czasów to się delikwenta goliło na sucho żyletą. Tak wiem, chodziłem do patologicznej szkoły- jedna z najgorszych pod względem sprawowania. I plot twist- jedna z najlepszych pod względem nauki. Paradoks. Koleś, który wrzucił na religii do metalowego kosza na śmieci petardę doprowadzając katechetę do stanu przedzawałowego miał średnią 5,3. I nauczyciele błagali go o udział w konkursach. W szkole miałem też gościa, którego średnia w trzeciej klasie gimbazy wynosiła 6,0.
Ale trochę odszedłem od tematu. Trochę- bo potomek Szefa, noszący (co widać z daleka) te same geny, chodzi do tej samej szkoły, co chodziłem ja. A jak wszyscy wiecie ostatnio miłościwie nam panujący stwierdzili, że ludzie za długo żyli w spokoju i pora ponownie wywrócić system oświaty do góry nogami. A jak tak, to co? Strajk nauczycieli. U nas akurat obeszło się bez drastycznych scen, większość jednak pracowała, a za strajkujących było zastępstwo i zajęcia odbywały się normalnie. W większości, tam gdzie się nie dało gówniaki miały bonusową godzinę wychowawczą. Podawali tą informację w regionalnym radiu. Powołując się na konferencję prasową lokalnego burmistrza. Na której wystąpił dyrektor wydziału edukacji. Ale zstępny mojego Szefa powiedział mu, że zajęcia odwołane. Komu uwierzył mój przełożony? Radiu i samorządowcom, czy synowi?
-Mój syn nie kłamie.
W związku z czym miał bonusowy dzień weekendu. Coś mi się wydaje, że ktoś tu popełnia dość poważne błędy wychowawcze. Mówi się “nie ucz ojca dzieci robić”, ale mimo braku własnych chyba mógłbym szepnąć parę dobrych rad. Mógłbym, gdybym nie miał na to tak bardzo wylane.

czwartek, 30 marca 2017

N11- dom wariatów.

