"Ludzie mówią, że powinienem być urzędnikiem. Piję dużo kawy i mam wszystko w dupie."
Zanim poszedłem do urzędu myślałem, i to całkiem poważnie, że to normalne miejsce pracy jak każde inne. Że rano pójdę do pracy i po 8 godzinach wrócę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Zmęczony, ale zadowolony- ze swojego dzieła, z wkładu w rozwój lokalnej społeczności no i z pensji. Moje wyobrażenie nie mogło być chyba bardziej mylne...
Oto zapiski z mojej pracy, spojrzenie “od wewnątrz” na pracę w jednym z polskich urzędów. Przy okazji zastrzegam sobie prawo do podkolorowania moich historii, ale o nie więcej niż 10%. ;)

piątek, 25 marca 2011

Dzień dwunasty- welcome to the jungle!

“Znowu dziś widzę zachód słońca
Znowu udało się doczekać końca
Mniej szczęścia mieli, ilu ich było
Wielu, nawet ich nie liczyłem”

Ta piosenka Kultu może być dla mnie hymnem dnia dzisiejszego. Co prawda z samego ranka gdy zgadzałem się na różne rzeczy jeszcze o tym nie wiedziałem, ale w tej chwili mam tego pełną świadomość. I jak się łatwo domyślić, wszystko było z początku niewinne jak gimnazjalistki zakonnice przedszkolaki.
Z samego rana przy śniadaniu zostałem spytany, czy nie chciałbym pomóc w dokonaniu skomplikowanych pomiarów geodezyjno-architektonicznych. Oczywiście bez namysłu się zgodziłem mając nadzieję wykorzystać moją wiedzę z zakresu teorii i praktyki obsługi urządzeń typu: niwelator, teodolit. Niestety mój urząd ubogi jest i do pomiarów otrzymaliśmy profesjonalny sprzęt w postaci 10 metrowej miarki, 2 kartek papieru A3 i ołowka Faber Castell. Uzbrojeni w to, oraz poczucie własnej wartości udaliśmy się na miejsce, gdzie szybko okazało się że do zmierzenia pasa zieleni o nieregularnym kształcie i wymiarach wraz z ciągiem drogowo-pieszym około 80x15 metrów trochę lepsze urządzenia byłyby niezwykle przydatne. Ale nic to, z jeszcze większym zapałem podbudowanym “kto jak nie my?” zabraliśmy się do wykreślania i pomiarów.
Czasem, w przypływach głębszego natchnienia (czyli zazwyczaj gdy ładuje mi się kolejny level w grze) rozmyślam jak to byłoby być murzynkiem Bambo i w Afryce mieszkać. Zamiast domku mieć lepiankę, zamiast komputera AK-47 i zamiast dziewczyny owcę. A nie, owca wróć, miała być Afryka nie Podhale.W każdym bądź razie ciekawe jakby moje życie potoczyło się na Czarnym Lądzie wśród topless lasek potykających się o własne obwisy i ogólnej biedy oraz ubóstwa. Kiedyś wydawało mi się, że takie życie byłoby niezwykle trudne i niebezpieczne. Teraz już wiem, że byłem w ogromnym błędzie.
Bo żaden mieszkaniec środkowej Afryki w przeciwieństwie do mnie nie musi klęczeć w zimny, marcowy poranek przy głównej drodze przelotowej Fatherla... Niemcy-3miasto trzymając pieprzoną miarkę podczas gdy kilkudziesięciotonowe ciężarówki z rykiem przemykają w odległości 10 cm. Lew? Pierdolić lwy, niech spróbują nie stchórzyć przed TIRem! Bo ich kierowcy, mordercy, psychopaci na drogach, z pewnością nie odbiją. To jest prawdziwa dżungla, to jest prawdziwe niebezpieczeństwo, a nie liżący się po jajach lew na sawannie. Przyozdabianie ciała krwią pokonanego zwierzęcia? Cieniasy. Spróbujcie zarżnąć Volvo i wysmarować się olejem.
Pomiarów udało się dokonać przy braku strat własnych. Plan wyszedł całkiem dobry, udało się go przenieść w Corela i na jego podstawie powstanie coś nowego, wspaniałego, rozwijającego lokalną społeczność i ułatwiającego jej życie. Czy więc się tu obijam? Raczej nie, szczególnie że dziś poznałem historię urzędnika, który nie jest w stanie stworzyć jednego dokumentu, właściwie planu (coś jak plan ewakuacji ludności w przypadku powodzi, ale nie chodzi o ludność ani o powódź) i nie jest w stanie tego dokonać od, fanfary, 2006.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz