"Ludzie mówią, że powinienem być urzędnikiem. Piję dużo kawy i mam wszystko w dupie."
Zanim poszedłem do urzędu myślałem, i to całkiem poważnie, że to normalne miejsce pracy jak każde inne. Że rano pójdę do pracy i po 8 godzinach wrócę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Zmęczony, ale zadowolony- ze swojego dzieła, z wkładu w rozwój lokalnej społeczności no i z pensji. Moje wyobrażenie nie mogło być chyba bardziej mylne...
Oto zapiski z mojej pracy, spojrzenie “od wewnątrz” na pracę w jednym z polskich urzędów. Przy okazji zastrzegam sobie prawo do podkolorowania moich historii, ale o nie więcej niż 10%. ;)

środa, 19 lutego 2025

Epilog.

To jest już ostatnia, ostatnia notka na tym blogu. Trochę bardziej poważna, w której chce się odnieść do paru rzeczy, jakie wydają mi się warte komentarza „na poważne”.

Przede wszystkim- dlaczego poszedłem pracować do Urzędu. Z dwóch prostych powodów. Pierwszy to taki, że miałem wrażenie, że to będzie dobra praca (strasznie naiwny byłem). Drugi to taki, że już pod koniec moich studiów mój stan psychiczny podupadał i nie za bardzo miałem siły i pomysł szukać coś innego, gdy już to się trafiło.

A skoro zobaczyłem jak jest chujowo, to czemu dalej tam siedziałem? Dlatego, że mój stan ciągle się pogarszał i proces ten zdecydowanie przyspieszył przez atmosferę w Urzędzie. Zapadałem się w coraz głębszą czarna dziurę bez nadziei i sił, żeby coś z tym zrobić. Dopiero psycholog i psychiatra postawili mnie trochę do pionu, a stamtąd ciężką pracą poszedłem dalej. Dlatego jeśli widzicie niepokojące objawy u siebie lub bliskich nie czekajcie nie wiadomo na co. Idzie do specjalisty albo utknięcie w dupie tak jak ja.

A czy ktoś z Urzędu czytał mój blog? Nie wiem. Na fejsie nie polajkał fanpejdża nikt z Urzędu. Czy czytał tylko online? Nigdy się nie przyznał. Ja mocno zmieniałem opisy postaci, jeśli nie wpływało to na historię. Żadne imię się nie zgadza, często też wiek i płeć. Ale jeśli ktoś zna te historie z życia lub jest ich bohaterem to raczej bez problemu pozna.

A czy dużo zmyślałem poza tym? Nie. Bardzo mało. Zasadniczo jakieś nieistotne szczegóły w stylu, które piętro, jaka pogoda, pora roku, etc. Meritum opowieści prawie zawsze było prawdziwe.

Praca w Urzędzie faktycznie była dla mnie taka zła? Tak. Mijają 3 lata od kiedy nie pracuje w Urzędzie i ciągle mam objawy przypominające PTSD. Śnią mi się koszmary, że ciągle pracuje w Urzędzie. Wzdrygam się od nagłych myśli, że muszę wrócić do pracy gdy przechodzę koło jego budynku. Nie widzę żadnych pozytywów pracy tam i mam gigantyczne poczucie winy i niechęć do siebie za to, że tam pracowałem. Wisienką na torcie niech będzie sytuacja z nowej pracy. Po pewnym czasie project manager zapytał mnie o status jednego z moich zadań. Po przeczytaniu relacji odpowiedział „dzięki, dobra robota”. Ja wiem i wiedziałem wtedy, że to absolutnie odruchowa odpowiedź bez żadnej głębi. Ale i tak zakręciła mi się łza w oku, bo przez dekadę pracy w Urzędzie nigdy nie usłyszałem nawet czegoś takiego.

Blog miał być pewnym wentylem bezpieczeństwa, czemu więc przestałem w pewnym momencie pisać? Z prostego powodu - nawet pisanie o Urzędzie było dla mnie niesamowitą męczarnią. 8h dziennie w tym kurwidołku i jeszcze potem usiąść i przeżywać to ponownie to było za dużo na moje nerwy. A dodatkowo przestało mnie bawić. Tam się w kółko powtarzały te same schematy i tylko okazjonalnie gówno wpadało w wentylator.

