"Ludzie mówią, że powinienem być urzędnikiem. Piję dużo kawy i mam wszystko w dupie."
Zanim poszedłem do urzędu myślałem, i to całkiem poważnie, że to normalne miejsce pracy jak każde inne. Że rano pójdę do pracy i po 8 godzinach wrócę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Zmęczony, ale zadowolony- ze swojego dzieła, z wkładu w rozwój lokalnej społeczności no i z pensji. Moje wyobrażenie nie mogło być chyba bardziej mylne...
Oto zapiski z mojej pracy, spojrzenie “od wewnątrz” na pracę w jednym z polskich urzędów. Przy okazji zastrzegam sobie prawo do podkolorowania moich historii, ale o nie więcej niż 10%. ;)

czwartek, 6 listopada 2014

Dzień sto czterdziesty drugi- strach, szok, niedowierzanie.

Miliony pytań, żadnych odpowiedzi. To co się dzieje od mojego powrotu z urlopu, to ja nawet nie… Czy podczas moich wojaży ktoś kazał moim współpracownikom pracować, albo wywali ich na zbity pysk? Codziennie od powrotu mam tyle roboty, że ledwo wiem, za co się zabrać. Zdarza się, że zaczynam od samej siódmej rano i dopiero w okolicach południa znajduję czas na sprawdzenie fejsika. Co prawda wtedy już mogę się opieprzać nie robiąc kompletnie nic, ale to świadczy o kompletnej nieumiejętności zarządzania czasem przez Szefa. Od rana naparzaj ile sił, masz drugą klawiaturę, to będziesz dwa pisma na raz pisał, żeby szybciej, a potem druga połowa dnia siedzenie i dłubanie w nosie.
Ale dzisiaj to już była jakaś przesada. Przychodzę do roboty, jeszcze ziewam, jeszcze próbuję rozkleić oczy, dopiero światło zapalam na korytarzach, bo pierwszy idę, a tam w mroku czai się interesant.
-Pan chyba nie do mnie?
-Do Szefa.
-To może herbaty zrobię, bo sobie pan jeszcze poczeka.
Herbatą poczęstowałem go dobrą, prywatną. Jest jeszcze Dziadowa i Szefowa. Za Szefową Wy płacicie, bo jest za friko z kasy Urzędu. Dziad paradoksalnie też ma swoją “herbatę”, a właściwie zebrane i wysuszone jakieś liście z jego działeczki. Choć ostatnio zszokował mnie, gdyż dokonał jej zakupu. Przeglądał jakąś wymiętą gazetkę supermarketu i dostrzegł mega promocję na herbatę. Koniec końców okazało się, że to jakiś zwykły susz z dodatkiem chemii smakowej. Bardzo to Dziada zdziwiło. Mnie nie bardzo.
Wracając jednak do gości. Usiadł z herbatą i czeka. Po chwili przyszedł Dziad. Po kolejnym kwadransie Szef.
-Pan X?
-Tak, to ja.
-Miał pan do mnie przyjść.
-Wiem, dlatego jestem.
-Aha. To dobrze, bo ja byłem śniadanie kupić.
Nie próbuję zrozumieć. Też nie próbujcie. Grunt, że już nie siedzi obok mnie i nie muszę udawać, że robię coś pożytecznego. Fejsik i śniadanie witajcie. Ledwo zdążyłem zanurzyć zęby w kanapce ze swojego biura wyszedł Szef.
-Niech ci przystawi pieczątkę swoją i firmową.
Tyle. Zrozumiałem dokładnie tyle samo co Wy. Zero kontekstu, zero dalszych informacji. Ponieważ od jakiegoś czasu ma u mnie na pieńku, to olałem i jem dalej. Widocznie moje dziamganie pobudziło jakieś procesy wewnątrz jego czaszki, bo wrócił.
-Wiesz gdzie urzęduje?
-Łatwiej by mi było zgadywać, gdybym wiedział o kim mówimy.
Wrócił do siebie bez odpowiedzi. Za to ja słyszę dalszą rozmowę z gościem.
-No, bo po dopalaczach jak Tiger czy Red Bull to dzieciom odpierdala. Dlatego ja tam mojemu synowi (6 klasa podstawówki) piwko daje, zdrowsze i nie uzależnia.

1 komentarz: