"Ludzie mówią, że powinienem być urzędnikiem. Piję dużo kawy i mam wszystko w dupie."
Zanim poszedłem do urzędu myślałem, i to całkiem poważnie, że to normalne miejsce pracy jak każde inne. Że rano pójdę do pracy i po 8 godzinach wrócę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Zmęczony, ale zadowolony- ze swojego dzieła, z wkładu w rozwój lokalnej społeczności no i z pensji. Moje wyobrażenie nie mogło być chyba bardziej mylne...
Oto zapiski z mojej pracy, spojrzenie “od wewnątrz” na pracę w jednym z polskich urzędów. Przy okazji zastrzegam sobie prawo do podkolorowania moich historii, ale o nie więcej niż 10%. ;)

czwartek, 14 września 2017

Dzień dwieście pięćdziesiąty ósmy- wsiąść do pociągu byle jakiego.

Lubię delegacje, takie jednodniowe. Wszystko, byleby tylko nie siedzieć kolejnego dnia w biurze. Czy to jadąc samochodem, czy pociągiem, zazwyczaj tylko nieznacznie dłużej niż zazwyczaj muszę pracować. Szczególnie lubię dwa konkretne wydarzenia, które wydarzają się w regularnych interwałach czasowych. Wizyta w magazynie centralnym i szkolenie.

Na pierwsze dostaję i samochód i kierowcę z Urzędu, więc żyć nie umierać. Podwózka od drzwi do drzwi, tylko w międzyczasie trochę roboty fizycznej, bo sprzęt pakować i rozpakować, to ładne kilkaset kilo do dźwignięcia, a w międzyczasie papierologia. Szkolenie jest jeszcze lepsze, gdyby nie przymus korzystania z PKP. Z ciapolągami zawsze na dwoje wróżyła- tzn. na bank nie będzie czasowo, ale możecie trafić albo na czysty i nowy skład, albo na zasyfiony i stary. Za to samo szkolenie odbywa się sto metrów od dworca i rok rocznie jest dokładnie to samo, więc jedyne co robię to podpisuję listę, zbieram materiały, wypijam kawkę, jem kanapeczkę i idę na pierwszy powrotny. Prowadząca już nawet nie zwraca na to uwagi, tylko na wejściu pyta czy kawę zdążę z nią wypić. Nie patrzcie tak na mnie, jestem jedyną osobą na tym szkoleniu, która jest co roku- tak sobie to mój Urząd wymyślił.
Szczytem, szczytów była jedna z moich delegacji, gdzie dosłownie jechałem do magazynu po jedną sztukę sprzętu, którą równie dobrze mogliby nam przysłać pocztą. Ale szefostwo wymyśliło sobie, że jeszcze po drodze zabierzemy dwoje innych urzędników na konferencję trwającą dobre trzy godziny. Obskoczenie magazynu to dziesięć minut licząc z dojazdem, szczęśliwie po przeciwnej stronie ulicy znajduje się centrum handlowe. A gdzie lepiej stracić trzy godziny życia, niż w Ikei? Ok, wiem że lepszych miejsc jest multum, ale ciągle jednak mam jakieś granice co do rzeczy, jakie robię (mimo wszystko) w czasie pracy. Hej, nie patrzcie tak na mnie, i tak musiałem czekać na koniec konferencji. I nie ja to wymyśliłem. Przynajmniej chlebak mam ładny.
Żeby było zabawniej, szczyt, szczytów przyjdzie mi zdobywać po raz kolejny. Znów mam jedną sztukę sprzętu do odebrania i mimo braku innych zadań do wykonania to po prostu nie można go wysłać pocztą. Więc tym razem wezmę po prostu swoje cztery kółka i… hm, potrzebujecie coś z Ikei?
Jednak jak głosi stare porzekadło nosił wilk razy kilka ponieśli i wilka, albo trafiła kosa na kamień, albo przyszła kryska na matyska, albo przyszła krasa na… I dowiedziałem się, że mam jechać na kolejną delegację. Tym razem cały tydzień. W okolice polskiego bieguna zimna. W towarzystwie najbardziej przeze mnie znienawidzonego urzędnika ze wszystkich ościennych urzędów, którego utopiłbym w garści piasku. Ale gdyby tego było mało i ta obrzydliwa kreatura nie powodowała u mnie wykładniczego przyrostu nienawiści w odpowiednim tempie, to dostanę jeszcze jednego współuczestnika. Nie, nie Dziada. Szefa. Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił? Niedługo spędzę tydzień przy granicy Rosyjskiej i Białoruskiej z dwoma najbardziej znienawidzonymi przeze mnie urzędnikami, do których poziom pogardy mam tak wysoki, że ledwo starcza na wstrzymanie się przez te codzienne osiem godzin. Trzymajcie za mnie kciuki. Ślijcie modlitwy. Możecie też zapalać świeczki w oknie i rysować kredą pod urzędami.


czwartek, 31 sierpnia 2017

Dzień dwieście pięćdziesiąty siódmy- kubeł.

