"Ludzie mówią, że powinienem być urzędnikiem. Piję dużo kawy i mam wszystko w dupie."
Zanim poszedłem do urzędu myślałem, i to całkiem poważnie, że to normalne miejsce pracy jak każde inne. Że rano pójdę do pracy i po 8 godzinach wrócę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Zmęczony, ale zadowolony- ze swojego dzieła, z wkładu w rozwój lokalnej społeczności no i z pensji. Moje wyobrażenie nie mogło być chyba bardziej mylne...
Oto zapiski z mojej pracy, spojrzenie “od wewnątrz” na pracę w jednym z polskich urzędów. Przy okazji zastrzegam sobie prawo do podkolorowania moich historii, ale o nie więcej niż 10%. ;)

czwartek, 27 lipca 2017

Dzień dwieście pięćdziesiąty trzeci- good evening.

Poprzednie dwa tygodnie nie obfitowały w zbyt wiele wydarzeń. Przynajmniej u mnie, bo ogółem to się działo. Rosjanie obrazili się na Anglików, że ci brzydko powiedzieli o ich przestarzałym i od nowości niesprawnym okręcie. Pierwszy pomarańczowoskóry amerykański prezydent ucina operację CIA w Syrii, a Turcy przy tej okazji wypaplali tajne lokalizacje wojsk USA- jeszcze w Syrii. Hindusi drażnią Chiny w incydentach granicznych, widać ciągła ruchawka z Pakistanem zaczęła być nudna- w dwóch pierwszych krajach mieszka łącznie ⅓ ludności świata. No i coraz bliżej do dużych Rosyjskich manewrów Zapad 2017 na Białorusi, przy czym ostatecznie niby NATO wymusiło ich transparentność, ale Ukraińcy ciągle ostrzegają o możliwej zmianie z zachodu (ros. zapad) na południe. A to tylko z tych geopolitycznych rzeczy. Bo nie ma i co zaczynać o np. premierach filmowych- Dunkierka czy Valerian i Miasto Tysiąca Planet (ps- nowy Łowca Androidów będzie, podobno gówno), czy o tym co piszczy w świecie naukowo-technologicznym (m.in. Musk ogłasza, że Zuckerberg ma ograniczone pojmowanie AI).
Nie powinno więc dziwić, że mając tyle na głowie umknęły mi małe, lokalne wydarzenia. Szczęśliwie zaraz po przyjściu do pracy przypomniał mi o tym smród potu. Szefowi skończył się urlop. I już po całych dziesięciu minutach mogłem powrócić do tradycyjnego trybu pracy i znów się wkurwiać. Wszystko tak ładnie i dobrze sobie szło. No może nie zawsze dobrze, mieliśmy trochę problemów, ale nad ich rozwiązaniem mogłem spokojnie pracować. Teraz do równania doszła ta niedorozwinięta małpa, więc wynik zaczyna być skomplikowany. I tak cały dzień był festiwalem głupoty, który po dłuższym czasie nieobecności kompletnie wybił mnie z torów.
Zaczęło się od pilnych przemyśleń co do zakupu worków. Takich zwykłych, na piasek. Nasze zapasy zostały ostatnio uszczuplone, więc wypadałoby je uzupełnić. I wszystko byłoby dobrze- zamówił je, wniosłem je, ale oczywiście nie powiedział kolesiowi, żeby na fakturze wstawił jakąś sensowną datę zapłaty. Sensowna to min. tydzień. Zawsze finansowy wszystkich o to beszta, bo tyle trwa spokojny obieg takiej faktury. To są u nas 4 podpisy, rejestracja w innym wydziale, bla, bla, bla. Zobaczyłem to, że mamy dzień na zapłatę już przy odbiorze faktury, ale olałem. Wiedziałem, że nie będę akurat tej opisywał, bo ktoś musi przecież woreczki ułożyć, a mając do wyboru opisanie lub dźwiganie, nie miałem żadnych wątpliwości co Szef wybierze.