Jak wygląda moja nowa praca? Bardzo dobrze, porównując do Urzędu. Pracuje w dziale IT jednej z dużych polskich korpo. Zespół jest świetny, szefostwo ogarnięte. Socjalnie poziom nieosiągalny w Urzędzie, finansowo w dwa lata przeskoczyłem dyrektorów w mojej byłej robocie. Komfort i spokój, możliwości rozwoju. Ale nie mam owocowych czwartków ani nawet pizza friday.

Nie napisałeś jak zareagował Szef na twoje odejście. Bo… nie zareagował. Sam jestem tym zaskoczony, byłem przygotowany tak jak Wam pisałem na gównoburzę. Tymczasem tylko zapytał do kiedy jestem i to wszystko.

A kto przyszedł na Twoje miejsce? Walka była krótka, ale podobna jak przy odejściu Dziada, o czym pisałem dawno temu. Dopchał się jeden z chłopaków, co już od dłuższego czasu w Urzędzie robił. Przyszedł szkolić się dosłownie na ostatni dzień jak byłem w pracy, ale zostawiłem mu swój numer. Od tego czasu dzwonił 3 razy, ale na kawie w Urzędzie spotkaliśmy się częściej. Po miesiącu znienawidził Szefa i kłóci się z nim parę razy w tygodniu.

Dalej przychodzisz do Urzędu na kawę?! Tak. Odwiedzam starych znajomych bardzo okazjonalnie, trochę trzymam rękę na pulsie. Wszystko po staremu - syf, kiła i mogiła. W swoim starym biurze byłem tylko raz na jakieś 10 minut, bo był tylko Szef i nie miałem chęci z nim rozmawiać. Szef dalej jest Szefem, Nowy Nowy Dziad na stanowisku.

I co dalej z tym wszystkim? Hm i to jest ciężkie pytanie. Blog będzie tu dalej wisiał, jak będziecie mieli chęć zajrzeć to śmiało.
Artykuły też mam jakieś na Dobrych Programach, Ciekawostkach Historycznych i Joe Monster (tego ostatniego trochę się wstydzę, siedlisko boomerów), ale podpisuję się praktycznie jako ja, więc nie pochwalę się.
Jak kiedyś w komentarzach tu pisałem prowadziłem bloga jeszcze jednego, ale jest bardziej zaniedbany i szybciej porzucony niż ten. Aktualnie piszę mikroblog na Mastodonie z ciekawostkami pokazującymi, że już żyjemy w rzeczywistości, którą można nazwać cyberpunkiem. Ale robię to tylko przy okazji zbierając materiały, bo chciałbym się z artykułem wbić na Shell Zine.
Pomysły na inne blogi mam i miałem. Ba, skończyłem 30 lat więc nawet o podkaście myślałem. Ale na to trzeba czasu i systematyczności, a na to na razie nie mam szans w życiu.

Jest jeszcze tamat książki. Cały czas mam to w głowie, nawet co jakiś czas wracam do niego. Roboczy tytuł to "100 dni w piekle" i jak sam wskazuje, chciałbym żeby to był pamiętnik zawierający 100 notatek po średnio 2-3 strony. Pierwsze 3 są już napisane, jak dojdę do 10 to pewnie paru osobom wyślę jako draft i po cyklu poprawek może spróbuję zainteresować jakieś wydawnictwo. Ale to dłuższa perspektywa czasowa. Jeśli się kiedyś uda to nie omieszkam napisać.

A tymczasem... Dzięki za te parę wspólnych lat. Było miło. I może do przeczytania?

niedziela, 2 lutego 2025

Dzień trzysta czwarty - final countdown 3/3

Ale i na tym się nie skończyło. Domyśliłem się tego jeszcze na urlopie, gdy jednego dnia zobaczyłem jak na telefonie wyskoczyło mi powiadomienie, że dzwoni Urząd. Nikt znajomy z Urzędu nie dzwoni do mnie ze stacjonarnego. Wiedziałem kto to był- Harpie. Nie wiedziałem tylko czego chcą, ale w sumie miałem już na to mocno wywalone. Kończyłem pisać ważne ogłoszenie.