Wiecie, że dla zachowania zdrowej wagi i relacji z innymi wystarczy jedna, prosta rzecz. W odpowiednim momencie zamknąć mordę. Mądrość życiowa, którą szczególnie powinni przyjąć do wiadomości wszyscy mający niczym Kubuś Puchatek mały rozumek. A, że patrząc na Szefa nie mogę pozbyć się z głowy pytania kto mu co rano wiąże buty, to powinien się do niej stosować podwójnie.
Było tak przy pierwszym wystąpieniu przed Radą i mediami, gdy słuchałem go z rosnącą z minuty na minutę zgrozą. Pieprzył trzy po trzy, a wszystkie portale internetowe rozgorzały później komentarzami do jego kwiecistej mowy. Pytają go o atmosferę wydarzenia (nie ważne jakiego), odpowiada że było kulturalnie i spokojnie. Info dla Was: wszędzie lądowały filmiki na których wyraźnie podchmieleni ludzie przekrzykiwali się informacjami co do profesji matek adwersarzy i odziedziczonymi w związku z tym tytułami społecznymi. Podpowiem, że nie chodziło o tytuły szlacheckie. Pytają go, czy wg niego było bezpiecznie, odpowiada że tak, a w następnym zdaniu gani ludzi, którzy przyszli z dziećmi za narażanie ich na niebezpieczeństwo. Pytają go o ogólną opinię, to ten odpowiada że było jak za jego poborowych czasów za PRL tylko brakowało mu wódki, bo w przeciwieństwie do lat ‘80 tym razem nie częstowali. A, na koniec dodał “he he he”.
Gdy więc pojawiła się kolejna okazja, a właściwie smutny obowiązek, żeby się wypowiadał, to dałem mu za darmo jedną, złotą radę. Opowiadaj krótkimi zdaniami, tylko podstawowe fakty, przedstawisz je- zamknij mordę. Pomni rozmiaru poprzedniej klęski, także Szefostwo postanowiło zagrać bezpiecznie i kazali Szefowi napisać co będzie mówił i przedstawić to do akceptacji. Oczywiście ani to było ładne, ani zgrabne, ale przynajmniej pozbawione zbędnego pieprzenia.
Z niekrytym więc zadowoleniem słuchaliśmy jak sylabizuje z kartki nie za bardzo przejmując się chaosem jaki panował w tej wypowiedzi i z równie niekrytym przerażeniem słuchaliśmy, jak po zakończeniu części głównej zaczął dodawać coś od siebie. Więc zaczął mówić o raju, który widział (nie pytajcie, nikt nie wie o co chodzi) i o generale matce naturze (prawdopodobnie jakieś pomieszanie generała mroza z matką naturą, ale to luźne domysły). Szczęśliwie to, co mówił było tak abstrakcyjne, że wszyscy potencjalni interlokutorzy byli w głębokim szoku i dało to czas na zadziałanie awaryjnych rozwiązań. Zaraz po wystąpieniu Szefa byli gotowi inni, którzy szybko przejęli temat i wyprowadzili wszystko na w miarę równą ścieżkę.
Ale to nie jedyne przypadki, w których Szef nie trzyma mordy w kuble, tak jak powinien. Z ostatnich tylko dni mogę przytoczyć choćby ten, gdy braliśmy udział w jednym z Urzędowych spotkań. Było to na sali konferencyjnej, która ma ten minus, że stoły są ustawione w podkowę. Siedziałem, siłą rzeczy, przy moim przełożonym, ale obgadywałem jakieś pół-oficjalne sprawy (no dobra, pieprzyłem o dupie maryny) z kolesiem z innego biura. Od niego przynajmniej nie waliło. Pech chciał, że Szef siedział ostatni, więc skoro ja byłem odwrócony, to nie za bardzo miał komu truć dupę w pobliżu, więc przerzucił się na siedzących naprzeciwko, same dziewczyny i zaczął rzucać tekstami “no, no, jakie ja mam widoki”, “ho ho, co za nogi”, “he he”.
Nie wiem, kto w tym momencie miał wyraźniejszy wyraz zażenowania na twarzy, ja czy one.

czwartek, 24 sierpnia 2017

N13- brum, brum.