Po drodze jeszcze zebrałem jedno pismo z biura podawczego, wniosek o udostępnienie informacji. Ekstra, akurat taki, że można odpisać, żeby się walił. W sensie, nie mamy takich informacji. Rzuciłem więc oba papiery Szefowi na biurko i chciałem wracać, ale ten za mną jeszcze krzyczy, żebym poszukał tych pism co koleś chce. Trochę skołowany cofam się i mówię:
-Nie mamy przecież takich, dokładnie takich jak chce, bo ogółem to tak. Ale z zakresu czasu jaki jest podany jest akurat jedno, wielkie, nic.
-A jakie on chce?
-No tam jest wypisane.
-Gdzie?
-Tam gdzie jest zaznaczone.
-Gdzie jest zaznaczone?
-No na górnej połowie kartki.
-Nie widzę.
Zdanie z określonym przedziałem czasowym było- podkreślone, zakreślone i obok postawiony wykrzyknik wielkości 6 linijek tekstu.
Najgorsze jednak dopiero nastąpiło, jak zaczął się wtrącać do poważnych rzeczy. Otóż nasze Kółko Różańcowe trochę sobie nagrabiło. Trochę, żadnych tragedii, ale kwestia dość skomplikowana. Na tyle, że całość rozgryźliśmy z dwoma księgowymi i dwoma prawnikami. Słowo klucz- rozgryźliśmy. Wszystko zostało ustalone, wszyscy z ustaleniami się zgodzili, każdy gdzieś tam ustąpił i ogółem wszyscy zadowoleni. Przygotowałem wszystkie niezbędne papiery, które czekały tylko na powrót Szefa. No i właśnie, tu się zaczęło. Zamiast usiąść, w skrócie zapoznać się z tematem i podpisać, to zaczął próbować to ogarnąć swoim małym rozumkiem. Dosłownie jak 6 latek- a czemu? A czemu?
-A czemu to jest źle?
-Bo sprawdziliśmy w ustawie, że nie mogli tego tak zrobić.
-No to oczywiste, że nie mogli tego zrobić.
-Zrobić mogli, tylko zrobili nie w ten sposób (to jest tak ogólne, bo nie chcę szczegółów tu wywlekać).
-A czemu?
-Bo tak pisze w ustawie.
-Aha.
Ok, podpisz. Nie podpisuje, wyciąga telefon i dzwoni do przewodniczącego Kółka Różańcowego. Z awanturą, gdzie już wszystko było ustalone i jeszcze oczywiście stara się, nie wiem- wbić szpilę, czy zażartować, że co z tym teraz zrobić. Tamten się wkurwia, bo już wszystko ustalone i pół tygodnia biegał do Urzędu, żeby to wszystko dograć i dograł. Szef po rozmowie jeszcze zamiast po prostu podpisać i mieć to z głowy, to dzwoni do jednego z księgowych i mu truje dupę, nawet nie o to tylko ogółem żeby robić czarny PR Kółku, tamten oczywiście nie ma nic lepszego, tylko słuchać jak Szef mu pierdoli o rozwiązanym problemie na dosłownie 10 zł, gdzie na biurku leży mu inwestycja za 30 mln. I ponieważ przez to szybko ucina temat to jeszcze do mnie lezie ponarzekać, że go to wkurza. Ja staram też się temat szybko uciąć, bo też mam lepsze rzeczy do roboty, więc mówię że mnie to nie wkurza, bo jest załatwione. A właściwie mam nadzieję, że wreszcie podpisze i załatwione będzie. Na co ten, że nie no, go to też nie wkurza, ale…

Zastrzelcie mnie. Albo się powieszę na sznurku od worka.

czwartek, 20 lipca 2017

N12- Paradoks.

Taki sezon ogórkowy, że dziś wyjątkowo napiszę sobie o czymś, co mnie interesuje. W przeciwieństwie do pracy w Urzędzie. Tzn. w ogóle większość prac nie jest interesująca. Np. takie korpo. Poznałem kiedyś dziewczynę, która była zafascynowana swoją korposzczurowatością. O wypłatach, które robiła (stanowisko jakiejś tam pomocy księgowej) opowiadała z taką pasją, z jaką ja zazwyczaj mówię o moich ulubionych filmach. I tu jednym uchem słucham, że uważnie przepisuje numer rachunku podczas gdy czytam o ewakuacji astronauty na stację kosmiczną po awarii skafandra. Sorry, ale te 26 cyfr jest tak cholernie nudne w porównaniu do kolesia podtapiającego się w przestrzeni kosmicznej 400 km nad Ziemią po omacku wracającego do włazu pędząc prawie 28 tyś km na godzinę (Chris Hadfield).
Nie bez powodu nawiązuje do mojego ulubionego astronauty, bo jeśli miałbym powiedzieć co mnie interesuje, to na jednym z pierwszych miejsc byłby kosmos. Razem z futurologią, transhumanizmem, nowoczesnymi technologiami i paroma innymi rzeczami. A co jest najciekawsze we wszechświecie? Moim zdaniem to, czy jesteśmy w nim sami.
I tak samo moim zdaniem- nie, nie jesteśmy. Nauka jednak tym różni się od wiary, że potrzebuje dowodów, a takimi nie dysponujemy. Nie wystarczą nam szczątki informacji- że w naszej galaktyce jest do 400 miliardów gwiazd i wiele wskazuje na to, że wiele (o ile nie niemal wszystkie) z nich posiadają przynajmniej jedną planetę, a z tych planet wcale niemały odsetek przypomina Ziemię. A tych galaktyk we wszechświecie do niedawna miało być 200 miliardów, ale badania NASA sugerują, że w rzeczywistości może być ich co najmniej 10x więcej. I nawet gdy weźmie się pod uwagę, że w samym naszym Układzie Słonecznym jest przynajmniej parę miejsc, gdzie teoretycznie życie mogłoby funkcjonować, to i tak nie wystarczy aby nauka mogła powiedzieć, że nie jesteśmy sami.
Jak już wspomniałem, ja uważam, że nie jesteśmy. Przy takiej masie miejsc gdzieś życie było, jest lub będzie- i to zapewne w ogromnej ilości miejsc. Ale potwierdzenie wymaga dowodu, którego nie mamy. I to nazywa się paradoks fermiego- teoretycznie wszechświat powinien być pełen życia, w praktyce nie mamy żadnego twardego dowodu. I wyjaśnień tego jest, cóż, całkiem sporo. Zaczynając od najbardziej płytkiego- nie ma życia poza Ziemią. To tak nudne, że nawet nie chce mi się więcej pisać, lepiej zająć się ciekawszymi wyjaśnieniami.
Np. “wielki filtr”- koncepcja zakładająca, że istnieje jakiś uniwersalny mechanizm filtrujący i niszczący cywilizację, które osiągną pewien poziom rozwoju. A może i zbiór mechanizmów charakterystycznych dla rozwiniętych społeczności. Np. globalne ocieplenie. Albo wojny atomowe. Pandemie? Głód? Wojny domowe rozwarstwionych ekonomicznie społeczności? Albo konfrontacja ze sztuczną inteligencją. Wszystkie z nich nam zagrażają.
Inna opcja to symulacja, lub “symulacja przodka”. W skrócie- żyjemy w komputerowej symulacji albo zupełnie obcej cywilizacji, albo naszej z przyszłości, która chce np. dokładnie poznać swoją historię. Ktoś, gdzieś wyliczył, że komputer wielkości księżyca mógłby dość spokojnie w sekundę wykonać taką samą ilość operacji, co mózgi wszystkich kiedykolwiek żyjących ludzi, przez całe ich życie. Obce cywilizacje mogą być więc po prostu nie włączane do symulacji, z jakichkolwiek powodów.
Coś podobnego, ale tym razem u obcych- są na takim poziomie rozwoju, że przenieśli całość swojej egzystencji do jednego superkomputera i zahibernowali się. Po co? Żeby czekać na większe ochłodzenie wszechświata (śmierć cieplna) i wzrost wydajności komputera. Moim zdaniem- bezsensowne tracenie milionów, czy miliardów lat.
I tu dochodzimy do kolejnej rzeczy- to co ma dla nas sens, nie musi go mieć dla innych. Nasze rozumowanie, postrzeganie czasu czy formy komunikacji nie muszą być sensowne dla innych. My dopiero raczkujemy w dziedzinie kwantowych komputerów, czy kwantowej komunikacji, dla nich może to być już technologia muzealna. A właściwie dlaczego w ogóle mieliby potrzebować narzędzi do komunikacji? Może mają wspólną świadomość, może działają trochę jak mrowiska?