Zasługuję na order. Przynajmniej z ziemniaka, ale zawsze. Za to, że jeszcze nikogo nie zabiłem, a obracając się w obszarach zdominowanych przez kretynów jest to wyjątkowo trudne, żeby się powstrzymać. To, że w robocie mam ćwierć mózgów to wiecie nie od dziś i nie od wczoraj. To czego nie wiecie, to z jakimi ludźmi muszę dzielić przestrzeń życiową po wyjściu z Urzędu. A uwierzcie mi, sąsiadów mam prosto z wariatkowa. Ot, urok mieszkania w centrum miasta, gdzie kamienice uległy degradacji i zasiedleniu przez przynajmniej podejrzany element społeczny i dopiero od niedawna następuje ponowne, mozolne odzyskiwanie prestiżu sfery centrum (wasze ulice, nasze kamienice, aj waj).
Możecie powiedzieć, że jestem zbyt brutalny w osądzie, że dziś trochę za łatwo rzucamy na prawo i lewo “patologią”, ale jeśli tak uważacie, to za parę minut zmienicie zdanie. A sam aż nie wiem od czego lub kogo zacząć. Więc tak trochę bez ładu i składu parę historyjek z życia mnie i mojej kamienicy.
Lato, dość ciepły dzień, wracam zmęczony ośmioma godzinami bezczynności. Otwieram drzwi na klatkę schodową i uderza w moje nozdrza tradycyjna mieszanka smrodów wszelakich. Niestety, piwnica wali strasznie i dlaczego tak się dzieje wyjaśnię dziś dwa razy. Człapię po schodach na swoje pięterko i ledwo zdążyłem włożyć klucz do zamka, a słyszę jak drzwi nade mną się otwierają i świńskim truchtem zbiega sąsiad. As nad asy, wystarczy jedno spojrzenie w jego oczy żeby dostrzec dalece zaawansowane szaleństwo. Zresztą nie trzeba patrzeć w oczy, wystarczy przejść się w pobliżu drzwi do kamienicy, gdzie lubi wystawać topless nawet zimą. Nie dziewczyny, nie nakręcajcie się chyba, że lubicie bojlery w sile wieku. Tym razem nie był nawet topless, zbiegał w samych slipach i już od półpiętra mnie wywołuje. “No i chuj, no i cześć” cytując klasyka. Podbiega zziajany i spocony, nazwijmy go na nasze potrzeby Andrzej.
-Co jest panie Andrzeju?
-Panie kochany, czujesz pan?
-Co mam czuć?
-Smród.
-No codziennie czuję.
-Ale smród sików.
No jakby się tak zastanowić, to faktycznie w tej mieszance czuć trochę charakterystycznego amoniaku.
-No może czuję. I co w związku?
-Panie, to ta kurwa, alkoholiczka Zosia, szcza w piwnicy bo się jej do mieszkania iść nie chce!
Zosia, imię oczywiście zmienione, to sąsiadka mieszkająca jeszcze nad Andrzejem. Faktycznie jest alkoholiczką, zawsze woniąca wódą, podobno była kurwą, a jak się okazało faktycznie sika w piwnicy, bo nie chciało się jej chodzić do mieszkania. Wyszło w czasie konfrontacji z nią i właścicielem kamienicy. Uprzedzając- nie, w piwnicy nie ma toalety.
I temat smrodu z piwnicy pociągnijmy dalej. Na parterze jak to zwykle bywa lokal usługowy, w tym wypadku kawiarenka. Koleś, który ją otworzył robił remont. Zabawny człowiek, zawsze gdy się widzimy płacze mi jak słabo idzie. Ostatnio zacząłem już mu dawać chusteczki, bo trochę boję się, czy łzy nie poplamią skóry w jego nowym Porsche i sugerowałem, żeby może podjeżdżał tu dalej swoim mercem AMG, ma go już rok więc nie będzie żal jak się pobrudzi. Więc ogółem wie co robi z biznesem i w czasie remontu mocno zaczął mu przeszkadzać ten smród z piwnicy. Jako człowiek przedsiębiorczy wziął sprawy w swoje ręce i zapuścił się w te mroczne kazamty. Chwilę później widząc mnie wracającego z mojego gułagu macha, woła z daleka i biegnie do mnie, a echo uderzających w pięty japonek niesie się połową deptaku.
-Chcesz chusteczki?
-Nie, nie, nie dziś. Dzwoń do właściciela.
-Co się stało?
-Dzwoń, niech szybko przyjeżdża, zaraz sam zobaczysz.
Dziesięć minut później stoimy w trójkę w śmierdzącej, ciemnawej piwnicy i biznesmen tłumaczy.
-Ja tutaj przyszedłem, bo mi coś śmierdziało i chciałem sprawdzić co to. No i tak najmocniej śmierdziało i coś hałasowało z tej tu piwnicy. I ja przepraszam, ja wiem, że się włamałem do kogoś, no ale musiałem sprawdzić to chłopakom od ścian kazałem drzwi z zawiasów wyjąć… No a tam… No sami spójrzcie.
Zaglądamy do piwnicy, której drzwi zamiast na zawiasach trzymają się na zamkniętej kłódce. Smród z niej wydobywa się nieprzeciętny, przy drzwiach jest szeroka deska, a podłoga wyścielona skoszoną trawą czy innym sianem po którym skaczą… króliki. Andrzej hodował w ciemnej, pozbawionej okien piwnicy w centrum miasta króliki… Hodował, bo dostał prikaz, że albo one znikną w trybie natychmiastowym albo on.
Teraz ma kota. Choć w sumie nie wiem, może on, może Zosia, może córka Zosi. Któreś z nich ma tego małego, futrzastego skurwiela. Przysięgam, on (lub ona, nie potrafię rozróżnić płci kota) będzie pierwszą ofiarą mojego szału. Ostatnimi czasy drze mordę non stop, nawet w środku nocy. Co jest cholernie denerwujące dlatego pewnie jego kochana właścicielka (podejrzewam jednak familię Zosi) wywala go z mieszkania na klatkę schodową. Pewnie po to, żeby każdy w całym pionie mógł cierpieć w równym stopniu. Co gorsze, jest w zdecydowanej większości czarny, a klatka schodowa dość… hm… kompaktowa. Ile razy już osiągałem stan przedzawałowy wracając po zmroku na chatę nie jestem w stanie zliczyć, bo ten gnój wywalony przez kochającą właścicielkę siedział gdzieś na schodach przy drzwiach i zrywał się do biegu gdy zapalałem światło… Pomysły mam dwa- albo zostawię raz otwarte drzwi, żeby spokojnie sobie zwiał i przy odrobinie szczęścia nigdy już tu nie wrócił, albo podrzucicie mi dobry pomysł jak go ugotować. Na razie wiem tylko, żeby opalić sierść nad ogniem.

czwartek, 23 marca 2017

Dzień dwieście czterdziesty trzeci- ploteczki.

Strach, szok, niedowierzanie. Szef wreszcie wybrał opony do zakupu, jestem cholernie ciekaw, co teraz będzie w pracy robił. Bo w to, że pracował to raczej nie wierzę.
Jak wiecie byłem na tym szajsowatym szkoleniu, niewiele z niego wyniosłem poza paroma długopisami. Głównie dlatego, że reszty za dobrze pilnowali. Ale największą wartością dodaną była możliwość usłyszenia paru ciekawych plotek. Jestem jedną z tych osób, którym można powiedzieć wszystko i nie martwić się, że zacznie to żyć swoim życiem. Czyli idealne przeciwieństwo Szefa, o którym też były ploteczki, ale nic nowego co by mogło Was interesować. Jest jedna, która interesowała mnie, ale niestety informator był niezwykle powściągliwy i mimo ciągnięcia za język i podsuwania pod nos szkoleniowych ciasteczek nie chciał puścić pary z ust. A ja to szanuję, więc na siłę z niego nic nie wyciągałem.
Ale dowiedziałem się czegoś nowego o Dziadzie. Tzn- przeciętnie nowego, właściwie starego ale w nowym kontekście. Okazuje się, że Dziad cieszył się dobrymi notowaniami w innych urzędach. Rzecz dla mnie nie do pomyślenia, ale okazuje się, że całkiem logiczna. A wszystko zawdzięcza… Szefowi. Nie, nie, nie zrobił on niczego z dobrego serca, po prostu był sobą. Wszyscy wiedząc jaki jest litowali się nad Dziadem- bo on już tyle lat musi to znosić, nie można mu dokładać, wiadomo, że nie robi wszystkiego dobrze- a właściwie dobrze robi niewiele rzeczy, no ale trzeba mu troszkę pomóc. Zupełnie niechcący Szef sprawił, że Dziad miał bonusy do kontaktów z innymi.
A jeśli jesteście uważnymi czytelnikami to zauważyliście, że piszę to w czasie przeszłym. Miał, bo już nie ma. Ba, powiem więcej- teraz ma krechę, minus tak wielki, że niektórzy sugerują, że może być nawet większy niż Szefa, no a przynajmniej równy. I to, co trochę zabawne, również dzięki byciu sobą, o czym ja już wiem i z czym żyję od lat.
Była impreza urodzinowa. Jeden z naszych wspólnych znajomych świętował okrągłe urodziny. Wszyscy postanowiliśmy więc, że nie można być złamasem i powinniśmy otworzyć sakiewki i sypnąć grosiwem. Grosz do grosza… no wszyscy znamy wiele powiedzeń. Problem był tylko taki, że za bardzo nie miał kto wyskoczyć po prezent dla niego. Jaki może być dobry prezent dla wieloletniego urzędnika? Wazelina? Łapówka? My pomyśleliśmy, że całkiem dobrze sprawdzi się pióro lub długopis. Taki wiadomo, przeciętnej jakości Parker (jakbyście chcieli mi zrobić niespodziankę, to ja marzę o czymś takim- klik), akurat nas, niezbyt majętnych urzędników stać. Sprawa była już, jak to mówi mój znajomy, obruchana. Wystarczyło, żeby Dziad wziął pieniądze i poszedł do wyznaczonego sklepu, w którym sprzedaje kolega naszego kolegi dokładającego się do przedsięwzięcia, który miał już odłożony odpowiedni przyrząd do pisania. I poszedł.
Ale na miejscu okazało się, że Dziad jest Dziadem. Koleś wyłożył mu długopis, podał cenę, nabił na kasę. Cena jak za zwykłego Parkera, nic ekskluzywnego. A Dziad chce to mieć jeszcze zapakowane i w torebce. Nie oszukujmy się, papier, sznurek i torebka kosztują jakieś 20% ceny tego pióra, więc sprzedawca mówi spoko- tam jest dział z pakowaniem, proszę iść i sobie wybrać, kupić i zapakować.
I tu Dziada strzeliła cholera. Urządził kolesiowi potężną awanturę, że co on sobie w ogóle wyobraża, że on kupuje tak drogi długopis (pióro kulkowe) i nie dostanie darmowego papieru? Torebki? Co to za zwyczaje? Co to za dzicz? Afera była tak wielka, że facet w końcu sam, ze swoich pieniędzy zasponsorował nam pakowanie, żeby tylko pozbyć się Dziada ze sklepu.

Od tego momentu nie ma on co szukać w którymkolwiek z urzędów w promieniu 30 km.

czwartek, 16 marca 2017

Dzień dwieście czterdziesty drugi- wezwijcie karetkę.

W życiu jak w seksie. Albo macie zaufanie, albo musicie uważać żeby nie wylądować z palcem w dupie. A mając w pamięci przysłowie “daj palec, wezmą całą rękę” to cieszyć się wypada, że tylko palcem. Nie inaczej jest u mnie w robocie, a ponieważ Szefa nie darzę jakimkolwiek zaufaniem to staram się mieć oczy dookoła głowy i ciągle ściśnięte pośladki. Niestety czasem opuszczam gardę…
Jeśli wydawało Wam się, że telefony o których pisałem w zeszłym tygodniu na tym się zakończyły, to jesteście w błędzie. Pierwsze co zrobiłem po przyjściu do biura to oczywiście chwyciłem dokumenty od obowiązkowego szkolenia, na które mam jechać, a które okazuje się obowiązkowym nie być. Zgłosił mnie dość późno i nie dostaliśmy potwierdzenia, więc dzwoniłem jeszcze z nadzieją, że skoro liczba miejsc jest ograniczona, a także obowiązuje kolejność zgłoszeń, to mnie nie przyjmą. Przyjmą. Mimo zamknięcia przyjmowania zgłoszeń i tak przyjmują bo mają pełno wolnych miejsc. No w końcu jakim trzeba być debilem, żeby zapisać się na opcjonalne szkolenie trwające osiem godzin w piątek z dojazdem w jedną stronę dwieście kilometrów?
No i teraz jeszcze muszę tą trasę obskoczyć. Mógłbym samochodem. Mógłbym, ale mogę jedynie spojrzeć na smutne, puste miejsce parkingowe pod oknem.
Ano tak, heh… No cóż, witaj z powrotem mój odwieczny wrogu, PKP. Jakbym chciał zdążyć, to musiałbym rozpocząć podróż jakoś przed szóstą rano. A zakończyć? No cóż, to PKP, więc koniec zależy od łaskawości bogów… Postanowiłem jeszcze ratować się, że może ktoś z okolicy jedzie i by mnie zabrał ze sobą. Więc zaczynam dzwonić od najbliższych, geograficznie, sobie.
-Cześć, w piątek jest to szkolenie, jedzie ktoś od was?
-Ocipiałeś? Jakim trzeba być debilem, żeby…
Faktycznie, trzeba być. Jednak wreszcie znalazłem jednego takiego jak ja i wyjazd jakoś jest ustawiony. Nie to, żebym się nie cieszył na spieprzony piątek… Ale wytłumaczcie mi, jaki kretyn organizuje szkolenia w piątek? I do tego dzień św. Patryka. Z pewnością nikt poważny…
A gdy jesteśmy już o poważnych ludziach to niech będzie taka puenta na zakończenie dzisiejszej notki. Idę z koleżanką z innego biura, do kolegi z jeszcze innego biura. Sprawa powiedzmy, że dość ważna, tak oceniłbym jej ważność na kilkaset tyś, no może do miliona nowych polskich złotych. Rozmawiamy z nim, coś tam ustalamy, on w biurze siedzi z dwoma innymi osobami. Nie jest to coś, co nas zadowoliło, więc do tematu postanowiliśmy wrócić dnia następnego, przemyśleć, może trochę strategię zmienić. Dobrą dobę później znów do niego idziemy.
-Cześć, słuchaj odnośnie naszej wczorajszej rozmowy…
-My wczoraj nie rozmawialiśmy.
-Co? No przecież byliśmy tu wczoraj i mówiliśmy…
-Nie było was tu wczoraj.
-Darek, przecież doskonale wszyscy wiemy, że tu byliśmy w dokładnie tym samym składzie.
-Nie.

cojestgrane.swf

czwartek, 9 marca 2017

Dzień dwieście czterdziesty pierwszy- sex over the phone.

Jestem chory. I to nie w przenośni, ale dosłownie. Wystarczająco, żeby mieć L4, nie wystarczająco, żeby cierpieć. Przynajmniej łykając Ketanol jak tic taci i okład z piersi w trakcie zabiegu.
-Boli?
-E-e.
-Nie wiem jak pan to wytrzymuje...
-Mah shohe shohohy.
Jak oni nas w ogóle rozumieją? Będę musiał zapytać o to następnym razem. W każdym bądź razie- cieszę się odpoczynkiem, łykam 3 tabletki na 12h i jest mi dobrze.
A przynajmniej powinno być, bo skoro świt dnia następnego, gdy co prawda już jedno oko mam otwarte, ale ciągle leżę w łóżku myśląc, czy to czas na siku czy Ketanol, dzwoni telefon. Zgadliście, Szef. Już mi pieprzy, czy za dwa tygodnie jestem zajęty, bo muszę jechać na szkolenie. Kuźwa, nie mogło to poczekać aż wrócę? Albo choć do dziewiątej? Przecież wszyscy wiemy, że jeśli szkolenie jest obowiązkowe, to nie ma innej opcji niż ja i pytanie o to jest bezsensu. Szczególnie skoro świt, gdy zdrowieję na L4.
Ale to jeszcze nic. Bo jak byłem zdrowy ilość jego telefonów przekroczyła wartość krytyczną. Godz. 15.40, leżę sobie po ciężkim dniu w pracy i czytam Conana Barbarzyńcę. Dzwoni telefon, Szef. A by go sraczka dopadła.
-Czego?
-Słuchaj, ubierz się i idź na Podgórną.
-Po co?
-Bo dzwonili do mnie, że coś tam coś tam i dobrze by było, jakby ktoś z nas się tam pokazał.
-Po co?
-No, żeby się pokazać.
-Żeby się pokazać, to ja już na dziś pracę skończyłem.
-My pracujemy całą dobę.
-Nie, ja pracuję 8h dziennie od siódmej do piętnastej.
-Hehe, no tak jest zapisane, ale w rzeczywistości nie.
-W rzeczywistości tak.
-To nie pójdziesz?
-Nie.
No, wracam do “Feniksa na ostrzu miecza”. Nie minął jeden rozdział, telefon. Tak, znowu Szef.
-No?
-Słuchaj, ja tu jestem. Nic się nie dzieje.
-No i?
-No i jeszcze tu chwilę pobędę, pokręcę się, żeby mnie widzieli.
-Ok, nara.
Co mnie obchodzi, gdzie on się kręci. Dalej Conan, ogółem polecam, ale wydanie dość kijowe- A4, twarda oprawa, ponad 700 stron, ciężko się czyta w łóżku, noż do cholery telefon.
-No co tym razem?
-Ja tu się zwijam, mówię ci, nic do roboty, w ogóle nie wiem po co do nas dzwonili.
-To ja nie wiem, po co do mnie dzwonisz, robotę skończyłem ponad dwie godziny temu.
-No ale żebyś wiedział.
-To mi powiesz jutro w robocie… No jprdl…
Aż mi się czytać odechciało, co za patafian. I dzwoni znowu…
-Kurwa mać, to ostatni raz jak odbieram dziś telefon, czego?
-Słuchaj, zapisz sobie imię i nazwisko i numer, zanieś to jutro z rana do Szefa wszystkich Szefów, bo ja sobie biorę wolne, za nadgodziny dziś.
Boże, daj mi cierpliwość, bo jak dasz mi siłę zabiję. No nic, zapisałem sobie, odłożyłem na bok, wreszcie mogłem się cieszyć zasłużonym odpoczynkiem z silnym postanowieniem nie odbierania kolejnych telefonów, co ułatwił fakt, że więcej ich nie było.
Następnego dnia z samego rańca, ale z doliczeniem czasu na kawę i prasówkę, poszedłem do Szefa wszystkich Szefów, żeby dostarczyć mu to, co chciał.
-Dzień dobry, ja tutaj mam dla pana ten numer telefonu.
-Jaki numer telefonu?
-No tej pani z wczoraj, Szef mówił, że będzie pan chciał.
-I co ja mam z tym zrobić?
-Nie wiem?
-Zadzwonić do niej? A po co?
-Nie wiem?
-Kurwa, nie po to mam 400 urzędników, żebym sam się wszystkim zajmował, weź to zanieś do kogoś.
No ja nie mogę, bez przesady, co tu się właśnie odwaliło? Wracam do swojego biura, siadam i myślę co z tym fantem zrobić. Dzwoni telefon. Szef.
-No i jak, zaniosłeś mu numer?
-Zaniosłem.
-I co mówił?
-Żebym spierdalał, bo go to nie interesuje.
-Yhm, yhm… No myślałem, że będzie go chciał…