Zdarza się, że jazda po polskich drogach przypomina walkę. Z pewnością ciężką walkę o utrzymanie się na drodze toczył kierowca UAZ-a, który nie tak dawno jechał przede mną. Ze wszystkich tylnych świateł połowicznie działał mu jeden stop, a jadąc po mokrej nawierzchni zostawiał za sobą cztery ślady kół. Tak, cztery, nie dwa. Przy okazji ciągle manewrował od krawężnika do osi, pewnie związane to było z unikatowym zestrojeniem podwozia, raczej nie podejrzewam faceta o jazdę na podwójnym gazie. W każdym cywilizowanym miejscu ten samochód jechałby w najlepszym razie na lawecie. Ale ja nie od dziś mam poważne wątpliwości, czy my żyjemy w normalnym miejscu. A dziś powiem Wam, kto jest najgorszym z najgorszych na polskich drogach. Pomijając pijanych.
Jest wiele grup, które widząc na drodze powodują u mnie wzrost czujności, mocniejsze chwycenie kierownicy, zdjęcie nogi z gazu i poprawę pasów. To np. młodzi chłopacy w starych samochodach. Obowiązkowa czapeczka z daszkiem i w 99% przypadków- Golf III/IV, Pasek B5, Civic. Mogą to też być trochę starsi chłopcy. Tacy, którzy wyrośli już z czapeczek i nie mieszkają z rodzicami- stąd pewnie mogą bez ograniczeń chodzić na solarium i do wiejskich salonów tatuażu. Życie na swoim to prestiż, więc i gablota lepsza- 15-20 letnie bumy 5-7, równie wiekowe A6-A8, czy S Klasse. Koniecznie na szerokich gumach z lansiarskimi alusami podwajającymi wartość wozu, oparciem fotela kierowcy ustawionym tak, żeby na świat patrzeć przez kierownicę, którą trzyma się jedną ręką eksponującą złotą ketę. Ale także ci najstarsi chłopcy, w najnowszych, czy po prostu nowych samochodach, choć niekoniecznie najwyższej klasy. Koszula w kratę, na nią założony sweterek, na fotelu pasażera żona równie siwa co i mąż. No i 70km/h między miastami, a przy skręcaniu zwalnianie do zera. Ten styl jazdy widzę też u kobiet w każdym wieku, szczególnie z rejestracjami wskazującymi na jakieś pipidówy. Z drugiej strony czarnowłosa w niebieskiej Celice, która jakiś czas temu tak przecięła skrzyżowanie, że z bratem poczuliśmy się jak upośledzeni, prosiłbym żeby się zgłosiła jeśli to czyta. Potrzebuję korepetycji.
Ale ci wszyscy wyżej wymienieni choć są źli i jeżdżąc powodują zagrożenie z różnych powodów, to jednak nie są najgorsi. Nie są nimi nawet motocykliści, choć motocykle są wszędzie szczególnie wyprzedzając na trzeciego, na zakręcie, pod górkę z prędkością maksymalną przekroczoną niemal dwukrotnie. Najgorsze są święte krowy polskich dróg- rowerzyści.
Trzy przykłady, z trzech ostatnich dni. Pierwszy jechał środkiem pasa ruchu, przy podwójnej ciągłej i pod górkę, pod którą ledwo pedałował. Jechanie przy skraju? Och, to uwłaczałoby królowi dróg. Druga ma szczęście, że jeszcze chodzi i może je zawdzięczać kostce brukowej po której wolno jechałem zbliżając się do skrzyżowania równorzędnego, na które już miałem wjechać widząc, że mam prawą wolną, ale z lewej wyskoczyła mi na pełnej prędkości rowerzystka z wyraźnym oburzeniem na twarzy. Chciałem jej odpowiedzieć, ale zanim odpaliłem wóz, którym tak szybko hamowałem, że nie zdążyłem sprzęgła wcisnąć i mi zgasł, to zdążyła odjechać w siną dal. No i trzeci idiota, również na skrzyżowaniu równorzędnym, również wyjechał z mojej lewej. Ale ten cwaniaczek lepiej znał kodeks ruchu drogowego i zamiast wjechać mi na maskę bez pierwszeństwa, to po prostu bez zwolnienia pojechał asfaltem wzdłuż krawężnika i przejechał mi przed nosem po pasach.
Dawno nie jeździłem na rowerze, więc możecie dać mi znać, czy w ostatnich latach zaczęli montować do nich pola siłowe?

czwartek, 17 sierpnia 2017

Dzień dwieście pięćdziesiąty szósty- screw you guys, I'm going home.

Wiecie, że pochodzę z Pomorza. Nigdy nie napisałem tego wprost, ale myślę, że wielokrotnie dałem wystarczająco dużo wskazówek, żeby każdy się tego domyślił. Szczególnie, na samym początku pisania bloga. Z kolegów i koleżanek z innych miejsc Polski często się śmieję gdy mówią, że u nich wieje. Pamiętajcie, że jak u nas wieje to trzeba stojąc na plaży uważać, żeby kutrem w mordę nie dostać. Gdy widzicie jak mewy lecą do tyłu to wiecie, że mocno wieje. No i jak delfin rozbije się wam o okno, to nie wychodźcie sprawdzić, czy wszystko z nim ok. To stara sztuczka huraganów, żeby wywabić Was z domu. I ostatnio też u nas wiało, o czym zapewne już wiecie, a może i domyślacie się, że w związku z tym wszyscy dostali sraczki (wyjątkowo słusznie) i sam też byłem wciągnięty w tryby. Mógłbym tu pisać o ludzkiej i leśnej tragedii (na miejsce jechałem w kolumnie wóz transmisyjny-ja-karawan), ale nie przychodzicie tu dla tragedii. Tylko dla chleba i igrzysk, a ja nie mając chleba w ofercie dam Wam choć igrzyska.
W tany ruszyłem z Szefem, więc wstydu się najadłem nie mało, ale o nim kiedy indziej. Bo pierwszą osobą na którą trafiłem, poza wszechobecnymi strażakami, był Człowiek Wieprz. Niesamowity okaz biologiczny, pierwsza na świecie udana krzyżówka człowieka i świni. Nie wiem jakim cudem krzesła wytrzymywały jego masę, a pocił się od samego siedzenia co tylko uwydatniała jego czerwona, nalana twarz. A wiecie co jest najlepsze? Że świnia w jego przypadku w najmniejszym stopniu pije do wyglądu. Człowiek jest po prostu klonem Szefa, tylko o wiele grubszym i na wyższym stanowisku. Wystarczająco wysokim, żeby jego praca = polityka. Wszystko, co jego spasione wargi z siebie wydalały było jak wyjęte z wiejskiego wiecu wyborczego.
-Ile macie plandek? -spytał go strażak.
-Ile mamy plandek? -powtórzył pytanie Człowiek Wieprz do swojego pracownika, cichego dziadka, który zaczął grzebać w swoich przepastnych segregatorach.
-Tyle, ile kupiłeś panie Wieprzu -podpowiedziałem, bo czas tak jakby naglił- czyli żadnych.
-Oooooooo.... -nie wiem czy właśnie dostawał jakiegoś zawału czy innej choroby wieńcowej, czy tylko się wściekał- My tutaj ciężko pracujemy. Cały nasz urząd i wszystkie służby są w stanie najwyższej gotowości, sytuacja jednak jest nietypowa, powiedziałbym, katastrofalna i w jej toku niektóre elementy kompleksowo zbudowanego systemu mogą przechodzić okresowe problemy. Poza tym w powyższym kontekście warto zwrócić uwagę, że pan też pojawił się tu z pustymi rękoma.
I tu cię mam, kutasino. Dobrze, że ugryzłem się w język, zanim serio to powiedziałem.
-O, panie Wieprzu, nie docenia mnie pan. Nigdy w gościnę z pustymi rękoma nie przychodzę, zaraz pójdę do wozu i przekażę plandeki, które rano kupiłem po drodze. I fakturkę dla pana, w końcu to pan dziś stawia.
Chyba mocno go to podminowało, bo chwilę później udał się do samochodu służbowego i ruszył w teren. A ja tymczasem robiłem trochę tu, trochę tam, trochę poplotkowałem o sprawach służbowych z trochę ważniejszymi w tym momencie ludźmi, którzy przynajmniej ogarniali o co kaman. Wniosków jest z milion, warto byłoby je wdrożyć, więc gdy Człowiek Wieprz wrócił, podjudziłem jednego z ludzi, żeby delikatnie go o to zaatakował.
-No, bo wie pan, by nam się przydało to i tamto. Trochę bardziej to rozwinąć.
-Bzdury. Wszystko jest rozwinięte w stopniu wystarczającym, wszystko zgodnie z planem, jestem w 100% pewien, że tak jak powinno być.
-Powinny też być plandeki…
-I są, i są drogi panie. Od rana działamy z plandekami, mieliśmy je na miejscu (tak, to było o moich plandekach).
-A jakby tak np. kupić łóżka polowe? To by się przydało wszystkim, i służby mogłyby odpocząć, i poszkodowani, i dowodzący akcją nierzadko od poprzedniego wieczora…
-Podpiszemy umowę na dostawę łóżek, gdy będą potrzebne.
-Ja nie jestem pewien, czy ktokolwiek dostarczy nam powiedzmy… setkę łóżek z godziny na godzinę, bo nie będą mieli na stanie.
-To podpiszemy umowę z zakładem, który je nam wyprodukuje w przypadku zaistnienia takiej potrzeby. W tym momencie nie widzę uzasadnienia dla ponoszenia bezsensownych kosztów. Powinniśmy wspólnie myśleć o właściwym zabezpieczeniu potrzeb mieszkańców bez niepotrzebnego marnowania pieniędzy w czasie, kiedy nie jest to niezbędne.
Zapadła grobowa cisza, nie licząc sapania Człowieka Wieprza.
-Chyba…- zacząłem- Chyba muszę iść napić się kawy.
-Tak, tak, my też -odpowiedzieli wszyscy.
-To i ja pójdę -dołączył się Człowiek Wieprz.
-Ale ekspres jest na drugim piętrze -oj ja dobrze przemyślałem, jakiego napoju potrzebuję.
-Aha… To proszę przynieść mi gdy będziecie wracać.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Dzień dwieście pięćdziesiąty piąty- oh god don't forsake me.

