"Ludzie mówią, że powinienem być urzędnikiem. Piję dużo kawy i mam wszystko w dupie."
Zanim poszedłem do urzędu myślałem, i to całkiem poważnie, że to normalne miejsce pracy jak każde inne. Że rano pójdę do pracy i po 8 godzinach wrócę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Zmęczony, ale zadowolony- ze swojego dzieła, z wkładu w rozwój lokalnej społeczności no i z pensji. Moje wyobrażenie nie mogło być chyba bardziej mylne...
Oto zapiski z mojej pracy, spojrzenie “od wewnątrz” na pracę w jednym z polskich urzędów. Przy okazji zastrzegam sobie prawo do podkolorowania moich historii, ale o nie więcej niż 10%. ;)

czwartek, 7 listopada 2013

Dzień dziewięćdziesiąty drugi- lato, lato, wypchaj cycki watą.*

Nadeszła wreszcie ta piękna pora roku i mogę spokojnie zacząć nucić “lato, lato, lato, ach członek ci w ostatni odcinek przewodu pokarmowego”. Zaczęły się upały, alergie, komary, muchy, ćmy. Jedyny pozytyw to burze- wreszcie wróciły i mogę ponownie stać na dachu Urzędu podziwiając siłę żywiołu.
Gorąc zrobił się wyjątkowy. Przed godziną 9 rano mam już ponad 30 stopni i jedną półlitrową butelkę wody obaloną. Koszula rozpięta do granic przyzwoitości i staram się przeżyć nadzieją, że jeszcze tylko 6h w tym piekarniku... Z tymi idiotami...
Szczególnie wczoraj był ciężki dzień. Upał nie lżejszy, a ja do 20 siedziałem na ćwiczeniach w biurze. Słaba opcja, gdy przy otwartych wszystkich oknach i drzwiach nadal jest 30 stopni i nie ma czym oddychać. A jeszcze siedzi się z ludźmi, nie używającymi mózgu. O ćwiczeniach jednak nie będę się zbytnio rozpisywał, bo musiałbym wtedy Was wszystkich znaleźć i zabić, a potem łyknąć tabletkę z cyjankiem.
Zajmiemy się urlopami. Nareszcie się zaczynają, wpierw pozbędę się, niestety tylko tymczasowo, z biura Dziada. Ten planuje już wakacje od jakiegoś czasu, gdzieś w Jastarni czy innej tradycyjnej, polskiej destynacji. Bogaty człowiek, że stać go na wakacje nad Polskim, zimnym morzem. Choć i tak stara się oszczędzać jak tylko się da. Od dwóch dni cały czas siedzi w necie i przy telefonie szukając najtańszej opcji noclegowej na te 3 dni, bo na tyle wybiera się nad morze. Co będzie robił pozostałe 11 dni urlopu? Nie wiem. Wiem jednak, że z jego zarobkami serio nie spędziłbym dwóch dni na szukaniu pensjonatu w którym zapłaci 2 zł za dobę mniej mając dodatkowo 800 metrów dalej do morza.
Nie oszczędzałbym też specjalnie na innych przyjemnościach pobytu tam, a ponieważ wybiera się tam rok rocznie, to zebrało mu się na wspominki, w tym kulinarne. Co jada się nad morzem? Różnie. W Polskich warunkach to raczej tradycyjnie ryba. Być nad morzem i nie jeść przesiąkniętych olejem napędowym kutrów rybackich dorszy czy innych takich, to jak być na Wimbledonie i nie jeść truskawek. Po prostu nie wypada. Nawet ja, zdecydowanie nie lubiący smaku akurat tych stworzeń wodnych, będąc nad morzem jakoś się przełamuję i zjadam choć jedną, zapitą odpowiednią ilością ambrozji, tzn. piwa.
A Dziad? A Dziad opowiada nam jak to wpieprzał mielone, schabowe i kurczaki z budy przy jakimś deptaku “no bo takie tanie! a ryby takie drogie, czemu takie drogie? przecież nad morzem musi być taniej!”. To oczywiście różnica gdzieś góra 5 zł na porcji, no ale 3 dni takiego szaleństwa i rozpusty mogłoby zniszczyć Dziadowy budżet...
Kontynuując wątek wakacji warto też nadmienić co u Szefa w tym zakresie. Mimo, że od tego co jest wyżej minęło już kilka dni i Dziada szczęśliwie nie ma przy mnie, to Szef nadrabia. O tym napiszę już niedługo, ale wpierw o około urlopowych tematach. Jak może pamiętacie, a może nie, dostajemy co chwilę prognozy pogody z IMGW. Właściwie, co coś wydadzą dla naszego województwa, to od razu mam w postaci faksu. Poza tym śledzę różne inne magiczne tabele z wieloma cyferkami i wykresami. Ogółem, w okolicy lepiej w pogodzie od nas orientuje się tylko stacja meteo. Z góry więc wiemy, jak będzie w najbliższym czasie.
A Szef akurat się buduje. To temat na osobny temat, wystarczy powiedzieć, że wylał fundamenty, a obok budowy postawił sobie taką budę quasi-gospodarczą. Dziś o 5 rano zawiózł tam swoją żonę i córkę (wiek 12 lat [córki oczywiście]), żeby podlewały tą wylewkę i zrobiły sobie małe wakacje jednodniowe. Okolica całkiem spoko, jezioro, las i takie tam. Ale zawiózł je tam akurat dnia, na który zapowiadali nam od 2 dni opady. Duże, całodzienne opady deszczu. I lało tego dnia niemiłosiernie. Toteż podlewanie fundamentów potrzebne nie było, ale o tym dowiedział się 2h po zawiezieniu tam rodzinki. I co? Co zrobił Szef, który urządza sobie notoryczne, wielogodzinne wycieczki po Urzędzie czy mieście? Pojechał i przywiózł je z powrotem.
Haha, żartowałem. To by było zbyt normalne. Wcale nie pojechał, tylko zadzwonił 2 razy, wpierw ok 10, później trochę przed 14, pytając jak tam. Zgadnij Szefie, jak może być siedzieć od 5 rano na kompletnym wygwizdowie w ulewnym deszczu w budzie bez bieżącej wody, kibla i jednym meblem w postaci sofy. Nawet sklep stamtąd jest ok 2 km polną drogą przez las.
Jedyny raz, kiedy nie miałbym mu za złe, że zniknie na godzinę-dwie załatwić swoje sprawy. No ale tu nie może być normalnie, prawda?


______________
*- jakby ktoś był zainteresowany- Łydka Grubasa “Lato”- (link)

1 komentarz:

  1. Ale opóźnienie! Wszak już listopad...

    OdpowiedzUsuń