A jak jest naprawdę? Może kiedyś się dowiemy, może nie. Bo głównym problemem, moim zdaniem, nie są te rzeczy opisane wyżej, tylko czas i odległość. Przypomnijcie sobie rozmiary samej drogi mlecznej (ok 100.000 x 10.000 ly), maksymalną prędkość (1 ly/rocznie… jakkolwiek śmiesznie to brzmi- ale rok świetlny to jednak ciągle jednostka odległości, a rok jednostka czasu) i czas, jaki trwają na Ziemi poszukiwania życia we wszechświecie (z 50 lat?).
To tak, jakbyście postawili na stole naparstek i rzucili w jego kierunku szczyptę piasku. Z różnych powodów jego ziarenka mogły nie trafić w cel- czy to Wasza celność kuleje, czy to wiatr wieje. Ale samo to, że nie ma piasku w naparstku nie znaczy, że ten rozsypany w koło nie istnieje. Po prostu potrzeba większej ilości prób lub zmienić naparstek na wiadro.

piątek, 14 lipca 2017

Dzień dwieście pięćdziesiąty drugi- szkolenia.

Dziś znów notka będąca poradnikiem. “Znów”, poprzednia była dobry rok temu. Ale jeden z komentarzy mnie niedawno natchnął, a że i tak nie mam nic lepszego do roboty, wliczając w to pracę…
Dziś nauczę Was jak robić szkolenia. Podstawowe zasady szkolenia są dwie. Po pierwsze- nie robić go. Po drugie- mieć podpisaną listę obecności. Ta lista to jedyne, co się liczy, bo dołączycie sobie ją do papierków i nikt i nic Wam nie zarzuci. Ale po kolei.
1- rozpoznajcie potrzebę przeprowadzenia szkolenia. Oczywiście Wy jej nie poczujecie, wymusi to na Was jakieś pismo, albo plan działania, albo przepis. W każdym bądź razie, starajcie się wyczuć go przed ostatecznym terminem (choć nie jest to warunek konieczny).
2- ponarzekajcie. To jest już pozycja obowiązkowa.
3- gdy skończycie narzekać na ilość pracy przeszukajcie dysk. To, co chcecie znaleźć, to prezentacje ze szkoleń, na których byliście.
4- jeśli nie możecie znaleźć, poszukajcie lepiej. Ciągle nic? Chwytajcie za telefon i dzwońcie po kolegach z sąsiednich Urzędów. Jeśli takich macie, tak jak Szef- to zaprzyjaźnijcie się z Google.
5- mając prezentację, w temacie szkolenia lub podobnym, musicie trochę nad nią popracować. Przede wszystkim- wypieprzyć wszystkie oznaczenia twórców i zastąpić je swoimi. Następnie- zmienić stronę tytułową żeby pasowała do tematu szkolenia. Na koniec- wyciąć wszystko, co nie dotyczy szkolenia. Czasem może się zdarzyć, że będzie trzeba połączyć dwie prezentacje.
6- dawno nie narzekaliśmy na ilość pracy, prawda? Czas to nadrobić. Pamiętajcie, że ilość narzekania jest wypadkową kwadratu ilości prezentacji, które musimy połączyć. Oczywiście realizujemy je na terenie wszelkich biur, w których jeszcze chcą z nami gadać.
7- gdy prezentacja jest gotowa i wygląda jako-tako, bo nie oszukujmy się, kto miałby czas na ujednolicenie formatowania, przechodzimy do bardzo ważnej decyzji. Forma szkolenia. Od razu Wam powiem, że akceptowalna jest tylko jedna- samokształcenie kierowane. Pozwala Wam to bezproblemowo zrealizować dwie podstawowe zasady.
8- idziecie w Urząd do osób, które ma objąć szkolenie z wcześniej przygotowaną listą. Najlepiej nazwać ją listą obecności i nic nie wspominać o samokształceniu kierowanym. Pamiętajcie- każdej z osób należy narzekać na ilość pracy, jaką macie. Gorzej, jeśli ktoś będzie zbyt dociekliwy i wpadnie na to, że to żadna lista obecności. Rozwiązanie takiego przypału jest proste- mówicie, że poprawicie, a po wyjściu z biura olewacie sprawę i zbieracie podpisy od pozostałych. Liczycie na solidarność urzędniczą i jakąś podstawową ludzką godność, która nie pozwoli takiemu delikwentowi się upominać o dokonanie podpisu. Jeśli jednak brakuje mu rozumu i godności człowieka, to przez telefon staracie się go przegadać. Jak najszybciej i najczęściej zmieniajcie temat, a gdy jakiś uda się Wam pociągnąć to czym prędzej się rozłączajcie. Sprawy nie ma.
9- alternatywnie możecie zdobyć listę obecności w inny sposób. Jeśli będą organizowane w Waszym urzędzie jakiekolwiek spotkania, narady, szkolenia zewnętrzne, etc. idźcie na nie z listą obecności i pozbierajcie podpisy. Potem ją się tylko dokłada gdziekolwiek- Szef poleca.
10- mając listę wysyłacie wszystkim na niej wyszczególnionym Waszą prezentację, oczywiście jednym zbiorczym mailem. UDW? Nie znam.
11- wszystko sobie wydrukujcie, włóżcie do teczki i pogratulujcie sobie dobrze wykonanej roboty. Teczkę najlepiej trzymać gdzieś blisko, jakby ktoś przyszedł będzie można mu pokazać, ile roboty się ma do zrobienia.