Dziś będzie o wykluczeniu cyfrowym. Ważny problem w naszym świecie, będzie coraz ważniejszy. A w moim biurze to można by dosłownie urządzić skansen, którego ja mógłbym być kustoszem. Gdybym oczywiście miał czas, w tej chwili nie mam. Nie dlatego, że mam jakiś straszny zapierdol na fejsie, ale w czasie picia gorącej herbaty zabolał mnie ząbek, o którym moja stomatolog już trzy tygodnie temu ostrzegała mnie, żeby się nim zająć. Więc teraz na pilnie szukam dentysty, który przyjmie mnie wcześniej, niż w listopadzie (serio, to termin, który usłyszałem dziś). Przede mną otwarte wyniki wyszukiwania Google, telefon przy uchu i jeszcze nosem przewijam na zegarku złote rady rodzicielki, które mi podrzuca w międzyczasie na Messengerze. XXI wiek, kuźwa mać. Odłączam ładowanie książki, żeby naładować zegarek, a jeszcze nie mogę zmienić temperatury, bo termostat aktualizuje oprogramowanie.
Szczęśliwie jestem jedyną osobą w Wydziale, która ma takie problemy. Technologiczne oczywiście, bo ząb boli też Dziada, jednak w przeciwieństwie do mnie nie dzwoni po stomatologach, a czyta w Onecie, czy płukać mordę krowim moczem czy byczą spermą. Możecie wyrazić swój podziw, że robi to w Onecie, no ale gdzie indziej, skoro książek czytać nie lubi. Internet to niestety taki wynalazek, dany nam przez bardzo mądrych ludzi, a służy głównie bardzo głupim.
Ale jednak coś się zmienia. Dziad ewoluuje. Widzicie, gdy zaczynałem pracę w Urzędzie lata temu (co ja tu jeszcze robię?) stworzyłem niepozorny plik w Wordzie nazwany “Koperta mała”. Ten plik towarzyszy mi w pracy do dziś i jak się pewnie domyślacie gdy muszę coś wysłać to jest to miejsce z góry ustawione do drukowania na kopertach. Przez lata i Dziad i Szef pogardzali tą metodą, ale jednak widzę, że ten pierwszy chyba przymierza się do zmiany. Wpisuje adres w kompie, drukuje na kartce A4, wycina i na klej przymocowuje do koperty… No trudno, ale z ciekawości zapuszczam żurawia do kogo to tak ważne pismo, że wymusiło na nim takie kombinowanie. Kuźwa, oczywiście, że prywata…
Ta ewolucja Dziada nie ma końca, a wręcz przyspiesza im bliżej jest emerytury (a jest bardzo blisko). Niedawno wyrwał mnie znad papierów trudnym pytaniem:
-Proszę pana, czy ja mam w komputerze pingi?
-Co?
-Bo Szef powiedział, że jego syn ma pingi i się zastanawiam, czy też mam?
-Aaaaaaaaaa…Aaaa… Ping. Tak, ma pan.
Grunt mu się palić zaczyna pod nogami, bo w domu ani internetu, ani komputera w żadnej postaci. A skąd będzie ten krowi mocz zamawiał? No raczej nie będzie przychodził tutaj na emeryturze, tzn mam taką nadzieję… I mimo, że od 20 lat codziennie pracuje, ok “pracuje”, przy komputerze to w ogóle go nie ogarnia w nawet najbardziej podstawowych kwestiach, o czym już wiecie. I strasznie strzelił sobie w kolano, bo dopóki pracujemy razem to mógłbym mu po koleżeńsku coś podpowiedzieć.
By na tym dobrze wyszedł. Wszyscy dotychczas dobrze wyszli, wystarczy posłuchać. I nie upierać się przy swoim. A tych dwóch rzeczy Dziad nie potrafi.
-Panie Młody, tutaj jest taka promocja na internet, że 8 gigabajtów, to dużo?
-Zależy. Do przeglądania internetu i okazjonalnie filmu na jutubie wystarczy.
-A pan ile zużywa maksymalnie?
-Mój rekord? 50 giga. W ciągu doby.
-A mógłby pan tu podejść i zobaczyć?
Chciałbym powiedzieć nie, ale ciekawość zwycięża. Zwlekam więc dupsko z fotela, może trochę ruchu też się przyda.
-Ale… Panie Dziadzie, to przecież oferta do telefonu…
-A to nie mogę mieć w komputerze?
-Teoretycznie może, jakby do tego dokupić modem ze slotem sim i WiFi na USB (chce stacjonarny)... Ale po co, przecież wczoraj dałem panu ofertę, bez limitu, jak pan buk przykazał po kablu, co się tam panu nie podobało?
-Bo ta jest 8 zł miesięcznie tańsza.
A może to jednak dobrze, że wcześniej nie kupił i nie truł mi dupy o pomoc?

czwartek, 3 sierpnia 2017

Dzień dwieście pięćdziesiąty czwarty- esteta.

Trochę zmian personalnych ostatnio zaszło w Urzędzie. Największą z nich jest zmiana na stanowisku skarbnika, który przeszedł na zasłużoną emeryturę. Mógł już dawno, ale wiadomo- pecunia non olet. Szczególnie takie pecunia, tak między nami- choć to tajemnica żadna, bo składa oświadczenie dostępne publicznie, to rocznie wypłata + emerytura inkasował równowartość nowego BMW 525D. Trzymał więc się jak najdłużej stołka, choć nie martwcie się o nowego emeryta, został z miesięcznym wpływem na konto zdecydowanie ponad średnią krajową. I moja uwaga co do zasłużonego przejścia nie jest złośliwa- na pewno nie tak, jak złośliwym był on, ale budżet trzymał w ryzach.
Nowa skarbniczka ma wszelkie zadatki na to, żeby niczym nie ustępować swojemu poprzednikowi. Wiem co mówię, współpracowałem z nią na długo zanim została oficjalnie ogłoszona do odziedziczenia berła. I wtedy też ugruntowałem swoją pozycję- zdecydowanie pozytywną. A jeśli miałbym podać jeden fakt o nowej skarbniczce, który byłby istotny z Waszego punktu widzenia jako czytelników bloga, to nie będąc już nastolatką (+/- 50) ma figurę, której większość z nich może jej pozazdrościć. Sam gustuję w zdecydowanie młodszych (choć do Trynkiewicza mi jeszcze daleko), ale chcąc być obiektywnym i szczerym, nie mogę temu faktowi zaprzeczyć.
Czemu to jest ważne? Bo w tym momencie na scenę wkracza Szef- świniopas z zamiłowania, debil z konieczności. I ciśnie po niej, że chodzi w szpilkach, że w obcisłych spódniczkach, że jest już na to za stara. Oczywiście nie jej bezpośrednio, bo na to to on nie ma i miał nigdy nie będzie jaj, ale co poobgaduje to poobgaduje. Choć to prędzej czy później do niej trafi. To ma dwa główne powody. Pierwszy, którym się dziś nie zajmiemy, to Szef nie potrafi inwestować w znajomości. Drugi jest taki, że to prosty chłop ze wsi, który ma bardzo prosto poukładaną estetykę. Przekroczyłaś 30 lat? Nie dla Ciebie szpilki, mini, etc. To nic, że wyglądasz jak Jung Da Yeon*. Jak mieszkanie, to oczywiście z boazerią WSZĘDZIE. Podłoga bez dywanu? Nieakceptowalne. Jesteśmy ostatnim miejscem w Urzędzie, gdzie na korytarzu (KORYTARZU) zachował się długi dywan. Sprzątaczki klną na czym świat stoi musząc go utrzymać w jako-takiej czystości, ja klnę na czym świat stoi bo nie ma tygodnia żebym się nie potknął o jego wyginające się rogi. Szefowi to oczywiście nie przeszkadza, bo przynajmniej “tak miękko się chodzi”.
Ale nie przeszkadza też z innego powodu. Mu po prostu syf nie wadzi, tego chyba nauczył się od swoich świnek, choć podobno świnie wcale w syfie żyć nie lubią. Szefowi on nie przeszkadza. Pod żadną postacią. Uwalony dywan? Spoko, ważne że jest dywan. Nigdy za sobą nie wsuwa krzeseł, zostawia je po prostu na środku przejścia. I w jego główce nic nie jest w stanie połączyć tego z ciągłym jego przeciskaniem się po biurze, bo krzesło stoi na środku. I właśnie przeciskaniem się, bo mimo, że to krzesło, które zostawił przeszkadza mu w dojściu do szafy, to i tak go nie wsunie. O żarciu puszek rybnych wspominam tylko kurtuazyjnie. Marynarka tak samo- być musi, bo przecież dyrektor musi być w marynarce, ale że wygląda… Hm, kojarzycie takiego turbo stereotypowego rolnika z ogorzałą, niedogoloną facjatą, co przyjeżdża do miasta do urzędu? No to taką samą marynarkę nosi Szef.
Dlatego też niespecjalnie zdziwiło mnie, gdy przybiegł do mnie zaraz po wyjściu przewodniczącego Kółka Różańcowego. Widzę na jego kaprawej mordzie wyraz triumfu jakby dopiero co pokonał Wercyngetoryksa i macha kartką.
-Patrz na to.
Patrzę. No nie wiem, nic tutaj nie widzę dziwnego, pismo jakich miliony.
-No co?
-No widzisz?
-Ale co mam widzieć?
-No to pismo.
-Ale co z nim nie tak?
-Oni mają NAGŁÓWEK.
Patrzę jeszcze raz, no jest nagłówek z logo, nazwą i danymi Kółka.
-Mają. I co z tego?
-Jak ty nic nie rozumiesz. Zobacz jak marnują pieniądze jakie im dajemy! Ha! Nagłówek! Ha! No nie mogę.
Bierze mi to pismo i wylatuje z nim z biura. Zaraz pół Urzędu będzie wiedziało, że Kółko drukuje pisma z nagłówkiem, bo że Szef jest nienormalny to wie już cały.

__________
*- jeśli jeszcze jej nie znacie, to wklepcie sobie w Google Grafika Jung Da Yeon, a jak już się napatrzycie przeskoczcie na Wszystko i wujek Google powie Wam, ile ma lat.

czwartek, 27 lipca 2017

Dzień dwieście pięćdziesiąty trzeci- good evening.

Poprzednie dwa tygodnie nie obfitowały w zbyt wiele wydarzeń. Przynajmniej u mnie, bo ogółem to się działo. Rosjanie obrazili się na Anglików, że ci brzydko powiedzieli o ich przestarzałym i od nowości niesprawnym okręcie. Pierwszy pomarańczowoskóry amerykański prezydent ucina operację CIA w Syrii, a Turcy przy tej okazji wypaplali tajne lokalizacje wojsk USA- jeszcze w Syrii. Hindusi drażnią Chiny w incydentach granicznych, widać ciągła ruchawka z Pakistanem zaczęła być nudna- w dwóch pierwszych krajach mieszka łącznie ⅓ ludności świata. No i coraz bliżej do dużych Rosyjskich manewrów Zapad 2017 na Białorusi, przy czym ostatecznie niby NATO wymusiło ich transparentność, ale Ukraińcy ciągle ostrzegają o możliwej zmianie z zachodu (ros. zapad) na południe. A to tylko z tych geopolitycznych rzeczy. Bo nie ma i co zaczynać o np. premierach filmowych- Dunkierka czy Valerian i Miasto Tysiąca Planet (ps- nowy Łowca Androidów będzie, podobno gówno), czy o tym co piszczy w świecie naukowo-technologicznym (m.in. Musk ogłasza, że Zuckerberg ma ograniczone pojmowanie AI).
Nie powinno więc dziwić, że mając tyle na głowie umknęły mi małe, lokalne wydarzenia. Szczęśliwie zaraz po przyjściu do pracy przypomniał mi o tym smród potu. Szefowi skończył się urlop. I już po całych dziesięciu minutach mogłem powrócić do tradycyjnego trybu pracy i znów się wkurwiać. Wszystko tak ładnie i dobrze sobie szło. No może nie zawsze dobrze, mieliśmy trochę problemów, ale nad ich rozwiązaniem mogłem spokojnie pracować. Teraz do równania doszła ta niedorozwinięta małpa, więc wynik zaczyna być skomplikowany. I tak cały dzień był festiwalem głupoty, który po dłuższym czasie nieobecności kompletnie wybił mnie z torów.
Zaczęło się od pilnych przemyśleń co do zakupu worków. Takich zwykłych, na piasek. Nasze zapasy zostały ostatnio uszczuplone, więc wypadałoby je uzupełnić. I wszystko byłoby dobrze- zamówił je, wniosłem je, ale oczywiście nie powiedział kolesiowi, żeby na fakturze wstawił jakąś sensowną datę zapłaty. Sensowna to min. tydzień. Zawsze finansowy wszystkich o to beszta, bo tyle trwa spokojny obieg takiej faktury. To są u nas 4 podpisy, rejestracja w innym wydziale, bla, bla, bla. Zobaczyłem to, że mamy dzień na zapłatę już przy odbiorze faktury, ale olałem. Wiedziałem, że nie będę akurat tej opisywał, bo ktoś musi przecież woreczki ułożyć, a mając do wyboru opisanie lub dźwiganie, nie miałem żadnych wątpliwości co Szef wybierze.