Ale już wiedziałem wracając po urlopie, że będzie ciąg dalszy. Tylko nie wiedziałem jaki, więc z zaciekawieniem poszedłem do pracy. Chyba pierwszy raz od wielu lat. I faktycznie, z samego rana telefon, że mam się stawić u Harpii. Tradycyjnie już bez powitania.
-Podpisz to.

Spojrzałem na pismo. Przeniesienie do ogrodnika na kolejne 3 miesiące. Tak, miesiące. Data pisma z mojego urlopu, a więc to chciały. Sekretarz tak mocno zbóldupił, że postanowił jeszcze mi dojebać. Ale nie ze mną te numery. I od razu poszedłem do Szefa wszystkich Szefów.
-Dzień dobry. Ale wie pan co? Inaczej się umawialiśmy.
Zacząłem kładąc mu pismo na biurko.
-Miałem nie marudzić i przyjąć naganę i karę. Tak właśnie zrobiłem. Mieliśmy zamknąć tym temat, a to co?
Zapytałem gdy czytał pismo.
-Kurwa. Młody, idź do siebie, to pismo nie istnieje.
-Rozumiem. Cieszę się, że się dogadujemy.

I poszedłem do swojego biura. Spokojnie zaparzyłem kawę, zacząłem plotki. Gdy zadzwonił telefon u Szefa, a ponieważ nie było go w biurze to poszedłem odebrać.
-Halo?
-Jest Szef?
Słyszę jedną z Harpii po drugiej stronie.
-Nie ma.
Odłożyła telefon. Nie zdążyłem wrócić do biurka gdy zaczął dzwonić ponownie.
-Halo?
-Co ty tam robisz Młody?!
Ewidentnie wkurwiona Harpia.
-Pracuje?
-Miałeś być u ogrodnika. Sekretarz ci kazał. Masz pismo.
-A właśnie, że nie mam. Jeśli masz z tym jakiś problem zadzwoń do Szefa wszystkich Szefów.
Po czym bezceremonialnie rzuciłem słuchawka. Ale tak, żeby słyszała to dobrze. I wróciłem do parzenia kawy. Dziś była mi potrzebna - pierwszy dzień po urlopie, a za 2 godziny miałem umówiony telefon z rekruterką.

Od tego momentu sprawy potoczyły się szybko. W ciągu dwóch tygodni dostałem ofertę pracy, z warunkami o których w Urzędzie mógłbym pomarzyć. Oczywiście ją przyjąłem. Tego samego dnia wieczorem zadzwoniłem do mojej współpracownicy żeby ją o tym uprzedzić. Jest na tyle spoko, że chciałem dać jej możliwość przygotowania się na ewentualną gównoburzę. A następnego dnia z samego rana poszedłem do Szefa wszystkich Szefów z gotowym pismem o porozumieniu stron i silnym postanowieniem nie wychodzenia z jego biura bez podpisu.

Cel ten był dość ważny. Nauczony doświadczeniem innych wiedziałem, że jeśli Harpie by się dowiedziały szybciej, to robiłyby wszystko, żeby jak najbardziej to odejście utrudnić. Z czystej ludzkiej złośliwości. A tak poszło bardzo szybko i przyjemnie, zgodziliśmy się na dwutygodniowy okres wypowiedzenia tak, żebym pozamykał bieżące sprawy. A przede wszystkim, żebym pożegnał się z ludźmi, których zwyczajnie polubiłem.

Ostatnie 10 dni w Urzędzie spędziłem głównie na sponsorowanych przeze mnie kawach, na których opowiadałem o tej całej sytuacji i mówiłem o dwuletnim procesie nabywania nowych kompetencji. Tak, żeby nikt nie miał złudnego wrażenia, że odszedłem przez zatarg z Sekretarzem. O nie. Odszedłem, bo to faktycznie wyjątkowo toksyczne miejsce pracy.

To, co mnie w tym ostatnim okresie ucieszyło, to dużo słów o tym, jak bardzo podziwiają mnie za stanie wyprostowanym przed sekretarzem i umiejętności znalezienia dobrej pracy po latach w Urzędzie.

I tak kończy się ta historia. Szczęśliwie.