czwartek, 6 lipca 2017

Dzień dwieście pięćdziesiąty pierwszy- sezon ogórkowy.

Mam nadzieję, że pamiętacie, że ściany mają uszy? Gdyby nie, to przypominam- ściany mają uszy. W takim miejscu jak Urząd nigdy nie możecie być pewni kto słucha. A nawet gdy jesteście, to nie wiecie czy nie jest jakimś uczynnym. Czy po prostu plotkarzem. Albo w ogóle przypadkiem gdzieś, coś chlapnie.
Dlatego ja zawsze w pracy uważnie myślę o tym, co i jak mówię. Przez 6 lat pracy tutaj, wierzcie lub nie, nie przeklnąłem ani razu. Choćbym był maksymalnie wściekły, podnosił głos, nie ma żadnego przekleństwa. Ani jako dynamizator, ani i to w szczególności, jako przymiotnik. Ja w ogóle złego słowa o nikim tutaj nikomu nie powiedziałem, poza merytorycznym narzekaniem. Typu “X denerwuje mnie już tym utrudnianiem dostępu do dokumentów przetargu”. Przekazałem wszystkim co mnie boli i u kogo, a jeśli nawet do niego by to doszło, no to co z tego?
Domyślicie się więc już sami, że miałem oczy jak pięciozłotówki, gdy usłyszałem jak Szef przez telefon mówi największym plotkarom w Urzędzie na temat jednej z dyrektorek, która go wkurzyła:

Tą kurwę pewnie mąż trzepie.

Nie dość, że per kurwa, to jeszcze przemoc domowa. Ja wiem, to taka figura retoryczna i Szef nie uważa tak na poważnie, no ale… Cóż. Niektórzy mają taki język. A nawet całą jamę ustną. A gdy już przy tym temacie jesteśmy nie omieszkam się pochwalić- ostatnio asystowałem przy ściąganiu szwów z dziąsła. Mojego dziąsła… Długa historia, więc w skrócie- ósemki, wrośnięte szwy, krew, młoda pani doktor. Ogółem polecam, ketonal dostaniecie, naklejkę dzielnego pacjenta. Wszystkie cztery muszę usunąć, już niedługo koniec. Szef oczywiście wie, że wyrywam. Ciężko, żeby nie zauważył mojej tygodniowej absencji na L4. Co więcej uważa, że jestem odważny. Nie wiem czemu.

Ja to ostatni raz byłem u dentysty jak miałem 21 lat. Teraz to sobie sam wyrywam, bo się boję dentysty.

E… Y… Co? Jestem pewien, że to nie był żart. Jeździ więc na swoją działeczkę, do swoich świń, bierze obcęgi i… A jak o świniach. Rozmawialiśmy niedawno o destynacjach wakacyjno-urlopowych. Gdzie ja jadę, może Wam kiedyś napiszę. Tymczasem Szef poleca mi na szybki wypad jakąś miejscówkę w pobliżu.

Mają mini zoo. Dzikie świnie, świnie, króliki, no pięknie, taka atrakcja.

Nie no, świetnie. Świnie i dzikie świnie. On chyba serio ma jakiś fetysz w tym kierunku- hodować, oglądać i to wszystko hobbystycznie. Jeśli Wy też chcecie jakieś zwierzątka pooglądać, choć może odrobinę bardziej urokliwe, to polecam zoo w Poznaniu, świetne pomieszczenie z motylami.

czwartek, 22 czerwca 2017

Dzień dwieście pięćdziesiąty- w którym wreszcie wypieprzyłem ten burdel. Prawie.

Jest na sali ktoś, kto zajmuje się bezpieczeństwem? Bo będzie miał fajny przypadek do przemyślenia. Mieliśmy ćwiczenia p-poż, a że temat chodliwy w tym momencie, to ktoś z szefostwa wymyślił sobie, że połączymy to z zagadnieniem terroryzmu. Bo czemu nie? Potrzebny tylko był terrorysta, który by tą bombę podłożył i wybór padł na mnie. Z pewnością dlatego, że czują moją podskórną nienawiść do Urzędu, a nie dlatego, że mam długą brodę.
No ale dobra, moja rola jest prosta. Mam wziąć atrapę bomby, zanieść do wyznaczonego biura, mrugnąć porozumiewawczo do załogi i zadzwonić do Szefa wszystkich Szefów z pogróżkami. Że w ciągu kwadransa go wysadzę.
-Nie może być w ciągu 15 minut -powiedział na spotkaniu organizacyjnym przedstawiciel Policji.
-Dlaczego?
-Bo nie możemy wejść do budynku pewien czas przed i po…
-E… To może, nie wiem, za 2h?
-Ok, pasuje.
Coś mi się zaczyna wydawać, że będę najbardziej upośledzonym terrorystą w historii terrorystów… No nic, zmieniliśmy założenia, żeby wszystkie służby mogły się pobawić i przeszliśmy do realizacji.
Wyznaczonego dnia wziąłem moją siateczkę z atrapą, która bardzo mnie kusiła, żeby podmienić na oryginał, i ruszyłem przez Urząd. Przemykając koło informacji dziewczyny wychyliły się za mną z okienka i pytają, czy już z bombą idę. A tak tajna operacja to miała być…
-He, he, nie no, co wy, he, he.
Dotarłem do schodów, gdzie chwyta mnie koleś odpowiedzialny za budynek.
-Będzie alarm włączany?
-E… nie wiem?
-Nie no, serio pytam.
-Noooo… ma być włączony. Na ostatnim piętrze.
-Kurwa! Tam nie może, bo ten włącznik jest zepsuty.
I biegnie świńskim truchtem, żeby powstrzymać zbliżającą się katastrofę. Ja w międzyczasie dotarłem do biura, postawiłem reklamówkę przy biurku, trochę wyciągnąłem kabelki, porozumiewawczo mrugnąłem do załogi i wyciągnąłem telefon.
-Halo? Szef wszystkich Szefów?
-Tak, przy telefonie.
-Słuchaj chu…
-EKHM.
-Tzn, proszę pana chciałbym poinformować, że w związku z pana ostatnią decyzją zamierzam w ciągu dwóch godzin wysadzić budynek Urzędu. Do widzenia.
Coś mi się wydaje, że po tej notce daesz się do mnie nie zgłosi. Czekam chwilę na rozwój akcji, włączył się alarm, więc wychodzę do celu ewakuacji. Po drodze jeszcze przepuszczam radiowóz i stojąc naprzeciw Urzędu podziwiam zjeżdżające służby. Dyskoteka po całości, nawet białe rękawiczki i gwizdki były, bo drogówka ruchem kierowała. To jednak czego mi nie powiedziano, to że Policja ma aresztować podejrzanego. Ludzie z biura, w którym podłożyłem atrapę opisali krótko podejrzanego interesanta i już po chwili mundurowi skuli… mojego kolegę, bo też pasował do opisu, a przecież ja nie mógłbym być podejrzany stojąc przy Urzędowym Szefostwie. Był mocno zdziwiony, gdy wpierw poprosili go na stronę, przepytali, a potem skuli i władowali do radiowozu i na bombach pojechali w siną dal. Tuż przed tym, jak wynieśli atrapę w reklamówce i defilowali z nią przed całym tłumem gapiów.
No nic, tym razem mój terrorystyczny trud poszedł na marne, ale jak to mówimy اصبر تنل

czwartek, 8 czerwca 2017

Dzień dwieście czterdziesty dziewiąty- skończ waść...