Nie myśl. Błagam.

czwartek, 23 lutego 2017

Dzień dwieście czterdziesty- martwe ryby płyną z prądem.

Czuję się jak gówno, więc pójdę po najniższej linii oporu. Tą są oczywiście cytaty Szefa. Ten jest dla mnie sporym problemem, negatywnie wpływającym na moje samopoczucie. Na wielu płaszczyznach. I o wielu z nich już wiecie, o tym o czym może nie wiecie, to jego podejście do pieniędzy. “Hola, hola, przecież to już wiemy”. Wiecie, ale nie o bardzo konkretnej rzeczy, która wychodzi zawsze mniej więcej w tym okresie roku, gdy dostajemy PITy i składamy pierwsze wnioski do funduszu socjalnego. Tam zasada jest prosta- pomoc zależna jest od zaszeregowania do grupy zarobków, wg dochody na osobę w gospodarstwie domowym. Zawsze w tym czasie słyszę jak Szef narzeka Dziadowi

Ja jestem w tej samej grupie co Młody, zarabiamy mało.

Fajnie byłoby, gdyby ćwok dodawał, że w moim gospodarstwie domowym jest jedna osoba, a w jego trzy. A do tego oczywiście ukrywa część dochodów, więc PIT i tak ma zaniżony. I tej narracji o tym, że jesteśmy na tym samym poziomie zarobków trzyma się rękoma i nogami przy każdej możliwej okazji. Przy okazji kupna samochodu też.

Teraz akcyza wzrośnie, stracą na tym najbiedniejsi, tacy jak my.

No tak, jasne. Dlatego dobrze, że w czasie pracy szuka po Allegro najtańszych, używanych opon całorocznych. Ostatnio tylko 40 minut wisiał na służbowym telefonie dogadując się z kolesiem i próbując jeszcze zbić cenę dostawy umawiając się na odbiór osobisty gdzieś w połowie drogi.
Innym gorącym tematem, po temacie akcyzy, był i nadal jest smog. Ja z nim tak dużego problemu nie mam, mieszkam na Północy. Nie to co Ślunsk gdzie oddycha się wunglem, czy Krakusy biegające z maczetami, żeby móc pociąć sobie powietrze przed zrobieniem wdechu. Co nie znaczy, że smogu nie ma w ogóle. Niestety tu też sporo ludzi pali śmieciami lub gównem (“a czym mają palić jak są biedni?” na nowo wybudowanym osiedlu domków jednorodzinnych…), a i czasem zdarzają się dni mniej wietrzne, gdzie to wszystko zalega nad miastem. I w taki jeden ciężki poranek szliśmy do roboty, co już w biurze zauważył Dziad, na co obruszył się Szef

To nie jest smog! Tylko takie… ciężkie powietrze i dym.

Aha, nie no super. To faktycznie nie jest smog, ani trochę. Bo smog to chyba tylko w Krakowie, pod Wawelem w jaskini konkretnie. Szczęśliwie wiosna wydaje się już tuż, tuż. Na to cieszy się chyba wielu. Wreszcie mniej będzie się płaciło za ogrzewanie (kuźwa, zdziadziały się robię…), skrócą się spódniczki i wydłużą dekolty (a jednak nie tak do końca). Czy choćby będzie można wstawać jak będzie jasno, może trochę depresja mi się zmniejszy. Cieszy się też Szef.

Poczułem wiosnę i od razu zachciało mi się pracować...

Kuźwa super. Nareszcie, może przestanie przeczesywać to Allegro i OLX w poszukiwaniu najtańszych opon 8h dziennie.

...umyłem psa, posprzątałem chlewik.

A jednak poszukiwania oponek będą kontynuowane.