Po drodze jeszcze zebrałem jedno pismo z biura podawczego, wniosek o udostępnienie informacji. Ekstra, akurat taki, że można odpisać, żeby się walił. W sensie, nie mamy takich informacji. Rzuciłem więc oba papiery Szefowi na biurko i chciałem wracać, ale ten za mną jeszcze krzyczy, żebym poszukał tych pism co koleś chce. Trochę skołowany cofam się i mówię:
-Nie mamy przecież takich, dokładnie takich jak chce, bo ogółem to tak. Ale z zakresu czasu jaki jest podany jest akurat jedno, wielkie, nic.
-A jakie on chce?
-No tam jest wypisane.
-Gdzie?
-Tam gdzie jest zaznaczone.
-Gdzie jest zaznaczone?
-No na górnej połowie kartki.
-Nie widzę.
Zdanie z określonym przedziałem czasowym było- podkreślone, zakreślone i obok postawiony wykrzyknik wielkości 6 linijek tekstu.
Najgorsze jednak dopiero nastąpiło, jak zaczął się wtrącać do poważnych rzeczy. Otóż nasze Kółko Różańcowe trochę sobie nagrabiło. Trochę, żadnych tragedii, ale kwestia dość skomplikowana. Na tyle, że całość rozgryźliśmy z dwoma księgowymi i dwoma prawnikami. Słowo klucz- rozgryźliśmy. Wszystko zostało ustalone, wszyscy z ustaleniami się zgodzili, każdy gdzieś tam ustąpił i ogółem wszyscy zadowoleni. Przygotowałem wszystkie niezbędne papiery, które czekały tylko na powrót Szefa. No i właśnie, tu się zaczęło. Zamiast usiąść, w skrócie zapoznać się z tematem i podpisać, to zaczął próbować to ogarnąć swoim małym rozumkiem. Dosłownie jak 6 latek- a czemu? A czemu?
-A czemu to jest źle?
-Bo sprawdziliśmy w ustawie, że nie mogli tego tak zrobić.
-No to oczywiste, że nie mogli tego zrobić.
-Zrobić mogli, tylko zrobili nie w ten sposób (to jest tak ogólne, bo nie chcę szczegółów tu wywlekać).
-A czemu?
-Bo tak pisze w ustawie.
-Aha.
Ok, podpisz. Nie podpisuje, wyciąga telefon i dzwoni do przewodniczącego Kółka Różańcowego. Z awanturą, gdzie już wszystko było ustalone i jeszcze oczywiście stara się, nie wiem- wbić szpilę, czy zażartować, że co z tym teraz zrobić. Tamten się wkurwia, bo już wszystko ustalone i pół tygodnia biegał do Urzędu, żeby to wszystko dograć i dograł. Szef po rozmowie jeszcze zamiast po prostu podpisać i mieć to z głowy, to dzwoni do jednego z księgowych i mu truje dupę, nawet nie o to tylko ogółem żeby robić czarny PR Kółku, tamten oczywiście nie ma nic lepszego, tylko słuchać jak Szef mu pierdoli o rozwiązanym problemie na dosłownie 10 zł, gdzie na biurku leży mu inwestycja za 30 mln. I ponieważ przez to szybko ucina temat to jeszcze do mnie lezie ponarzekać, że go to wkurza. Ja staram też się temat szybko uciąć, bo też mam lepsze rzeczy do roboty, więc mówię że mnie to nie wkurza, bo jest załatwione. A właściwie mam nadzieję, że wreszcie podpisze i załatwione będzie. Na co ten, że nie no, go to też nie wkurza, ale…

Zastrzelcie mnie. Albo się powieszę na sznurku od worka.