Pokłóciłem się z Szefem. Nie po raz pierwszy, choć nie jest to jakoś strasznie częste wydarzenie. Nie jest też jakoś specjalnie przyjemne, a właściwie na tyle traumatyczne, że idealnie pasuje na psychoterapię.
-Proszę, powiedz jak się czujesz po kłótni z przełożonym?
-Jakbym pobił dziecko. Żaden wysiłek intelektualny. A nawet czuję trochę wyrzutów sumienia.
Ponieważ nasza ostatnia potyczka była po prostu idealnie stereotypowa, to czemu by nie polecieć z tematem?
Zaczęło się od tego, że ogarnąłem temat siedem kartek tabelki w excelu. Żaden wyczyn szczególnie, że była gotowa. Nie rozumiem tylko, dlaczego ktoś przygotował tabelkę do sprawdzenia stanów na podstawie wydanych parę lat temu normatywów, która nijak nie pokrywa się z normatywami. Ale do tego stanu niezrozumienia przywykłem, więc go po prostu olałem. Rzuciłem ją Szefowi na biurko i wyszedłem po leki. Czyt. Tigera, nie wiem czemu pomaga mi na alergię. Po powrocie już od drzwi słyszę:
-Chodź tu do mnie.
No nic, idę.
-Zobacz, tu masz wszystko spierdolone.
I pokazuje na kolumnę pokreślona od góry do dołu przez wszystkie siedem kartek. Kolumnę, w której wstawiona była gotowa formuła.
-Nie mam. To jest podliczone z gotowego wzoru, nie będę im mieszał jak tak chcą.
-No ale to jest źle.
-Ale oni sami tak chcą i nie będę im zmieniał.
-Ale to trzeba poprawić.
-Nie trzeba. To jest GOTOWA formuła, którą przysłali. Nie zmienię jej.
Bum. To moment, w którym dotarło do niego, że zrobiłem dobrze. Przy okazji uściślijmy co było błędem wg niego, żeby nie było, że specjalnie podrzuciłem mu coś głupiego. Wszystko rozchodziło się o to, że w niektórych pozycjach było ponad 100% wymaganego stanu. Szef twierdzi, że nie może być więcej niż 100%. Jak mam 20 sztuk, a ma być 5, to jest 100%, a nie 400%. Więc idziemy dalej, bo oczywiście nie mógł po prostu powiedzieć “ok, rozumiem”.
-Czemu się rzucasz?
-JA się rzucam?!
-I czemu krzyczysz, czy ja podnoszę na ciebie głos?
-Zazwyczaj tak.
-Ja krzyczę?
-Krzyczy? -pytam stażysty i wskazuję na niego ręką z drugiego biura, żeby wiedział kogo pytam.
-Tak. Mówiłem już to parę razy, że dyrektor podnosi głos co chwilę. -opuszczam rękę i wsadzam w kieszeń, jakoś nigdy nie wiem co robić z łapami jak się z kimś kłócę.
-Coś się źle dziś czujesz? -to już znów Szef do mnie.
-Tak, bo zastanawiam się, ile razy muszę powtórzyć to samo, żeby wreszcie dotarło.
-I trzymam rękę w kieszeni jak z tobą rozmawiam?
Trzymam ją, żeby nie przypieprzyć w ten głupi ryj, już chciałem powiedzieć.
-Oooo… To teraz zaczynamy przypierdalać się do wszystkiego, tak? Co kolejne? Stoję zgarbiony? Mam rozpięty guzik?
Zapadła dłuższa cisza. Nie wyjąłem ręki z kieszeni, nie wyprostowałem się i nie zapiąłem guzika. Prawie trzydzieści stopni w biurze mamy.
-Czyli to excel liczy automatycznie?
-Tak. Dokładnie to od dłuższego czasu powtarzam.
-Yhym. No dobrze. To wydrukuj to jeszcze raz i im wyślij.

