Dziś o urzędniku, ale nie o urzędzie. Będzie o Szefie i jego mitycznej budowie, o której już nie raz wspominałem, a temat urósł i okazał się wart wspomnienia. Nie jest to temat jak widać stricte związany z moim Urzędem, ale z urzędami ogółem jak najbardziej. I jest wesoło jak zawsze.
Szef spłodził już dziecko i posadził drzewo. Przyszła pora na dom. Kupił więc działkę pod miastem (bardzo modne w Urzędzie- wszyscy takie kupują i się budują) i zaczął przygotowania. Zaczął oczywiście od pozwoleń. Myślał, że szybko pójdzie, że przejdzie się do pana Zdzisia dwa piętra niżej i sprawa załatwiona. Niestety, okazało się, że jego działka leży w granicach administracyjnych innego urzędu. I zaczęły się problemy, bo nieznany petent traktowany był jak każdy, a nie jak urzędnik. W końcu dowiedział się, że facet tam za to odpowiedzialny, jest mężem jednej dyrektorki u nas. Poszedł więc do niej i pogadał. Czy posmarował też, nie wiem, ale pozwolenia nagle zaczęły pojawiać się szybciej.
Gdy już je skompletował, postawił na działce blaszany garaż, w którym zamierzał składować materiały budowlane. Ale zanim zacznie je kupować, wynajął go komuś. Ot tak, żeby dorobić do swojej pensji. Po 3 miesiącach przychodzi do pracy i od rana kurwuje. Okazuje się, że wynajmujący nie płaci mu za wynajem, pyta mnie co robić. Ja, biurowy specjalista od wszystkiego, znawca wszechrzeczy, wyrocznia i medium, muszę znać remedium na każdy problem. Zaczynam więc delikatnie:
-Więc, wpierw należałoby wziąć umowę…
-No przecież umowy z nim nie podpisywałem, jeszcze skarbówce płacić.
W tym momencie tak jakoś mi przez głowę przemknęły te wszystkie marudzenia w biurze, jak to wszyscy wszystkich oszukują, same złodzieje, podatki podnoszą… No nic, nie poradzę nic na to w takim razie, niech sobie radzi sam, a jego pomysł to po cichu zmienić zamki.
Choć i tak chce go już stamtąd wywalić, bo rozpoczyna budowę, a właściwie zbiera materiały. Bardzo się nie spieszy, bo budowę zaplanował na 5 lat. Dość długo, biorąc pod uwagę, że powierzchnia tego domu będzie mieć całe 40m2 (parterowy, bez piwnicy). Pytacie, czemu tak długo? Głównie dlatego, że chce bez pożyczki to robić i sam.
No ale wpierw zbiera materiały, i to dosłownie zbiera. Głównie jeździ po firmach handlujących takimi materiałami i sprawdza co tam wyrzucają, bo może się przyda. Przy okazji robi to zupełnie bez głowy i pomysłu. Nawet ja wiem, że budowę trzeba jak najszybciej zamknąć, żeby na zimę móc wejść do środka robić, a ocieplenie, tynki i takie tam zrobić w następnym roku. Szef jak wiadomo ma ograniczone fundusze, tak więc mógł wybrać jedno z dwóch- okna lub dachówka. Każdy zdrowo myślący człowiek przezimowałby dłubiąc pod papą w zamkniętym budynku, co ja mu też doradzałem. Kupił dachówkę, bo znalazł w jakiejś promocji używaną i to 2 razy więcej niż potrzebuje (tak, kupił wszystko).
Wreszcie gdy budowa ruszyła pełną parą, wylano fundamenty i zaczęły piąć się mury, to zrozumiał, że samemu wszystkiego nie ogarnie. Nie dziwię się, nawet 2 osoby to znacznie większa wydajność i to nie według prostego przelicznika x2. Szuka więc robotnika, takiego do wszystkiego, żeby ogarnął ogródek wkoło, pomógł w murowaniu, etc. Ale coś znaleźć nie może. I dziwi się bardzo wyrażając to w ciągle powtarzającym się zdaniu wypowiadanym do Dziada “Ja nie wiem, niby takie bezrobocie, a spróbuj znaleźć kogoś, kto by chciał popracować za 5 zł/h na czarno. A niby ten rynek pracy tak źle wygląda.”