Za każdym razem to samo. Wielokrotne powtarzanie, aż zrozumie, że się myli, faza wicia się jak węgorz, żeby tylko spróbować się do czegoś doczepić i odwrócić uwagę od fazy pierwszej, krępująca cisza i przyznanie racji. Pięć lat, a ciągle nie nauczył się, że ja nigdy nie upieram się, gdy nie jestem czegoś pewien...


czwartek, 1 czerwca 2017

Dzień dwieście czterdziesty ósmy- w którym przestałem być sekretarką.

Nie, nie wyrwałem się z mojego piekiełka i nie, nie musicie składać gratulacji. O tym wszystkim i o tym, komu gratulować możecie będzie za chwilę, ale wpierw parę słów wstępu.
Dlaczego w ogóle awansowałem, a jak wiecie (a jak nie to się właśnie dowiadujecie) w urzędzie wiąże się to z całą procedurą konkursową i wszelkimi upierdliwościami, których musiałem dodatkowo dopełnić wliczając w to napisanie listu motywacyjnego do pracy, której nie lubię (nie wyobrażacie sobie, jakie to ciężkie). Otóż lubię pieniążki, jak każdy. Może poza brzydkimi komunistami, ale jestem pro kapitalistyczny (w ludzkim, a nie tym zwierzęcym, polskim wydaniu, gdzie szef stara się wychujać pracownika, pracownik szefa, ich obu stara się klient, a ich wszystkich państwo i oni wszyscy państwo z wzajemnością). Więc lubię napływ gotóweczki, im większy tym lepszy, a lepszy kit w garści, niż słowik na dachu. Tak się złożyło, że mój Urząd ostatnimi laty prowadził nadprodukcję sekretarek, każda z zakresem obowiązków czasem inspektorów, czasem specjalistów… Ta patola wreszcie się kończy i w związku z tym albo konkurs albo impreza pożegnalna.
Niestety w przeciwieństwie do tego co śpiewa Dire Straits nie mam money for nothin’ and chicks for free… Ok, z tym pierwszym możemy polemizować biorąc pod uwagę, że siedzę w urzędzie, ale siedzieć muszę więc wybrałem konkurs. Oczywiście nie muszę dodawać, że wygrałem. I to całkiem legalnie, kandydatur było więcej ale nikt nie dopełnił wymogów formalnych. Byli tacy, którzy nie dołączyli np. wspominanego wcześniej listu motywacyjnego. Serio? Mając wyszczególnione w ogłoszeniu? Nawet rozmowę kwalifikacyjną przeszedłem całkiem legalnie. Ale to akurat niechcący, bo ze wszystkich pytań, które mi zadano zakres jednego poznałem wcześniej. Właściwie poznałbym, bo osoba je zadająca “w tajemnicy” przekazała Szefowi, a ten debil pomylił pojęcia przekazując mi, więc nie odpowiedziałem na to pytanie. Teraz jest mi głupio jak cholera bo wyszło jakbym miał tak wywalone na to i był tak pewny siebie, że nawet do pytań, które znałem nie chciało mi się przygotować…
Nie znałem też pytania Dziada, bo go olśniło na miejscu, gdy poprosił go o to przewodniczący komisji, że będzie musiał zadać mi pytanie. I wybrał pierwsze lepsze, ze swojego zakresu pracy, którego nigdy nie robię, nie miałem w obowiązkach i miał nie będę. Szczęśliwie akurat to trochę wiedziałem, trochę trafiłem. Jak więc widzicie procedura mojego konkursu przebiegła całkiem uczciwie nawet pomimo starań, żeby mi w niej dopomóc. Nie narzekam, ale szkoda mi zmarnowanego czasu na naukę tego, co mi potrzebne nie było. Przede mną jeszcze służba przygotowawcza i egzamin, ale tu jestem umiarkowanym optymistą głównie dlatego, że Szef nie będzie mi podrzucał złych tematów.

A co do gratulacji, to możecie je składać koleżance z piętra nade mną, która właśnie teraz ma konkurs na stanowisko. Po piętnastu latach pracy na stanowisku sekretarki ze zdecydowanie większym zakresem obowiązków...